Partyjny szef jest w pracy z samorządowcami skuteczny wtedy, gdy potrafi się z nimi porozumieć, a nie gdy forsuje swoją decyzję siłowo, nie zwracając uwagi na opinie radnych.
Na Podlasiu PiS zapomniał o tej zasadzie. Centrala zignorowała lokalnych działaczy, a oni się zbuntowali

Czy Koalicja Obywatelska razem z PSL-em mogą odzyskać sejmik województwa podlaskiego? Nadzieja na to rozbłysła przez chwilę w czwartek 22 listopada 2018, gdy niespodziewanie głosowanie na przewodniczącego sejmiku wygrał radny z PO. Wszystko wskazuje jednak na to, że wynik głosowania był elementem mało finezyjnych, wewnątrzpartyjnych negocjacji w klubie Zjednoczonej Prawicy – a nie pierwszym etapem zwycięskiego boju KO i PSL o władzę w regionie.

Po ogłoszeniu wyników wyborów było oczywiste, że sejmik województwa podlaskiego w tej kadencji przejmie Zjednoczona Prawica – jej radni zdobyli bowiem samodzielną większość: 16 mandatów przy 30-osobowym składzie rady. Po raz pierwszy od 2007 roku PiS ma rządzić województwem podlaskim. W połowie listopada rzeczniczka PiS-u Beata Mazurek opublikowała nawet na Twitterze… skład zarządu województwa podlaskiego, z przydzielonymi funkcjami – był to załącznik uchwały Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości, w którym wskazano składy zarządów we wszystkich zwycięskich dla PiS regionach. Wydawało się więc, że pierwsza sesja nowo wybranego sejmiku nie przyniesie żadnych niespodzianek.

Tymczasem pierwsze głosowanie – istotne, bo na przewodniczącego – wygrał, ku zaskoczeniu wszystkich, łącznie z wybieranym, radny Platformy Obywatelskiej Karol Pilecki.

Zdobył 16 głosów, a 3 głosy okazały się nieważne. Jego kontrkandydata z PiS Marka Komorowskiego poparło zaledwie 11 osób.

Polityczna sensacja w podlaskim sejmiku?

Zapachniało polityczną sensacją. Natychmiast pojawiły się opinie, że być może PO lub PSL (dotychczas rządzące w Podlaskiem) zdołały przekonać jakichś prawicowych radnych, by zagłosowali na ich rzecz, i że za chwilę cały zarząd województwa znów trafi w ręce opozycji, a PiS pozostanie z niczym.

Ale była to przedwczesna euforia. Po kilkugodzinnej przerwie na kolejnym posiedzeniu sejmiku PiS zgłosił swojego kandydata na marszałka i wybrał go tak, jak zaplanowała partia: większością 16 głosów. Został nim Artur Kosicki, debiutant w samorządzie, prawnik, polityk blisko związany z szefem podlaskiego PiS-u, byłym ministrem rolnictwa Krzysztofem Jurgielem.

Co prawda to jeszcze nie koniec batalii sejmikowej. Wybory całego zarządu województwa dopiero za tydzień, a PiS w Podlaskiem ma już w swojej historii sytuację, gdy choć wybrano marszałka, to nie udało się potem wybrać zarządu, z tego powodu po 3 miesiącach sejmik rozwiązano i trzeba było powtarzać wybory powszechne do tego ciała. Tym razem jednak 22 listopada wieczorem w kuluarach mówiono tylko tyle: „PiS się dogadał”, czyli pata nie będzie. A świeżo wybrany marszałek Kosicki poinformował, że w propozycjach składu nowego zarządu nastąpią zmiany, w porównaniu do tego układu, który zatwierdził Komitet Polityczny PiS.

To właśnie w tej wypowiedzi marszałka kryje się klucz do zrozumienia, co naprawdę wydarzyło się na pierwszej sesji sejmiku podlaskiego. Cofnijmy się do połowy listopada, gdy Komitet Polityczny PiS zdecydował o składach zarządów województw. W Podlaskiem na funkcje marszałka i wicemarszałków wskazano trzech radnych. Ale już funkcje członków zarządu mieli pełnić działacze nie tylko spoza składu sejmiku, ale nawet spoza PiS-u. Chodziło o Marcina Sekścińskiego z Kolna, który reprezentuje Porozumienie Jarosława Gowina, oraz Jakuba Fica z Siemiatycz, przedstawiciela Solidarnej Polski. I tego było radnym za dużo.

Tradycja ponad podziałami

Można powiedzieć, że sejmik podlaski ma już swoją tradycję – i to tradycję całkowicie ponad podziałami – w odrzucaniu partyjnych rekomendacji, które dotyczą osób nie będących radnymi wojewódzkimi. Próbował tego marszałek z SLD, Janusz Krzyżewski, próbowała tego kilka lat temu Platforma Obywatelska, kiedy chciała, by marszałkiem został ówczesny wojewoda podlaski Maciej Żywno – niebędący wówczas radnym sejmiku. Każde takie głosowanie kończyło się porażką zgłaszanego kandydata i autorów rekomendacji. Za SLD chodziło jedynie o członka zarządu, ale w przypadku PO niewybranie przez własnych radnych rekomendowanego przez partię kandydata na marszałka było swoistym politycznym skandalem i jawnym buntem wobec partyjnych szefów.

Radni za każdym razem sygnalizowali w ten sposób, że są samodzielni w swoich decyzjach i nie zamierzają zgadzać się na przedmiotowe traktowanie przez partię – wybiorą, kogo chcą oni, a nie partia.

Przychodziło im to tym łatwiej, że głosowania w sprawach personalnych są tajne, nigdy więc nie wiadomo, kto jak głosuje i trudno wyciągnąć konsekwencje wobec buntowników.

PiS postanowił się tą tradycją nie przejmować. Partyjni liderzy, przekonani o swoim nieograniczonym wpływie na radnych, narzucili im nie tylko decyzję o marszałku, nie tylko sami podzielili funkcje w zarządzie, ale też nakazali wybrać do zarządu dwie osoby spoza sejmiku i spoza największej partii, czyli PiS-u. Wszystko w tym układzie wyglądało pięknie: PiS ma w zarządzie trzy głosy, czyli stabilną większość, a koalicjanci mają swoich przedstawicieli, więc nie mogą narzekać. Poza tym reprezentowany byłby cały region, zarząd nie byłby np. tylko białostocki – przy marszałku z Białegostoku mieli wejść do niego także radni z Łomży (Marek Olbryś) i Suwałk (Romuald Łanczkowski) oraz członkowie zarządu z kolejnych powiatów.

Samorządowcy, nawet z PiS, nie zawsze słuchają centrali

Tyle że dla radnych coś takiego było nie do zaakceptowania. Po pierwsze: głosując za tym rozwiązaniem, dwóch samorządowców traciło szansę na dostanie się do zarządu. Tymczasem w PiS-ie chętnych do stanowisk wykonawczych nie brakuje: jest niedoszły marszałek (ten, który został wybrany, ale nie przegłosowano mu składu zarządu) Bogusław Dębski z Białegostoku, są wieloletni działacze terenowi zainteresowani realnym rządzeniem, są także radni Porozumienia, choćby Stanisław Derehajło, były wójt Bociek, a ostatnio doradca wicepremiera Gowina, oraz Justyna Żalek, żona posła Jacka Żalka. Marzeniem wielu z nich jest prawdziwa władza, a nie siedzenie przez cztery lata w sejmikowych ławach w funkcji zwykłego radnego.

Po drugie: podlaski PiS nie jest monolitem. Ścierają się w nim rozmaite frakcje, w których najbardziej znane to grupa zwolenników posła Krzysztofa Jurgiela oraz zwolenników wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. Ale frakcji jest znacznie więcej, często ich podział przebiega zgodnie z podziałem geograficznym. Trzeba pamiętać, że w Podlaskiem bardzo mocne pod względem poparcia dla PiS są powiaty mniejsze, leżące poza dużymi miastami, za to – wyjątkowo lojalne partyjnie. To m.in. powiat wysokomazowiecki czy grajewski – a jednak nikogo stamtąd nie zaproponowano do zarządu. Za bardzo bolało to niektórych radnych.

Po trzecie: samorządowcy, niezależnie od opcji politycznej, mają silne poczucie swojej podmiotowości i samodzielności. W partiach często mówi się, że

przed wyborami wszyscy są lojalnymi działaczami partii, ale po wyborcach radni nabierają przekonania, że zostali wybrani wyłącznie dzięki swojemu nazwisku i własnej pracy, a miejsce na liście i partyjny szyld miały niewielkie znaczenie.

Coś w rodzaju: „to ja pomogłem partii, a nie partia pomogła mnie”.  Z tego powodu bardzo nie lubią, gdy partyjni liderzy próbują narzucać im swoje decyzje, zwłaszcza te personalne. Partyjny szef jest więc w pracy z samorządowcami skuteczny wtedy, gdy potrafi się z nimi porozumieć, a nie gdy forsuje swoją decyzję siłowo, nie zwracając uwagi na opinie radnych.

PiS zapomniał o tej zasadzie.

Ogłaszanie decyzji o składzie zarządu województwa na Twitterze, przez rzeczniczkę partii, po posiedzeniu Komitetu Politycznego, mogło zirytować wielu samorządowców – część z nich dowiedziała się bowiem o nominacjach właśnie z Twittera i z mediów, oni nie mieli nic do powiedzenia. Późniejsze negocjacje także nie na wiele się zdały.

Bunt przeciwko partyjnym decyzjom

W Podlaskiem niektórzy samorządowcy postanowili więc pokazać swojej partii, że trzeba się z nimi liczyć, bo to oni zaznaczają właściwe kratki na kartach do głosowania, a nie Komitet Polityczny. Licytowali wysoko – poważniejszego ostrzeżenia partyjnym liderom chyba już dać nie mogli: w pierwszym głosowaniu zagłosowali na kandydata z przeciwnej opcji politycznej. I zrobili to na tyle skutecznie, że ten nie tylko wygrał, ale też że ich własny kandydat zdobył jedynie 11 głosów.

Aż pięciu radnych (z 16-osobowego klubu) musiało  zbuntować się przeciwko partyjnym decyzjom.

Patrząc na PiS, który najczęściej oceniamy jako partię jednolitą i w pełni lojalną wobec wodza, aż trudno w to uwierzyć – a jednak. Zaskoczony był sam wybrany na przewodniczącego Karol Pilecki, choć opozycja po cichu przyznaje, że liczyła może nie na zwycięstwo, ale na pewien pat, przed pierwszą sesją trwały bowiem rozmowy z kilkoma osobami z klubu Zjednoczonej Prawicy. Wystarczyłaby przecież zmiana przynależności klubowej dwóch osób, by układ sił w sejmiku podlaskim wyglądał zupełnie inaczej.

Już ogłoszenie przerwy po wyborze przewodniczącego, a także późniejsze jej przedłużanie do kilku godzin, pokazało jednak, że KO i PSL nie mają żadnego asa w rękawie. Gdyby miały, w ich interesie leżałoby bowiem jak najszybsze – po pierwszym zwycięskim głosowaniu – wybranie swojego marszałka i zarządu województwa, aby nie dopuścić do porozumienia PiS-u z radnymi. Sukces mogło gwarantować jedynie „pójście za ciosem”. Tymczasem PiS i jego koalicjanci rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali… Nawet ci, którzy poparli Pileckiego, negocjowali nie z KO i PSL, lecz z własnym klubem. Walczyli o to, by do zarządu województwa weszli wyłącznie radni (a nie ktoś spoza sejmiku) i zapewne ustalali także, kto obejmie jaką funkcję. Wreszcie we własnym gronie, a nie na Nowogrodzkiej.

Dopóki piłka w grze…

Wydaje się, że negocjacje się powiodły. Wskazuje na to bezproblemowy wybór marszałka – Artur Kosicki zdobył oczekiwane 16 głosów, nikt nie zagłosował inaczej niż to było ustalone. Zarząd ma zostać wybrany na następnej sesji, którą zapowiedziano na przyszły tydzień. Co prawda Karoli Pilecki nadal pozostaje przewodniczącym sejmiku, ale PiS złożył wniosek o zwołanie sesji nadzwyczajnej. W takiej sytuacji to wnioskodawca, a nie przewodniczący określa porządek obrad. We wniosku PiS jest już punkt o odwołanie przewodniczącego sejmiku i wybranie nowego, i niezależnie od woli przewodniczącego musi być on wprowadzony pod obrady.

Prawdopodobnie Pilecki już za kilka dni straci swoją funkcję, PiS przejmie pełnię władzy, a dotychczasowi rządzący, czyli PO i PSL, znajdą się w opozycji. Chociaż z drugiej strony w polityce tak jak na boisku: piłka jest w grze do samego końca, a wynik jest gwarantowany dopiero po odgwizdaniu końca meczu. Dlatego emocji na kolejnej sesji sejmiku podlaskiego znowu zapewne nie zabraknie.

Analizuje funkcjonowanie polityki w sieci. Specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych. Kilka lat temu była dyrektorką biura białostockiego posła PO Roberta Tyszkiewicza. Dla OKO.press pisze jako autor zewnętrzny.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym