System jest fatalny, obywatele też się nie sprawdzają. Ministerstwo Zdrowia rozważa kary za niestawienie się na umówioną wizytę do lekarza. Ale dodzwonienie się, by odwołać wizytę, graniczy z cudem. Znamy przypadek pacjenta, któremu udało się to za... 262 razem

Kwestia zamówionych i niezrealizowanych wizyt lekarskich co jakiś czas pojawia się w mediach. Ostatnio spore poruszenie wywołała informacja podana 30 stycznia 2020 przez tabloid „Fakt”.

Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia przytoczonych przez gazetę wynika, że w ubiegłym roku sytuacja taka miała miejsce aż 17 mln razy. W poradniach ortopedii i traumatologii w całym kraju na umówione wizyty nie stawiło się 150 tys. pacjentów. Na długo wyczekiwaną wizytę u kardiologa 90 tys. nie przyszło.

Chorzy nie stawiają się głównie po porady do lekarzy specjalistów, a więc tam, gdzie kolejki są najdłuższe.

Zdarza się jednak, że nie zgłaszają się także na umówioną operację. Z tego właśnie powodu w ubiegłym roku nie przeprowadzono w Polsce 34 tys. zabiegów usunięcia zaćmy.

Z danych NFZ wynika, że średnio w całym kraju co piąta umówiona porada lekarska nie jest realizowana z powodu nieobecności osoby, która o nią poprosiła.

Rozważamy różne możliwości

Jak temu zapobiec?

„Polska wzorem innych krajów powinna wprowadzić przepisy dyscyplinujące pacjentów” – powiedziała „Faktowi” Renata Jażdż-Zaleska, prezes Specjalistycznego Centrum Medycznego im. św. Jana Pawła II w Polanicy-Zdroju. – „Gdyby pacjent musiał zwrócić nam 2500 zł za zabieg, na który się nie stawił, następnym razem pamiętałby o odwołaniu wizyty” – dodaje szefowa SCM.

„Fakt” zwrócił się w tej sprawie do ministerstwa zdrowia. „Placówki medyczne od dłuższego czasu zgłaszają nam problem niestawiania się na wizyty do lekarzy specjalistów” – powiedział tabloidowi wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński. „Jednym z rozwiązań, jakie postulują, jest wprowadzenie pewnej formy odpłatności, co ich zdaniem pozwoli bardziej zmobilizować do zgłaszania się na wizyty lub choćby wcześniejsze ich odwoływanie.

Na pewno problem ten wymaga pilnego rozwiązania, byśmy mogli przyjmować i leczyć więcej osób. Rozważamy różne możliwości rozwiązania tego problemu” – dodał wiceminister.

Wystarczy sms

Tyle „Fakt”. Liczba 17 mln wizyt rzeczywiście robi wrażenie. Kwestia – jak się okazuje – dzieli zarówno lekarzy, jak i pacjentów.

Są tacy, którzy uważają, że kary finansowe byłyby tu jak najbardziej na miejscu, i tacy, którzy sądzą, że trzeba myśleć o innych rozwiązaniach.

„Sektor prywatny w dużej mierze sobie z tym problemem poradził” – przekonuje dr Bartosz Fiałek, Przewodniczący Regionu Kujawsko-Pomorskiego OZZL. – „Na ok. 300 porad, jakich udzieliłem w prywatnej przychodni, na wizytach nie zjawiło się raptem 10 osób” – mówi lekarz. – „Tak małą liczbę niezrealizowanych wizyt zawdzięczam łatwości jej odwołania (dostępna rejestracja, możliwości cyfrowe: sms, e-mail, portal internetowy) oraz każdorazowe potwierdzanie wizyty (przypominanie pacjentowi o jej terminie 1-2 dni przed umówioną datą)” – pisze na FB Fiałek.

Sektor publiczny czegoś takiego nie stosuje. Pewnie w nie wszystkich rejestracjach jest czas na dzwonienie do pacjentów, ale można pomyśleć o automatycznym wysyłaniu sms-ów. „To niedroga, a przy tym skuteczna metoda walki z pacjentami-widmami” – czytamy na stronie ZnanyLekarz.pl

Z badania przeprowadzonego przez ten serwis wynika, że przypomnienie o umówionej wizycie za pomocą SMS-a zmniejsza odsetek „no-show” nawet o 60 proc.

W Polsce brakuje lekarzy, ich czas jest bardzo cenny, dlatego warto zainwestować w odpowiednie narzędzia, by go oszczędzać.

Ważną sprawą wydaje się odległość czasowa pomiędzy zapisem na wizytę a czasem jej realizacji. Jeśli wynosi ona kilka, a nawet kilkanaście miesięcy, łatwo o niej zapomnieć. Przez ten czas sytuacja może się na tyle zmienić, że chory nie potrzebuje już takiej wizyty, bo np. nie wytrzymał i zgłosił się gdzie indziej prywatnie.

Pacjent często w momencie zapisu dostaje małą karteczkę z informacją o godzinie i miejscu wizyty. Potem tę karteczkę dobrze chowa i nie może jej odnaleźć. Na poradę często czekają ludzie starsi, którym szwankuje już pamięć, więc w wielu przypadkach trudno się dziwić, że po dłuższym czasie do lekarza nie docierają.

262 telefony  

Łatwo też powiedzieć „odwołać”, znacznie trudniej to zrealizować. Dodzwonienie się do wielu publicznych rejestracji graniczy z cudem. „Jeden z pacjentów, o których czytałem, zaparł się, że telefonicznie odwoła wizytę” – opowiada dr Fiałek. – „Udało się za… 262 razem”.

„Próbowałam niedawno odwołać wizytę dziecka u specjalisty, bo trafiliśmy do szpitala” – pisze na Twitterze lekarka Maria Kłosińska. – „Nie udało się, bo »zajęte«. Przyjść nie mogłam, bo jak. Oczyma wyobraźni widziałam jedną panią obsługującą kolejkę pacjentów, pobierającą krew w godz. 8-10 i w stale dzwoniący w tle telefon”.

„Powinna powstać ogólnopolska infolinia, dostępna dla pacjentów, którzy tą drogą mogliby sprawnie poinformować o niestawieniu się na wizytę w wyznaczonym terminie” – twierdzi dr Fiałek.

Pod jego niedawnym felietonem na ten temat na Facebooku ukazał się m.in. następujący wpis:

„U nas w poradni jest taki overbooking w stosunku do terminów, że to raczej całe szczęście jak ktoś nie przyjdzie, bo zamiast 4 pacjentów na tę samą godzinę, jest tylko 3”.

Kary w sektorze prywatnym

Polskie prawo wypowiada się na temat odwoływania wizyt przez pacjentów.

Punkt 9 art. 20 Ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych brzmi: „W przypadku, gdy świadczeniobiorca nie może stawić się u świadczeniodawcy w terminie określonym w trybie ust. 2, 7 lub 8, lub gdy zrezygnował ze świadczenia opieki zdrowotnej, jest on obowiązany niezwłocznie powiadomić o tym świadczeniodawcę”.

„Problemem jest jednak brak sankcji za niewywiązywanie się z nałożonego na pacjenta obowiązku” – pisze Bartłomiej Leśniewski na stronie Termedii. – „Jedyną prawnie dopuszczalną konsekwencją opuszczenia wizyty lekarskiej bez wcześniejszego odwołania jest umieszczenie chorego na końcu kolejki oczekujących do danego lekarza”.

„Kary finansowe jako narzędzie dyscyplinowania pacjentów są dozwolone w leczeniu prywatnym, o ile zapis o ich stosowaniu jest umieszczony w regulaminie placówki, a treść regulaminu dostępna pacjentowi” – czytamy na stronie Termedii.

I dalej.

Lekarz może również odmówić przyjęcia pacjenta, jeśli ten regularnie opuszcza wizyty. Wyjątkiem są sytuacje, kiedy „zagrożone jest życie pacjenta, lub gdy doznał on ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia i w każdym innym przypadku niecierpiącym zwłoki”.

Niektóre [prywatne] placówki wprowadzają płatności zaliczkowe za wizyty. Zaliczka przepada, jeśli pacjent nie pojawi się w umówionym terminie. Na stronie ZnanyLekarz.pl czytamy, że pewna klinika stomatologiczna z Łodzi każe płacić za stracony czas lekarzy, a także wykreśla bezpowrotnie z listy tych pacjentów, którym trzy razy zdarzy się nie przyjść na wizytę lub odwołać ją w ostatniej chwili.

Lepiej nagradzać zamiast karać

Jak sobie radzą sobie z tym problemem inne kraje?

Jak donosi „Rynek aptek” 67 proc. amerykańskich stomatologów pobiera dodatkowe opłaty od pacjentów za odwołanie wizyty. Średnia wysokość kary wynosi 50 dolarów.

Z kolei w Kanadzie pielęgniarka dzwoni 24 godziny przed umówioną wizytą, by ją potwierdzić. Jeśli pacjent mówi, że przyjdzie, a potem nie pojawi się u lekarza, płaci towarzystwu ubezpieczeniowemu określoną kwotę. Jeśli zaś pielęgniarka z jakiegoś powodu nie zadzwoni, kara nie obowiązuje.

Nie wiemy, jak sprawa zakończy się w Polsce. Minister zdrowia Łukasz Szumowski wystąpił ostatnio w radiu Zet i RMF FM zapewniając, że decyzja o wprowadzeniu kar jeszcze nie zapadła. Dodał, że ministerstwo wsłucha się zarówno w głosy pacjentów, jak i kierowników szpitali i przychodni.

– Ile może wynosić kara – dopytywał się Robert Mazurek.

– Może parę, może 10 zł – odparł minister.

Dr Bartosz Fiałek: – „Jestem absolutnie przeciwny karaniu pacjentów, tym bardziej obarczaniu ich winą za fatalnie zorganizowany publiczny system opieki zdrowotnej. Uważam, że to dalej niepotrzebnie skłócałoby środowisko lekarzy i pacjentów. Rządzącym mogłoby o to chodzić. Jednak słyszę, że jestem w mniejszości. Dziennikarze, z którymi rozmawiałem mówili mi, że wielu innych lekarzy popiera system kar”.

Sam twierdzę, że zawsze lepiej nagradzać, niż karać. Więc może zamiast wymyślać, ile trzeba będzie płacić za niewykorzystaną wizytę, warto stworzyć system nagród dla subordynowanych pacjentów, np. w postaci zbierania punktów/funduszy na Internetowym Koncie Pacjenta, które pacjent lub jego rodzina będą mogli spożytkować na świadczenia zdrowotne? Albo w postaci preferencji w kolejkach kwalifikujących do leczenia uzdrowiskowego?

Przychodzi OKO do lekarza...
Chcesz, byśmy nadal pilnowali zdrowia Polaków?

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”, założył tam dział nauki i napisał ok. 1000 tekstów. Niedawno przepracował 3,5 roku w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami, a Polską. W OKO.press redaguje i pisze.


Komentarze

  1. Tom Paskuda

    Paranoja. Pacjenci będą karani za wielomiesięczne oczekiwanie w kolejce do lekarza! Bo to pacjenci są winni, że system opieki zdrowotnej źle działa! Powstała nowa jednostka chorobowa: deficyt racjonalności.

  2. Jacek Doliński

    Najpierw niech NFZ, wzorem prywatnych firm opieki zdrowotnej, udostępni swoim przychodniom system on-line, który będzie umożliwiał pacjentowi odwołanie wizyty i otrzymanie potwierdzenia tego faktu w ciągu 3 minut. A na 2 tygodnie przed planowanym terminem wizyty będzie wysyłał przypomnienie mailem i/lub SMS-em.

    • Pierdzislaw Straszny

      Przypuszczam, ze koszt takiego systemu zwrocilby sie w pierwszym roku dzialania lub nawet wczesniej. Po drugiej stronie mamy jeszcze koszty obslugi dlugow, ktore przy malych kwotach moga byc znacznie wyzsze od samego dlugu. Gdzie sens?

      • Jacek Doliński

        Oczywiście! Choćby przez to, że już w momencie zapisywania się pokazywałby pacjentowi różne możliwości umówienia wizyty, przez co zapobiegałby rezerwacji przez zapobiegliwych pacjentów tej samej wizyty w wielu przychodniach.
        Nie wspominając już tzw. kosztów społecznych, o których każdy rząd z powagą mówi, a tak naprawdę ma je głęboko w poważaniu.

  3. m vinthund

    "Po pół roku zapomniałeś, że masz umówioną wizytę u lekarza? Rząd rozważa dla ciebie karę"
    Przecież wystarczy sobie zapisać w kalendarzu, to chyba nie taki wysiłek.

  4. Andrzej Maciejewicz

    Bywatele mają prawo być głupawymi, mieć sklerozę, wyzdrowieć, zrezygnować z wizyty. Państwo natomiast ma obowiązek brać to wszystko pod uwagę i jeśli nie potrafi zagwarantować niezawodnej komunikacji z lekarzem (przychodnią) oraz nie umie rozróżniać przyczyn i wypadków losowych to nie ma prawa ich karać. W przeciwnym wypadku staje się obozem koncentracyjnym. Już takich objawów jest wiele.
    Poza tym w każdej przychodni czekają na wizytę osoby "rezerwowe", w miejsce tych, które nie przyszły.

  5. Michał Cz

    Szumowski chce wyłudzać pieniądze od pacjentów zamiast utworzyć sprawny system rejestracji z możliwością odwołania wizyty bez konieczności wystawania w długich kolejkach. Przypominanie z kilkudniowym wyprzedzeniem o terminie powinno być obowiązkowe.

  6. Sumire Gusa

    Pół roku?! Tak szybki termin na pewno bym zapamiętała. Jako wyjątek. A co do rejestracji, wielokrotnie doświadczyłam niemożności dodzwonienia się. Raz, będąc w szpitalu, słyszałam, jak telefon dzwonił i dzwonił, a nikt go nie odbierał – i nie, rejestracja nie była bezludna. W mojej przychodni rejestracja działa formalnie od ósmej, ale nigdy nie odbierają tam przed 8:30, a po 8:30 przeważnie słyszę "nie ma już numerków na dzisiaj, a na jutro nie zapiszemy, bo nie".

Masz cynk?