Politycy PiS i prawicowe media urządzają sabat czarownic, by zdyskredytować strajk nauczycieli. Lamentują nad krzywdą dzieci, wyzywają lidera ZNP od komuchów. Odkrywają, że protest jest polityczny i chodzi o szmal (to akurat prawda). Pouczają nauczycieli, że pieniądze są mniej ważne niż honor. Warzecha "jak słyszy Broniarza, to mu się zbiera na wymioty" itd.

Strajk nauczycieli może zacząć się już 8 kwietnia 2019 i trwać do odwołania. To newralgiczny termin – 10 kwietnia zaczynają się egzaminy gimnazjalne, a 15 kwietnia egzaminy ósmoklasisty. Presja jest duża, ale jak podkreślają związkowcy: rząd ma miesiąc na to, żeby wypracować wraz z nimi jakieś rozwiązania.

Jak politycy PiS i kibicujący im prawicowi dziennikarze przedstawiają protest nauczycieli? Uciekają się do tzw. sprawdzonych metod. Oto siedem głównych.

  • powtarzają, że nauczyciele działają na szkodę dzieci;
  • sugerują, że protestują tylko osoby zdemoralizowane,
  • a protest jest „polityczny”, inspirowany lub wykorzystywany przez „totalną opozycję”;
  • skupiają się na liderach protestu – dyskredytują ich, oskarżają o podburzanie reszty;
  • kłamią, że „za PO nie protestowano”;
  • wmawiają, że protestuje mała, zrewoltowana grupka, a nie całe środowisko;
  • przypisują protestującym niskie pobudki („chodzi tylko o kasę!”).

Dzieciaki-zakładnicy

„Strajk zapowiedziany przez ZNP i nazwany »strajkiem szkolnym« nie jest strajkiem uczniów, ani rodziców. Jest to strajk nauczycielskich związków zawodowych, który nie pozostanie bez wpływu na uczniów i rodziców” – brzmiał, jakby wieszczył apokalipsę Michał Rachoń, świeżo przywrócony do łask i programu „Minęła 20”.

Gościem Rachonia był Piotr Gliński, który lamentował nad upadkiem obyczajów: „Nie ma żadnych świętości! Oni w czystą politykę, brutalną walkę włączają dzieci!”.

Inny minister Joachim Brudziński w „Gościu Wiadomości” bił na alarm„Żaden odpowiedzialny nauczyciel się na to nie zdecyduje!”.

I dalej lamentował w stylu Piotra Skargi:

„Kto weźmie odpowiedzialność za traumę tych dzieci? Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, aby jakikolwiek pedagog, znakomici, kochani nauczyciele – jak próbuje ich do tego namówić pan Broniarz, w mojej ocenie po prostu polityk – wzięli na swoje sumienie odpowiedzialność za dzieciaki”.

Brudziński przedstawiony został w programie jako specjalista od rozwiązywania konfliktów ze związkami zawodowymi. Szef MSWiA nie wspominał, że policjanci swoją akcję protestacyjną również prowadzili w niewygodnym dla rządu terminie – w trakcie obchodów 11 listopada.

Krzysztof Szczerski, prezydencki minister w radiowej Trójce stwierdził, że protesty nauczycieli JUŻ zdemoralizowały  dzieci. Bo jak to? One muszą przychodzić do szkoły, rozlicza się je z obecności, a nauczyciel bierze sobie nagle „lewe L4”?

Na znak solidarności z rządem prześladowanym przez nauczycieli, własną akcję przeprowadzili 28 lutego radni PiS ze Szczecina: „To jest skandal, bo tak naprawdę to, o czym mówi pan Broniarz uderza w dziecko! Prosimy nauczycieli o empatię, o niepodejmowanie tego typu działań jak strajki, bo to szkodzi dzieciom. Prawdziwy nauczyciel to rozumie” opowiadała radna Małgorzata Jacyna-Witt.

Jak podaje portal radioszczecin.pl, radny Zbigniew Bogucki stwierdził po prostu, że nauczyciele, którzy rzeczywiście czują powołanie, po prostu nie zastrajkują: „Przypominam sobie te czasy, kiedy jeszcze sam chodziłem do szkoły. Wtedy status i zawód nauczyciela, to była swego rodzaju misja”. Na tej konferencji prasowej obecny był także radny, bloger i spamer zatrudniany przez Ministerstwo Sprawiedliwości, czyli Dariusz Matecki.

Jeszcze bardziej wylewny okazał się publicysta „DoRzeczy” Łukasz Warzecha, który podzielił się w Polskim Radio 24 taką myślą: „To postępowanie etycznie obrzydliwe. Jak widzę Broniarza, który przekonuje, że nie bierze dzieci jako zakładników, to mam odruch wymiotny”.

Łagodnie na tym tle brzmiał Mateusz Morawiecki, który ciepłym tonem zachęcał w TVN24 nauczycieli, żeby „dali rządowi szansę”: „Bardzo proszę o to oczywiście, żeby takie powstrzymanie nastąpiło, ponieważ ucierpią na tym (strajku) dzieci, ucierpią rodzice”.

Polityczny!

„Protest jest polityczny” – to mantra, którą się powtarza. PiS z pomocą swoich mediów przedstawia każdy protest jako inspirowany lub organizowany wprost przez tak zwaną „totalną opozycję”. To była też ulubiona figura propagandy PRL, każdy protest miał „cele polityczne”, zwykle „ukryte”, często „inspirowane” przez wrogie siły.

W wersji współczesnej wyraził ją Krzysztof Szczerski w słynnej już wypowiedzi o celibacie i 500 plus. „Nawet jeśli związki zawodowe chciałyby zrobić z tego protest wyłącznie społeczny, on będzie protestem politycznym. Uważam, że każdy świadomy uczestnik życia publicznego – a przecież pan Broniarz i ZNP nim jest – musi wiedzieć o tym, że to będzie protest natychmiast wykorzystany w kampanii wyborczej, protest polityczny i cała próba tego, żeby domagać się praw nauczycieli po prostu pójdzie z dymem” – perorował profesor-minister.

Piotr Gliński, kiedyś socjolog specjalizujący się w ruchach społecznych i budowie społeczeństwa obywatelskiego, posłużył się innym wyjaśnieniem:

„Dla wszystkich jest jasne – to jest oczywiście awantura polityczna. Jedna z kolejnych, od trzech lat jesteśmy poddawani ciągle tego rodzaju awanturom. Opozycja nie ma pomysłu na Polskę poza tym, żeby dorwać się do władzy za pomocą awantur”.

Na pierwszej linii ciosu jest Sławomir Broniarz. „Nie zachowuje się jak związkowiec, tylko aktywista polityczny. W sieci krąży mnóstwo zdjęć, kiedy z liderami opozycji totalnej występuje, prezentując swoje poglądy nie dotyczące szkoły” – oskarża w Kwadransie Politycznym Michał Dworczyk.

Przezywanie Sławomira Broniarza politykiem było stałym punktem programu każdego mówcy z PiS. Tak nazwał szefa ZNP Joachim Brudziński, a Marek Suski zaklasyfikował go jako „polityka związanego z lewicą”.

Punktem obowiązkowym były także sugestie, że związkowcy przeprowadzają te wszystkie akcje protestacyjne ze względu na rozmaite apanaże obiecane przez „totalsów”.

A za PO to co?

By potwierdzić swoje opinie o upolitycznieniu ZNP, politycy PiS próbują udowodnić, że za rządów PO żadnych strajków nie było. „Czemu nie strajkowaliście przeciw Joannie Kluzik, gdy było 0 zł podwyżek!!!” – tak Sławomira Broniarza zaczepia na Twitterze Piotr Uściński. Poseł PiS załącza również grafikę, którą sam sporządził.

Odpowiedział mu sam szef ZNP, przypominając, że tylko w kwietniu 2015 pod MEN protestowało ponad 21 tysięcy członków ZNP.

Wdawanie się w tak ułożoną dyskusję jest niestety jałowe. Joanna Kluzik-Rostkowska została w końcu ministrą edukacji tylko na dwa lata rządów PO. Objęła stanowisko w listopadzie 2013 roku. Rząd PO-PSL wprowadzał podwyżki dla nauczycieli w latach 2008-2012 (po ogólnopolskim strajku). Pensje nauczycieli wzrosły wtedy w sumie o 42 proc. (niemal 1000 zł brutto).

Tweet Uścińskiego to typowa manipulacja, mająca udowodnić, że „za PO byli tak samo biedni, a siedzieli cicho” na podstawie wykrojonego bez kontekstu wąskiego odcinka czasu. A i tak faktografia się nie zgadza!

Jeszcze mniej kultury miał minister kultury Piotr Gliński, który w programie Rachonia uderzał na odlew: „Przez cały szereg lat godzili się na to, że nie było żadnych podwyżek. Za poprzedniej władzy oczywiście (…)

Przecież pensje były zamrożone i pan Broniarz siedział cicho”.

Komuchy!

Te wszystkie zabiegi mogą nie wystarczyć. Dlatego w godzinie próby propisowscy publicyści mówią to, czego politycy (zazwyczaj) się wstydzą.

Tomasz Sakiewicz był gościem tej samej audycji, w której Łukasz Warzecha zwierzył się z mdłości. Redaktor naczelny „Gazety Polskiej” zabrał głos: „Sam szef ZNP pan Sławomir Broniarz nie tyle jest związkowcem, co politykiem. I chyba tego nawet nie ukrywa.

To zawsze był twardogłowy komunista z »okolic« Leszka Millera.

Jak będzie mógł zaszkodzić temu rządowi, to oczywiście to zrobi, przy okazji kreując się na związkowca”.

Tomasz Sakiewicz zna się na ludziach, którzy „chcą zaszkodzić temu rządowi”, ponieważ zawodowo zajmuje się ich tropieniem dla dobra najjaśniejszej władzy. W końcu pracuje w gazecie, która przez trzy ostatnie lata przyznawała regularnie tytuł „Człowieka Roku” samemu Mateuszowi Morawieckiemu. Trzy razy z rzędu!

„Nie odrąbany łeb czerwonej hydrze przed laty, dzisiaj odradza się i jątrzy i nie jest naszym partnerem w czymkolwiek”

– tak  malowniczo przedstawia związkowców nauczycieli były opozycjonista Andrzej Rozpłochowski. Felieton pod wiele mówiącym tytułem „Dzieci jako żywe tarcze ZNP” ukazał się na łamach wPolityce.pl, czyli medium spółki Fratria, której właścicielem jest senator PiS i twórca SKOK-ów Grzegorz Bierecki. Dla lepszego oglądu tego, co dzieje się na tym portalu zacytujemy trzy pierwsze zdania tekstu:

„Mało kto dzisiaj w Polsce wie, że już w okresie międzywojennym II RP Związek Nauczycielstwa Polskiego był organizacją silnie komunizującą! I po okresie PRL-u to dziedzictwo trwa do dziś. Nie przypadkowo więc

stary komuch Broniarz czyni z ZNP bojówkę przede wszystkim SLD, najważniejszego spadkobiercy PZPR-u.

Ale jak widzimy, otaczają go także działacze OPZZ, centrali związkowej utworzonej przez Jaruzelskiego i Kiszczaka w stanie wojennym na gruzach zdelegalizowanej »Solidarności«”.

Szkoły nie wchodzą w spór?

Z danych ZNP wynika, że w spór zbiorowy przygotowujący do strajku weszło 78 proc. wszystkich przedszkoli i szkół w kraju, co może oznaczać dwukrotnie wyższy wynik niż w 2017 roku, gdy w strajku wzięło udział mniej niż 40 proc. jednostek oświatowych. Od 5 marca w placówkach odbywa się referendum. Do strajku dojdzie, jeśli w głosowaniu weźmie udział przynajmniej połowa pracowników oświaty, a większość zagłosuje za rozpoczęciem strajku.

W czwartek 7 marca na portalu wPolityce.pl pojawił się nagłówek: „NASZ NEWS. Większość szkół chce uczestniczyć w strajku nauczycieli? Bzdura! W spór zbiorowy weszło zaledwie 22 proc. placówek!”. Zespół wPolityce (nikt nie podpisał się pod tekstem imieniem i nazwiskiem) twierdzi, że dotarł do danych z Państwowej Inspekcji Pracy i kuratoriów. Z tekstu nie wiadomo jednak, co autorzy mieli na myśli i jakie dane właściwie podają, bo piszą, że: „w spór zbiorowy wchodzą nauczyciele danej placówki po przeprowadzeniu referendum strajkowym ze swoim pracodawcą, w tym wypadku z dyrektorem szkoły lub placówki oświatowej”.

Po pierwsze, kuratoria nie mają narzędzi, żeby zbierać takie dane. Po drugie, autorzy wpisu mylą spór zbiorowy z referendum strajkowym. Jeśli chodziło im o samo głosowanie, to przypomnijmy – referendum rozpoczęło się 5 marca, a potrwać ma aż do 25 marca. Ogłaszanie porażki referendum, gdy po trzech dniach za strajkiem głosuje 22 proc. placówek jest odważną tezą.

Ten spisany na kolanie absurdalny news podał dalej portal TVP Info. To także znana z przeszłości metoda demobilizacji protestu.

Kasa!

„W strajku nauczycieli nie chodzi o nic innego, jak tylko o kasę. Cały postulat tego strajku to »dajcie teraz tysiąc złotych«” – oburzał się Łukasz Warzecha.

Dlaczego domaganie się pieniędzy przez niedofinansowaną grupę zawodową jest naganne? Zwłaszcza, gdy codziennie słyszymy o tym, jak gospodarny jest rząd i jakie środki potrafi przeznaczyć na transfery socjalne? Tajemnica. Może więc chodzi o to, że zarabiają za dużo?

Zdaniem Łukasz Warzechy pensje nauczycieli są niskie, ale… po prostu nie każdy zasługuje na podwyżkę. „Uważam, że nauczyciele powinni zarabiać zdecydowanie lepiej, ale nie wszyscy, tylko ci, którzy mają osiągnięcia” – wyrokuje publicysta.

Wątek podchwycił Tomasz Sakiewicz: „Płace nauczycieli powinny być zróżnicowane i to bardzo mocno. Mamy przypadki ludzi, którzy nie załapali się na jakikolwiek inny zawód i zostali nauczycielami”.

Na szczęście przypomniało mu się, że od tej smutnej reguły są wyjątki: „Mamy też przypadki wielkich ideowców, którzy być może w innych zawodach zarabialiby dużo więcej, ale postanowili poświęcić się dzieciom, bo czują misję. Znam takich nauczycieli. I trzeba ich odpowiednio doceniać i wynagradzać”.

Ale tak ogólnie, to zdaniem polityków i publicystów w zawodzie nauczyciela pieniądze nie są aż tak ważne. Kiedyś nauczyciele byli biedniejsi, ale „mieli więcej klasy”:

„Mieli honor, dumę i pokazywali nam uczniom swoją postawą, jak należy się zachowywać, a nauczyciele w PRL-u zarabiali naprawdę marnie” – roztkliwiał się Marek Suski w Telewizji Republika.

PiS liczy na to, że nauczyciele zrezygnują, ale nie dzięki wypracowaniu kompromisu, tylko pod presją samych rodziców, którzy zaczną ich postrzegać jako leniwych, roszczeniowych, nieodpowiedzialnych. Bo w końcu, jak powiedział premier Morawiecki 22 stycznia 2019 „nauczyciel ma więcej czasu w porównaniu do pozostałych pracujących osób, a zarabiać chce więcej”.

Podchodzimy najbliżej barierek. Dla Was.
Wesprzyj OKO, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o polityce i mediach. Prowadzi relacje LIVE w mediach społecznościowych.


Masz cynk?