Czy PiS może się tak wewnętrznie skłócić, że straci siłę? Jeszcze niedawno byłyby to mrzonki. Wetując ustawy o SN i KRS prezydent Duda podważył jednak zasadę nienaruszalności Kaczyńskiego. Władza w tej partii opiera się na strachu, a Duda pokazał, że się nie boi. Dintojra w obozie władzy da też impuls opozycji

Coraz ostrzejszy konflikt, w którym prezes publicznie docieka, czy prezydent jeszcze „jest z nami”, co sugeruje, że zdradził, sprawia, że przynajmniej na razie antydemokratyczna rewolucja PiS traci impet – uważa Marek Beylin, publicysta, komentator „Gazety Wyborczej”, autor m.in. książek „Spokojnie, to tylko rewolucja”, „Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow”.


Tekstem Adama Leszczyńskiego zaczęliśmy debatę analityczną o sytuacji w PiS. Czy spór Duda- Kaczyński to tylko kłótnia w rodzinie, bez większych konsekwencji? Czy nawet spór, który dodatkowo zmarginalizuje opozycję? Czy może jednak początek procesu dekompozycji obozu władzy? Wkrótce kolejne głosy.


Według wielu komentatorów ten spór w obozie władzy jedynie wzmacnia PiS. Przedstawiają trzy argumenty:

  • Ponieważ wyborcy PiS zaniepokojeni radykalizmem swej partii mogą łatwiej tłumaczyć sobie i innym, że Duda będzie łagodził bardziej autorytarne zamysły Kaczyńskiego (jak w przypadku ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym), co pozwoli im utrzymać lojalność wobec rządzących.
  • Konflikt między prezesem i prezydentem buduje pozory pluralizmu tak wewnątrz PiS, jak w całej polityce. A to może skutecznie mamić wielu ludzi, że mamy do czynienia z dość normalną, bo zróżnicowaną partią i polityką.
  • Debatę publiczną dominuje fałszywa opozycja Kaczyński-Duda, mimo że w większości kwestii prezydent jest wiernym sługą PiS. W efekcie coraz słabiej rozbrzmiewają inne niż PiS-owskie poglądy i punkty widzenia. Choćby ten, że również prezydenckie projekty ustaw o SN i KRS łamią konstytucję. Co oznacza postępującą „normalizację”: wolimy mniej wyrazisty autokratyzm w wydaniu Dudy, byleby tylko nie uderzał w nas Kaczyński.

To argumenty bez wątpienia zasadne, ale sądzę, że skutki konfliktu Duda-Kaczyński są korzystne głównie dla przeciwników władzy.

Duda, wetując ustawy PiS o SN i KRS, podważył wszechwładzę Kaczyńskiego, a to na jej nienaruszalności opiera się polityka PiS. Panuje tam święty dogmat, że tylko prezes decyduje o polityce i porachuje kości każdemu, kto byłby innego zdania. Władza Kaczyńskiego w partii zasadza się na strachu.

Widzieliśmy to choćby przy aferze billboardowej: najpierw część polityków PiS dystansowała się od przygotowanej za publiczne pieniądze przez Polską Fundację Narodową kampanii zniesławiającej sędziów. Gdy jednak Kaczyński oznajmił, że była to świetna akcja, wątpliwości w PiS ucichły.

Toteż kto, jak Duda, pokazuje publicznie, że prezes musi się liczyć z cudzym zdaniem i cudzą siłą, ten dowodzi słabości tego układu władzy. Bo narzuca się wniosek: Kaczyński nie panuje nad sytuacją. Co będzie ośmielać innych do kwestionowania jego zamysłów – wszak PiS, jak każdy obóz władzy, nie jest jednolity.

Rewolucja traci impet

Coraz ostrzejszy konflikt, w którym prezes publicznie docieka czy prezydent jeszcze „jest z nami”, co sugeruje, że zdradził, sprawia, że przynajmniej na razie antydemokratyczna rewolucja PiS traci impet. Ogłaszają to zresztą sami politycy PiS: nie będzie zgody na sądowe ustawy Dudy, bo zatrzymają one „dobrą zmianę”, nie oddadzą bowiem bez reszty sędziów pod nadzór partii. A to znacznie utrudni radykalną zmianę ordynacji wyborczej, fałszowanie wyborów, represje wobec opozycji czy odbieranie mediów przeciwnikom.
Oczywiście, Duda może się jeszcze ugiąć, wie jednak, że jako przystawka Kaczyńskiego ma niewielkie szanse na kolejną wygraną w wyborach prezydenckich – sam elektorat PiS mu tego nie zapewni. Chce więc najpewniej budować własną pozycję wyborczą jako łagodniejszy reprezentant obozu władzy. To może dać mu trochę głosów spoza PiS i trzymać tę partię w szachu – lepszego kandydata nie znajdą.

To jednak prowadzi do zaognienia konfliktu z Kaczyńskim, który wbrew pogłoskom o tym, jak jest pragmatyczny, wolał niszczyć to, co zyskał, niż pozwolić, by ktoś trzymał go za gardło. Przypomnijmy sobie choćby losy pierwszego rządu PiS w koalicji z Samoobroną i LPR.

Oddech dla opozycji

Ten konflikt daje też opozycji szansę na oddech. Jesteśmy coraz dotkliwiej przytłoczeni ofensywą władzy, co nie dziwi, bo siła, rzeka propagandowych kłamstw, spektakle nienawiści oddziałują efektowniej niż deklaracje wartości, występy opozycji czy niezbyt tłumne demonstracje.

Teraz PiS coraz ostrzej atakuje, a my tylko coraz słabiej się bronimy. Jeśli PiS zajmie się sobą, da nam czas i sposobność, by zmienić tę sytuację.

Bo taka wewnętrzna dintojra przywróci nadzieję wielu ludziom dziś przygiętym do ziemi. A chaos w obozie władzy będzie sprzyjał temu, by wyborcy życzliwiej traktowali opozycję.

Tym bardziej, że „wojna na górze” osłabia lęk społeczeństwa przed władzą. A jak dowodzą sondaże CBOS, boimy się PiS

Taka jest zresztą intencja rządzących: mamy być przestraszeni i posłuszni. I łatwo bać się despoty, którego władza wydaje się nienaruszalna. Ale jak odczuwać strach przed kimś, komu bezkarnie brykają jego właśni ludzie? A gdy takie lęki się rozwiewają, władza na nich oparta, wygląda na coraz bardziej uzurpatorską.


Masz cynk?