22 listopada 2020

Pokonany Trump kurczowo trzyma się władzy. Wyborcy wierzą w jego spiskowe fantazje

Liczba wyborców Trumpa przekonanych, że Biden wygrał dzięki oszustwu, rośnie: uważa tak już ponad trzy czwarte z nich. Nie ma na to absolutnie żadnych dowodów, ale w tym obłędzie jest metoda. Ostatnie dwa miesiące prezydentury Trumpa mogą okazać się najbardziej szkodliwym okresem jego czteroletnich rządów

Wyniki we wszystkich stanach są już pewne: Joe Biden zdobył 306 głosów elektorskich, czyli dokładnie tyle samo, co przed czterema laty Trump. Różnica jest taka, że wtedy zwycięzca zdobył o prawie 3 miliony głosów mniej od przegranej Clinton – tym razem Biden prowadzi nie tylko w głosach elektorskich, ale też w głosowaniu powszechnym i to aż o 6 milionów, czyli prawie 4 punkty procentowe.

Donald Trump wciąż upiera się jednak, że doszło do kolosalnych oszustw, że Demokraci sfałszowali wybory i ukradli mu drugą kadencję w Białym Domu. W bezprecedensowym ataku na fundamenty amerykańskiej demokracji, jakimi są proces wyborczy oraz pokojowe i uporządkowane przekazywanie władzy, bierze też udział elita partii republikańskiej.

Elitarna drużyna totumfackich

Na oszustwa nie ma jednak żadnych dowodów, więc sędziowie (zarówno ci mianowani przez demokratycznych, jak i republikańskich prezydentów) odrzucają jeden wniosek Republikanów za drugim. Z reprezentowania kampanii Trumpa wycofała się duża kancelaria prawnicza (nie chcąc sobie psuć wizerunku), więc prezydent posiłkuje się sprawdzonymi (co nie znaczy, że kompetentnymi) totumfackimi – „elitarną drużyną uderzeniową” na czele z Rudym Giulianim, który na oczach całej Ameryki robi z siebie pośmiewisko, urządzając show, ale nie potrafiąc przedstawić żadnych dowodów na rzekome oszustwa, na co zwracali uwagę nawet prawicowi dziennikarze całym sercem wspierający Trumpa, jak Tucker Carlson czy Geraldo Rivera z Fox News.

Zamiast tego Giuliani i jego ludzie snują niestworzone opowieści o wenezuelskim spisku, George’u Sorosie, zhakowanych maszynach do głosowania oraz tysiącach zmarłych, którzy rzekomo wzięli udział w wyborach. Kiedy ekspert od cyberbezpieczeństwa w Departamencie Bezpieczeństwa Wewnętrznego Chris Krebs oświadczył, że tegoroczne wybory były najbezpieczniejsze w historii, został natychmiast zwolniony przez Trumpa ze stanowiska.

Klęska w Georgii, próba w Michigan

Wyniku nie zmieniło też powtórne przeliczenie głosów w Georgii: zwycięzcą w tym stanie pozostał Joe Biden. Nie pomogła nawet bezprecedensowa interwencja republikańskiego senatora z sąsiedniej Karoliny Południowej Lindseya Grahama, który dopytywał Brada Raffenspergera, sekretarza stanu Georgii (czyli urzędnika nadzorującego wybory) czy nie dałoby się zdyskwalifikować części głosów korespondencyjnych. Raffensperger, choć Republikanin, stanowczo odmówił i powiadomił media o tym, co uznał za niedopuszczalne naciski na wypaczenie wyniku wyborów. Graham zarzeka się, że niczego nie sugerował „tylko pytał”, a Raffensperger dostaje dziś groźby śmierci od zwolenników Trumpa.

W Michigan, innym z kluczowych stanów, doszło do jeszcze poważniejszej próby: w hrabstwie Wayne, obejmującym Detroit (największe miasto stanu, gdzie Biden zdobył blisko 70 proc. głosów), wyniki wyborów zatwierdza czteroosobowa rada złożona z dwójki Republikanów i dwójki Demokratów. Republikanie odmówili początkowo zatwierdzenia wyników, zmienili zdanie dopiero, gdy w trakcie spotkania na Zoomie mieszkańcy masowo wyrazili swoje oburzenie. Następnego dnia Republikanie znowu zmienili zdanie – po telefonie od samego Trumpa.

Prawnicy prezydenta nie kryją, że ich celem jest doprowadzenie do sytuacji, w której o wyborze 16 elektorów z Michigan zdecyduje stanowa legislatura, gdzie większość ma Partia Republikańska.

Władze partii w Michigan oświadczyły jednak, że nie zamierzają robić niczego takiego i zdania nie zmieniły nawet po rozmowie z Trumpem w Białym Domu.

Cel: chaos

Pomijając już prawne komplikacje (eksperci nie są zgodni co do przepisów prawa, sprawa ani chybi skończyłaby się w sądzie), nawet gdyby ten zabieg się udał, nie wystarczyłoby to do odebrania Bidenowi 270 głosów elektorskich, ale wprowadziłoby jeszcze większy chaos – i o to tak naprawdę chodzi. Prawdziwym celem Giulianiego – i Trumpa – nie jest bowiem wygrana w kolegium elektorskim, ale zakwestionowanie zwycięstwa Bidena, rozpropagowanie narracji, że wynik wyborów był „podejrzany” i że „nigdy nie poznamy prawdziwego rezultatu”.

Liczba wyborców Trumpa przekonanych, że Biden wygrał dzięki oszustwu, rośnie: uważa tak już ponad trzy czwarte z nich. Nowy prezydent zacznie w styczniu urzędowanie mając przeciw sobie prawie połowę elektoratu – przekonanego, że nowy lokator Białego Domu jest nie tyle prezydentem, na którego nie głosowali, ale że w ogóle nie jest prawomocną głową państwa.

Czy wierzą w to ci Republikanie, którzy dziś stoją wiernie przy Trumpie, kiedy ten podważa zaufanie Amerykanów do procesu wyborczego, łamiąc wszelkie normy i obyczaje? Oczywiście że nie, co przyznają zresztą prywatnie albo off the record. Władza Trumpa nad partią jest jednak tak wielka, że tylko nieliczni politycy republikańscy potrafią mu się przeciwstawić: jedni nie mają odwagi, inni zaś – i do tej grupy zalicza się kierownictwo partii, z senatorem Mitchem McConnellem na czele – uważają, że napędzany teoriami spiskowymi gniew zwolenników Trumpa będzie siłą, dzięki której za dwa lata Republikanie odzyskają Izbę Reprezentantów, a za cztery lata – Biały Dom. Może tak być, zaiste, ale jakim kosztem – szwy spajające spolaryzowaną Amerykę i tak już trzeszczą. Ostatnie dwa miesiące prezydentury Trumpa mogą okazać się najbardziej szkodliwym okresem jego czteroletnich rządów.

Zakaz współpracy z ludźmi Bidena

Oprócz kwestionowania wygranej Bidena, Donald Trump – a wraz z nim szefostwo Republikanów – robi wszystko, żeby utrudnić urzędowanie nowemu prezydentowi. Jedną z tradycji amerykańskiej demokracji jest pokojowy i płynny proces przekazywania władzy, sformalizowany ustawą z 1963 roku: odchodząca administracja pomaga nowej przejąć stery, żeby zapewnić płynne funkcjonowanie instytucji państwowych. Emily Murphy, szefowa General Services Administration, czyli z założenia apolitycznej agencji rządowej nadzorującej funkcjonowanie aparatu państwowego z czysto administracyjnego punktu widzenia, odmawia uznania Bidena za prezydenta-elekta. Bez jej podpisu (który w rozumieniu ustawy ma być czystą formalnością) proces koordynacji nie może się oficjalnie rozpocząć.

Murphy twierdzi, że usiłuje zachować niezależność, ale nie mówi na co czeka – czy na głosowanie elektorów 14 grudnia, czy na potwierdzenie tegoż głosowania w Kongresie, 6 stycznia. Jej postawa zgodna jest z oczekiwaniami Białego Domu.

Trump nie życzy sobie żadnego przekazywania władzy i wszystkim podległym sobie urzędnikom zakazał jakiejkolwiek współpracy z ludźmi Bidena. Podejrzenia o nielojalność kończą się utratą pracy – oprócz Krebsa, pracę stracił też szef Pentagonu Mark Esper.

Mówi się, że Trump przymierza się też do zwolnienia szefowej CIA i dyrektora FBI.

Biden bez raportów wywiadu

Prezydent-elekt Biden na szczęście zna Biały Dom i Waszyngton jak własną kieszeń, nie potrzebuje więc zapoznawczego spotkania w Gabinecie Owalnym, a gratulacje od zagranicznych przywódców mogą przyjść (i przychodzą) innymi kanałami niż przez Departament Stanu. Prawdziwym problemem jest jednak to, że Biden nie otrzymuje raportów wywiadowczych. Jego duże doświadczenie w polityce zagranicznej też okaże się tu przydatne, ale i tak działania administracji Trumpa wysyłają w świat niebezpieczny sygnał – na początku nowej prezydentury Stany Zjednoczone będą bardziej podatne na zagrożenia.

Dodajmy, że w 2000 roku, jeszcze przed głosowaniem elektorów, kiedy wynik wyborów prezydenckich wciąż nie był pewien, bo zależał od ponownego przeliczania głosów na Florydzie, Bill Clinton i tak przekazywał George’owi Bushowi raporty na temat bezpieczeństwa państwa. W 2016 roku Obama – choć prywatnie przerażony wizją Trumpa w Białym Domu – nakazał swojej administracji pełną współpracę z jego ludźmi, a na międzynarodowym szczycie w Limie namawiał innych przywódców, by „dali nowemu prezydentowi szansę”.

Po raz kolejny od 2016 roku okazuje się jak wiele z tego, co zwykło się w Stanach uważać za oczywisty element politycznej tradycji, zależy wyłącznie od dobrej woli wszystkich uczestników.

Pandemia przyśpiesza, Trump gra w golfa

Przede wszystkim brak współpracy między starą a nową administracją utrudni walkę z pandemią, na czele z dystrybucją szczepionki, która może się opóźnić o kilka tygodni. Trump, zainteresowany wyłącznie wyborami, zajmuje się tylko tweetowaniem i graniem w golfa, ale wbrew jego zapewnieniom pandemia w Stanach nie zanika, tylko przyśpiesza. Wiceprezydent Mike Pence oświadczył, że „Ameryka nigdy nie była lepiej przygotowana do walki z wirusem, niż dziś”, ale liczby mówią co innego – dziś to już prawie 200 tysięcy nowych przypadków i 2 tysiące zmarłych dziennie.

W sumie na Covid-19 zmarło już ponad ćwierć miliona Amerykanów, a system opieki zdrowotnej goni resztkami sił. Prezydent-elekt powołał swoją przyszłą ekipę do walki z pandemią, ale Departamentowi Zdrowia czy innym rządowym instytucjom nie wolno się z nią kontaktować, więc ludzie Bidena próbują się zorientować w sytuacji nieoficjalnymi kanałami – poprzez gubernatorów stanów.

Republikanie bez skrupułów

Zachowanie Trumpa – narcyza troszczącego się tylko o siebie – nie jest niczym dziwnym, ale postępowanie kierownictwa Partii Republikańskiej jest jednak zaskakujące. Nie żeby obstrukcjonizm był dla nich czymś nowym (o czym boleśnie przekonał się prezydent Obama), ale dziś sytuacja jest jeszcze poważniejsza, niż 12 lat temu. W 2008 roku, kiedy w środku kryzysu administracja Busha przekazywała władzę Obamie, Republikanie potrafili współpracować z Demokratami dla dobra kraju.

Teraz sekretarz skarbu Trumpa, Steven Mnuchin, celowo zawiesza specjalne programy pomocowe stworzone na czas pandemii, żeby utrudnić nowej administracji zwalczanie kryzysu gospodarczego.

Republikanie z jednej strony stroją się w piórka instytucjonalistów, którzy jakoby szanują procedury (i dlatego czekają z uznaniem wyniku wyborów). Z drugiej – u boku Trumpa biorą udział w bezprecedensowym ataku na fundamenty amerykańskiej demokracji, jakimi są proces wyborczy oraz pokojowe i uporządkowane przekazywanie władzy. Celem jest podłożenie nogi Bidenowi: utrudnienie mu startu tak bardzo, by jego prezydentura okazała się klęską. Sęk w tym, że w obecnej sytuacji ofiarami będą Amerykanie – bez względu na poglądy polityczne.

Udostępnij:

Piotr Tarczyński

Historyk, doktor nauk politycznych, amerykanista, tłumacz, pisarz. Z Łukaszem Pawłowskim prowadzi „Podkast amerykański"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne