0:00
16 października 2020

Pielęgniarki zapłacą za kryzys w szpitalach. "A przecież gdyby nie my, system już dawno by padł"

Trwa pandemia, a Ministerstwo Zdrowia chce zmienić zasady wypłacania wynagrodzeń dla pielęgniarek. Środki, które do tej pory były znaczone, wpadną do ogólnej puli budżetu na świadczenia medyczne

Wydrukuj

Ministerstwo Zdrowia szykuje się do zmiany zasad finansowania podwyżek dla pielęgniarek i położnych. Do tej pory tzw. "zembalowe", wywalczone w 2015 roku po strajku, było wypłacane z wyłącznym przeznaczeniem na wynagrodzenia dla kadry.

Teraz resort chce by NFZ wrzucił pieniądze do ogólnej puli środków na świadczenia medyczne. Personel medyczny boi się, że w ten sposób straci podwyżki. I burzy się, że decydenci szykują rewolucję w sytuacji, gdy trwa pandemia.

OKO.press o nowym pomyśle resortu zdrowia i sytuacji w szpitalach rozmawia z Krystyną Ptok, przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (OZZPiP).

„Gdybyśmy nie pracowały w kilku szpitalach, system by padł”

Anton Ambroziak, OKO.press: Skąd obawa, że nowy system wynagrodzeń będzie oznaczać utratę pieniędzy wywalczonych w 2015 roku?

Krystyna Ptok: Dotychczas pieniądze dla pielęgniarek i położnych były środkami znaczonymi. Dyrekcja szpitala musiała porozumieć się ze środowiskiem, jak je wydać. Musiała też się z nich rozliczyć. W jaki sposób? Wskazywała liczbę etatów oraz sposób wydatkowania, który powinien być zgodny z wykładnią NFZ.

Mimo jasnych przepisów, aż 30 proc. placówek źle rozliczało pieniądze, na co wielokrotnie zwracaliśmy uwagę. Do tej pory udało się przeprowadzić tylko jedną kontrolę, w Klinicznym Szpitalu Wojewódzkim w Rzeszowie, po której pielęgniarki dostały zwrot należnych im pieniędzy.

Skoro teraz był problem, gdy środki były znaczone, to tym bardziej mamy prawo obawiać się o nasze wypłaty, gdy trafią one do ogólnej puli środków przekazywanych za wykonane świadczenia medyczne.

Nie mamy żadnych gwarancji, że wypłacone zostaną grupie zawodowej. Szczególnie gdy czytamy ostatnią wypowiedź prezesa Związku Szpitali Powiatowych Waldemara Malinowskiego, który mówi, że wzrosty wynagrodzeń pielęgniarek i położnych są ogromnym kosztem dla szpitala.

Podkreślę, że zgodnie z badaniami OZZPiP za 2019 rok, dotyczącymi poziomu wynagrodzeń grupy zawodowej, szpitale powiatowe mają te wynagrodzenia na najniższym poziomie w kraju.

Nie, my, pielęgniarki nie jesteśmy kosztem, jesteśmy inwestycją i kapitałem.

Wynagradzanie kadry powinno być sprawą priorytetową w systemie ochrony zdrowia. Szczególnie w sytuacji stale malejącej liczby pielęgniarek i położnych na rynku pracy. W sytuacji, gdy mierzymy się z epidemią.

Nic dziwnego, że wszyscy zadajemy sobie pytanie, czy do dodatkowych łóżek, respiratorów znajdzie się odpowiednia liczba kadry. My już dziś, w porównaniu do krajów sąsiednich, mamy połowę mniej personelu pielęgniarskiego. W Niemczech jest to 9,6 na 1 tys. mieszkańców, a w Polsce - 5,2. Pandemia uderza i tu, i tam. Kto ma większe szanse wyjść z niej cało?

Jak słyszę, że personel medyczny powinien bardziej się zaangażować, to zastanawiam się, gdzie są podziękowania.

Gdyby nie to, że pracujemy w dwóch, trzech miejscach, na wszystkie rodzaje umów - o pracę, zlecenie, dzieło - system już dawno by padł.

Zaniedbania w obszarze wynagradzania pielęgniarek trwają niemal nieprzerwanie od 2001 roku. To już prawie 20 lat. Stąd małe zainteresowanie wykonywaniem zawodu, stąd też emigracja po studiach. Mamy dziurę pokoleniową, której nie da się tak łatwo załatać.

I właśnie w tej sytuacji ministerstwo postanowiło zmienić sposób wynagradzania, na taki, który budzi olbrzymie wątpliwości.

Rząd chce łatać dziury w budżetach szpitali

Po co w takim razie Ministerstwo zmienia zapisy?

I tu musimy spojrzeć szerzej. Budżet centralny jest 100 mld zł na minusie. Plan finansowy NFZ na 2021 roku zakłada stratę 4 mld zł. Na spotkaniach z decydentami raz słyszymy, że dedykowane środki dla lekarzy, pielęgniarek, położnych wynoszą 6,4 mld zł. Innym razem, że ponad 7 mld zł.

Fundusz NFZ to nasze składki zdrowotne. A wiemy przecież, że wiele podmiotów zostało zwolnionych z płacenia składek w ramach tarczy antykryzysowej. Wiemy też, że koszty ochrony zdrowia w czasie epidemii rosną. I choć jesteśmy uspokajani, że system jest wydolny, to bardzo się boimy. Co się stanie, gdy zabraknie pieniędzy? No po prostu ktoś sięgnie po tę pulę, która dziś jest dedykowana na nasze wynagrodzenia.

Czyli rząd chce dać możliwość szpitalom zatykać dziury w budżetach?

Tak. Proszę sobie to wyobrazić.

Przychodzi pracodawca i mówi, słuchajcie państwo, jesteśmy w złej sytuacji finansowej, nie chcę nikogo zwalniać, dlatego proszę o wyrażenie zgody na obniżenie wynagrodzeń.

Albo pielęgniarka zostaje zaproszona do gabinetu dyrektora i słyszy propozycję nie do odrzucenia: albo podpisuje porozumienie stron z niższym wynagrodzeniem, albo może się zwolnić.

Nie można robić rewolucji, szczególnie kosztem ludzi. Uważam to za skandaliczne i gratuluję wyczucia czasu. W momencie, w którym powinnyśmy myśleć o bezpieczeństwie Polek i Polaków; o tym, żeby być przy pacjentach, myśleć o tym jak bezpiecznie zachowywać się w kontaktach z COVID-19, musimy ponownie walczyć o należne nam pieniądze przyznane w roku 2015. To jest uwłaczające.

Rok 2020 przez światową Organizację Zdrowia został ogłoszony Rokiem Pielęgniarek. W styczniu rozpoczęłyśmy przygotowania do jego obchodów, cieszyłyśmy się na świętowanie. Ironia losu. Nie jest to moment na celebrację.

Pracujemy z podwyższonymi standardami epidemiologicznymi, w dodatkowych środkach ochronnych utrudniających wykonywanie czynności zawodowych (potrójne rękawiczki, kombinezony, gogle) często ponad siły, omdlewając, a ministerstwo i NFZ zabierają nam pieniądze, które dostajemy jako znaczone od 5 lat.

Trudno w tej szczególnej sytuacji wyobrazić sobie bunt personelu medycznego.

Prawo do zgromadzeń jest ograniczone. Rolnicy byli na ulicach, ale my jesteśmy medykami. Już teraz ministrowie mieszają nas z błotem za zbyt małe zaangażowanie. Jednak środowisko jest zdeterminowane. Dobra organizacja i pomysłowość naszej grupy zawodowej jest ogromna i jeśli będzie taka potrzeba zostanie wykorzystana.

Od końca września mamy zawiązany krajowy Komitet Protestacyjno Strajkowy. Nasze działania są uzależnione od wyniku rozmów z Ministrem Zdrowia.

Sasina „chyba Bóg opuścił”

A co pani pomyślała, jak usłyszała z ust wicepremiera Sasina, że nie jesteście dość odważni; że uchylacie się przed obowiązkami?

Dyplomatycznie powiem, że te słowa były wyjątkowo niewyważone. Ale tak naprawdę

mam ochotę powiedzieć, że kogoś chyba Bóg opuścił, skoro pozwala sobie na takie wypowiedzi w sytuacji, w której pracujemy ponad siły i tylko to sprawia, że system ochrony zdrowia jeszcze jakoś działa.

Dziś Rząd pod naporem opinii publicznej wycofuje się z tej narracji, ale wciąż podpiera się statystykami w zakresie odmów przyjęcia skierowania do pracy z pacjentami COVID 19. Te odmowy nie wynikają ze złej woli, tylko z wadliwych decyzji administracyjnych. Już wiosną apelowałam do wojewodów, by wydawali decyzje zgodnie z obowiązującym prawem. Jest poprawa, ale wciąż system nie działa dobrze.

Jaka jest atmosfera wśród personelu?

Pielęgniarki i położne są wściekłe. Codziennie dostaję smsy: "Kiedy ruszamy na Warszawę?", "Co robimy z tym wszystkim?".

Na pewno wszystkie jesteśmy przeciążone pracą.

Przypomnę, że średnia wieku w zawodzie to 53 lata, a aż 30 proc. pracujących to osoby, które osiągnęły uprawnienia emerytalne.

Pewnie pamiętacie państwo, że już wiosną kilka naszych koleżanek zmarło na powikłania związane z COVID 19. Chorowały na cukrzycę, inne przeszyły chemioterapię. Proszę sobie wyobrazić, że tysiące takich osób, z grupy ryzyka, wciąż stoi przy łóżkach pacjentów. Proszę pomyśleć, jak bolą słowa o braku zaangażowania, gdy pomimo choroby codziennie wychodzisz do pracy ratować system ochrony zdrowia i czyjeś życie.

Ponad 1000 zakażonych, dwie osoby w stanie ciężkim

Co najbardziej teraz przeszkadza wam w pracy?

Niedobór kadr. 28 września 2020 roku - z poziomu naszych organizacji związkowych - mieliśmy informacje o 530 zakażonych pielęgniarkach i położnych.

Dwa tygodnie później, 12 października, było to już ponad 1000 osób, z czego dwie koleżanki w stanie ciężkim są hospitalizowane, pod respiratorami.

Możemy tylko domyślać się, jak będzie dalej, szczególnie że teraz wszystkie szpitale będą zobowiązane do przyjęcia pacjentów chorujących na COVID 19. Zanim zrobimy test, ktoś może się zarazić. Często też przyjmujemy pacjenta z innym schorzeniem, a w toku diagnostyki okazuje się, że ma wynik pozytywny. Można powiedzieć, że kadra jest eliminowana przez koronawirusa. Nierzadko z całego oddziału, który liczy 20 pielęgniarek, na posterunku zostają trzy. Nie jesteśmy niezniszczalni.

I co wtedy? Jak pracować?

To jest ponad siły. Oddziałowe próbują ściągać personel z innych oddziałów, ale wtedy automatycznie osłabiamy inny zespół. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że pojęcie norm w zatrudnieniu w sytuacji COVID-19 już nie obowiązuje. Każdy z nas wykonuje zadania, do których zostaje skierowany.

„Co nas ochroni? Chyba tylko szczęście”

Czego możemy się spodziewać patrząc na dramatycznie rosnącą statystykę zakażeń, hospitalizacji i osób podłączonych do respiratorów?

Myślę, że będą powoli zamykane oddziały ogólne. Już dziś dostaliśmy informacje, by odwoływać operacje wszędzie tam, gdzie istnieje ryzyko, że pacjenci mogliby zajmować łóżka OIOM-owe.

Może dojść do sytuacji, w której oddziały internistyczne, chirurgiczne i inne będą służyć do leczenia pacjentów z COVID 19. Oczywiście mam nadzieję, że ten scenariusz się nie spełni, bo będzie miał katastrofalne skutki dla zdrowia publicznego.

A czy jest coś, co by wam pomogło? Czy za późno na jakiekolwiek zmiany i można tylko liczyć na mądre zachowanie Polek i Polaków?

Na pewno można nas odciążyć z pracy biurokratycznej. Przygotowanie raportu o stanie zdrowia pacjentów zajmuje nam godzinę. Są pomysły zaangażowania studentów i studentek pielęgniarstwa i medycyny. To na pewno wymagałoby dodatkowych przepisów. Jeśli mają pracować w ramach wolontariatu czy praktyk, muszą być chociaż ubezpieczeni.

A co do mądrego zachowania jestem za ciągłymi medialnymi kampaniami społecznymi uświadamiającymi społeczeństwu konieczność przestrzegania określonych zachowań.

Wiosną oglądaliśmy sceny z Włoch, gdy rodziny chorych siedziały przed salami OIOM-owymi i patrzyły, co dzieje się z respiratorami. Gdy włączała się czerwona lampka, biegły po pielęgniarkę, by ta interweniowała. Takie były niedobory kadrowe.

Wciąż mam nadzieję, że u nas ten katastrofalny scenariusz się nie ziści. Ale co nas ochroni? Chyba tylko szczęście, bo ochrona zdrowia jest w zapaści, a pandemia tylko to obnażyła. Przez lata inwestowaliśmy w budynki i sprzęt, a zapomnieliśmy o ludziach. Teraz widzimy, do czego prowadzą oszczędności na pracownikach.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne