0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plFot. Slawomir Kamins...

Anton Ambroziak, OKO.press: Influencer z Ukrainy wjechał sportowym autem na Morskie Oko. Sprawa tak zbulwersowała opinię publiczną, że odniósł się do niej publicznie premier Donald Tusk i polecił szefowi MSWiA wyciągnięcie „surowych konsekwencji”. Na te nie trzeba było długo czekać.

Marcin Kierwiński poinformował, że w związku z naruszeniem porządku publicznego, mężczyzna został wydalony z Polski ze skutkiem natychmiastowym i trafił na listę osób niepożądanych z zakazem wjazdu na teren RP. Tak wyglądają typowe procedury działania państwa i służb w przypadku wykroczeń?

Prof. Witold Klaus, Instytut Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk: Po pierwsze, zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego premier zajmuje się stosunkowo błahym wykroczeniem. Po drugie, problematyczne jest to, że instruuje służby, co mają robić. Funkcjonariusz lub funkcjonariuszka, słysząc oczekiwanie nałożenia jak najsurowszych kar od szefa rządu, będzie działał pod presją.

Nikt oczywiście nie kwestionuje faktu, że jeśli cudzoziemiec popełni wykroczenie, to powinien ponieść konsekwencje.

I ten mężczyzna został od razu ukarany mandatem i punktami karnymi.

I na tym powinno zakończyć się postępowanie – tak, żeby kara była adekwatna do popełnionego czynu. Natomiast ogłaszanie, że ta osoba jest zagrożeniem dla porządku publicznego, jest nadużyciem.

Faktycznie przepisy ustawy o cudzoziemcach i unijnej dyrektywy dotyczącej powrotów, czyli deportacji, pozwalają na pewne szczególne tryby postępowania w przypadku osób, które stanowią zagrożenie dla porządku publicznego bądź bezpieczeństwa publicznego.

Natomiast istnieje jasna interpretacja wskazana przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, co to znaczy i jak powinno być sprawdzane. Weryfikacja jest dwuetapowa. Pierwszy warunek dotyczy tego, że ktoś popełnił czyn zabroniony. Drugi, ważniejszy, że ta osoba po ukaraniu nadal będzie stanowić poważne zagrożenie dla porządku publicznego.

Co to znaczy? Chodzi o recydywę?

Nie, nie chodzi tu o ponowne popełnienie tego samego czynu, ale zbadanie, czy jest duża szansa, że ta osoba będzie popełniała kolejne poważne czyny zabronione na terytorium Polski. Podkreślam słowo „poważne”, bo przecież my rozmawiamy wciąż o wykroczeniach.

Służby powinny popatrzeć wstecz na to, czy osoba wcześniej była już karana oraz przeanalizować wagę czynu zabronionego, oraz okoliczności. Patrząc na sprawę z Zakopanego, trudno uwierzyć, że straż graniczna dokonała takiej oceny, skoro wydała tak surową decyzję.

26 maja zakopiańscy policjanci zatrzymali uczestników nielegalnego rajdu quadami po Tatrzańskim Parku Narodowym. Wśród nich był Australijczyk, który został ukarany grzywną w wysokości 2 tys. zł. Dostał też zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na terytorium Polski. Nikt go nie wydalił przymusowo do Australii, nikt nie wydał zakazu wjazdu do Polski. Czym się różnią te przypadki?

Chciałbym mówić o prawie, ale nie to jest istotą w tej historii. To jest wyraźna segregacja migrantów. Australijczyk z założenia jest „dobrym” migrantem, niezależnie od tego, co zrobi. Ukrainiec jest „złym” migrantem, więc jeśli mu się omsknie noga, to wyciągane są nadmierne konsekwencje. A do tego są one ogłaszane publicznie, co jeszcze bardziej karmi opinię publiczną niechęcią do osób z Ukrainy.

Politycy sami rozkręcają panikę moralną. Im ostrzejsze ich reakcje, tym większa późniejsza niechęć społeczna. Im większa niechęć, tym więcej politycznie motywowanych, absurdalnych decyzji.

Mieliśmy głośną historię Ukraińca deportowanego z Polski po wyłowieniu suma z jeziorka na Gocławiu w Warszawie. Również w trybie natychmiastowym z zakazem wjazdu na pięć lat do strefy Schengen. Wcześniej głośno było o koncercie białoruskiego rapera Maxa Korża na Stadionie Narodowym, po którym za popełnienie wykroczeń deportowano ponad 60 osób do Ukrainy i Białorusi, w tym 18-latkę, która przeskoczyła barierkę.

Tak jak mówię, rządzący ewidentnie chcą pokazać, że są silni i sprawczy. Tylko jeśli do tak drobnych czynów wytaczane są tak wielkie armaty, to czy naprawdę mamy do czynienia ze sprawczością i skutecznością? Politycy zajmują się dziś PR-em, tworzeniem informacji medialnych, a nie realnym zwalczaniem przestępczości.

Jak ten proces wygląda od strony prawnej? Decyzję o deportacji podejmuje Straż Graniczna – samodzielnie lub na wniosek wojewody lub ministra. Zazwyczaj czas wykonania decyzji to 30 dni.

Jeśli Straż Graniczna uzna, że pobyt cudzoziemca na terytorium Polski jest nielegalny, bądź niepożądany, to w standardowym trybie wydaje decyzję o zobowiązaniu do powrotu. Otrzymanie takiej decyzji jeszcze nie przesądza sprawy. Przysługuje od niej odwołanie do Komendanta Głównego Straży Granicznej. Dopiero decyzja tego drugiego organu jest ostateczna i wówczas cudzoziemiec ma 30 dni na dobrowolne i samodzielne opuszczenie kraju. Przysługuje mu jeszcze skarga do sądu administracyjnego, ale w naszej procedurze nie wstrzymuje ona automatyczne wykonania decyzji. Można się zwrócić do sądu z taką prośbą, ale być może ostateczną decyzję cudzoziemiec pozna już będąc za granicami kraju.

Jeśli decyzja o deportacji zostanie podjęta ze względu bezpieczeństwa, to wówczas migrantom nie przysługuje odwołanie?

Ta szybka procedura dotyczy nadzwyczajnych sytuacji, w których Straż Graniczna ocenia, że dana osoba stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa lub porządku publicznego. Wówczas decyzja o opuszczeniu kraju wykonywana jest natychmiastowo, a odwołanie do Komendanta Głównego Straży Granicznej nie wstrzymuje deportacji.

Różnica jest też taka, że o ile w normalnym trybie dana osoba ma najczęściej 30 dni na samodzielne opuszczenie kraju, to w przypadku tej specjalnej ścieżki, jest ona pod eskortą doprowadzana przez Straż Graniczną do granicy – o ile mówimy o państwie graniczącym z Polską. Jeśli nie, to osadzana jest w ośrodku dla cudzoziemców i oczekuje na przymusową deportację do kraju pochodzenia.

Co więcej, osoba objęta przyspieszoną procedurą dostaje wpis na listę cudzoziemców, których pobyt w kraju jest niepożądany. Najczęściej dostaje też wpis do Systemu Informacyjnego Schengen, czyli zakaz wjazdu na terytorium Unii Europejskiej do pięciu lat.

Czy osoba poddana procedurze przymusowego powrotu mogłaby jej uniknąć ze względu na zagrożenie, które czyha na nią w kraju pochodzenia?

Teoretycznie tak. Natomiast w tych szybkich trybach nikt nie zastanawia się dłużej, jak wygląda sytuacja danej osoby i czy na pewno deportacja jest dla niej bezpieczna. Co więcej, jak wspomniałem, brakuje kontroli takiej decyzji.

Od 2024 roku MSWiA chwali się rekordową liczbą deportacji, a eksperci alarmują, że coraz więcej z nich jest motywowana przesłanką bezpieczeństwa. Można już mówić o nadużyciach?

Zdecydowanie. To jest łamanie prawa, bo przesłanka bezpieczeństwa, ukształtowana na poziomie dyrektywy powrotowej, ma być wykorzystywana w sytuacjach wyjątkowych. A skoro polska Straż Graniczna uruchamia ją w przypadku drobnych wykroczeń, to co jej pozostaje w przypadku poważnych przestępstw? To jest ośmieszanie państwa.

Czy w takiej sytuacji cudzoziemcy mogą cieszyć się realną ochroną w naszym kraju? A może Straż Graniczna będzie ich odsyłać za przejście na czerwonym świetle?

Sytuacja jest absurdalna. Wykroczenie administracyjne popełnił prawie każdy z nas. Nie zawsze został złapany, nie zawsze ukarany. Natomiast drobne przekroczenia są elementem życia codziennego – mowa o przekroczeniu prędkości, przejściu w miejscu niedozwolonym, wjeździe na teren objęty zakazem. Każde z nich powinno być karane, tylko że kluczowym elementem systemu prawa karnego jest proporcjonalność kary do popełnionego czynu.

A czy deportacjami władze w ogóle powinny się chwalić? Niektórzy powiedzą, że to dowód skuteczności państwa, ale w społecznej wyobraźni umacnia zbitkę „migrant = zagrożenie”.

Zastanówmy się, co oznacza informacja o wzroście liczby deportacji dla przeciętnej Polki czy Polaka. To taki prosty przekaz: w kraju jest niebezpiecznie, bo mamy większą liczbę cudzoziemców. Czy tak jest? Nie, dane tego nie potwierdzają. Mamy oczywiście wzrastającą liczbę przestępstw popełnianych przez cudzoziemców, co raportuje policja. Ale tylko dlatego, że znacznie wzrosła liczba cudzoziemców przebywających w Polsce. Natomiast te przestępstwa nie są poważnymi przestępstwami, co zresztą widać po debacie publicznej. Za każdym razem dyskutujemy o wykroczeniach, które urastają do rangi narodowego problemu, a nie o poważnych czynach popełnianych przez cudzoziemców.

Przeczytaj także:

Nastroje antyukraińskie są coraz bardziej niepokojące. 9 czerwca w Sejmie obejrzeliśmy kolejny nienawistny spektakl. Poseł Janusz Kowalski proponował tropienie obcokrajowców w administracji publicznej, bo korespondencja, którą otrzymał z ministerstwa, była podpisana przez osobę o niepolskim nazwisku.

Rząd, machając nam przed oczami pokazowymi deportacjami, próbuje przejąć kontrolę nad ksenofobiczną narracją skrajnej prawicy, ale ta próba jest skazana na porażkę. Prawica zawsze będzie parę kroków do przodu, co pokazuje przykład pana posła Kowalskiego. Rząd będzie odsyłał za wykroczenia, prawica zażąda usunięcia wszystkich Ukraińców z administracji publicznej. Rząd się na to zgodzi, prawica zażąda jeszcze większej segregacji.

To bardzo niebezpieczny proceder, na którym przegra całe nasze społeczeństwo. W Polsce z roku na rok wzrasta liczba cudzoziemców. I to się nie zmieni. Rozkręcając społeczną niechęć, sklejając cudzoziemców z zagrożeniem, prowadzimy do narastania poważnych tarć społecznych.

Coraz mniejsze znaczenie w debacie mają fakty, bo przecież poseł Kowalski musi wiedzieć, że w administracji i służbach nie tylko mogą, ale powinny pracować osoby bez polskiego obywatelstwa. Zgodnie z prawem, lista zawodów, które mogą wykonywać wyłącznie osoby z polskim obywatelstwem, jest krótka i dotyczy na przykład policji. Choć z drugiej strony, to właśnie w policji potrzebni są ludzie, którzy znają środowisko migracyjne, język, realia społeczne. Ich obecność może być korzystna z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. To doświadczenie wielu państw Europy Zachodniej. Co więcej, wielu cudzoziemców ma polskie obywatelstwo. Szukanie elementów obcych po nazwiskach jest absurdalne i budzi najgorsze skojarzenia.

Na zdjęciu Anton Ambroziak
Anton Ambroziak

Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.

Komentarze