0:00
26 grudnia 2022

Polak przekonał się na własnej skórze, że w Czechach polityka narkotykowa nie jest liberalna

Od kilku lat w Polsce szerzą się wieści, że w sąsiednich Czechach za narkotyki karze się łagodnie albo wcale. Uwierzyli w to Jarosław Kordys i jego żona Karolina, zapłacili za to życiową katastrofą i więzieniem. Na szczęście ich historia właśnie doczekała się happy endu 

Wydrukuj

– Ja ten kraj lubię. Pojechałem tam, bo myślałem, że prawo antynarkotykowe jest tam znacznie bardziej liberalne niż w Polsce - opowiada mi Kordys przez telefon. Już jako dojrzały człowiek przeprowadził się na Morawy i krótko potem namówił do wyjazdu narzeczoną. Pobrali się i na miejscu mieli realizować marzenie o nowym, lepszym życiu.

Kordys zainteresował się bowiem alternatywnymi technikami leczniczymi, ziołami, medytacją, rytuałami uzdrawiania i temu zamierzał poświęcić swoje życie. W efekcie jednak padł ofiarą czeskiego wymiaru sprawiedliwonści, przeżył nocny najazd antyterrorystów na swój dom, dwa lata za kratkami i drakoński wyrok, który pozbawił go wolności i majątku.

Ma 41. lat, pochodzi z Siedlec. Skończył studia i pracował przez kilkanaście lat w finansach, głównie w oddziałach polskich banków na Mazowszu i Lubelszczyźnie. - Byłem zadowolony z tego życia - wspomina. Ale po trzydziestce zaczął się zastanawiać, czy to jest na pewno sposób, w jaki chciałby je przeżyć.

Wcześniej podróżował po świecie, zaniosło go także do Ameryki Południowej. Zainteresował się alternatywną medycyną, medytacją, ziołolecznictwem. Wspomina, że początkiem przełomu była książka australijskiej pisarki Rhondy Byrne „Sekret”. Zaczął się powoli uczyć kolejnych technik relaksacyjnych, używania ziół, gry na tybetańskich misach.

Gdzieś tam po drodze pojawiła się ayahuasca - stosowany przez Indian z Ameryki Południowej wywar m.in. z rośliny, zwanej “lianą duszy” oraz mieszanki innych ziół. Wśród zainteresowanych ma opinię leku, który pomaga wychodzić z depresji czy uzależnień. I choć część fachowców uważa, że to nieporozumienie, ayahuasca jest też od wielu dekad na oenzetowskiej liście narkotyków i w związku z tym jest zakazana w większości krajów świata, w tym w Polsce.

Kordys sam też jest zdania, że ayahuasca nie ma nic wspólnego z narkotykami i to nawet z najlżejszymi, typu marihuana. „Ona może zawierać substancję DMT, która jest psychoaktywna i to właśnie ze względu na nią jest zakazana" - wyjaśnia. Czasem stosowana jest jednak taka, która DMT nie zawiera.

DMT, dimetylotryptamina, to związek chemiczny o właściwościach psychodelicznych występujący w wielu roślinach. Jego wpływ na organizm człowieka nie jest jeszcze dobrze przeanalizowany, a zakaz jej stosowania wynika i z uprzedzeń wobec tego rodzaju substancji, i niedostatecznego ich przebadania (prace badawcze z prawdziwego zdarzenia nad psychodelikami ruszyły dopiero niedawno). Na pewno jednak osoby uczestniczące w tego rodzaju ceremoniach powinny przyjmować je pod nadzorem doświadczonych osób.

Jak rozporządzenie ministry Kovářowej stało się legendą

Kordys w roku 2015 podjął decyzję, że radykalnie zmienia swoje życie. Postanowił przenieść się na wieś. Wybór padł na Morawy, bo - jak dziś wyznaje -

był przekonany, że w Czechach polityka antynarkotykowa jest znacznie bardziej liberalna niż w Polsce.

Ten mit narodził się w roku 2010. Wtedy weszło w życie rozporządzenie ówczesnej ministry sprawiedliwości Danieli Kovářowej, które dokładnie określa, jaką ilość zakazanej substancji psychoaktywnej uznaje się za “niewielką”, czyli taką, którą obywatel przeznacza na własne potrzeby.

Do tej pory czeskie prawo, podobnie jak polskie, zakazywało posiadania narkotyków. I tak samo jak w polskim prawie jest w nim określenie dopuszczające odstąpienie od karania za posiadanie „mniejszej niż znaczna” ilości zakazanej substancji.

I w Polsce, i w Czechach policja i sądy to określenie traktowały z pełną dowolnością i do więzienia zamykano młodych ludzi złapanych z jednym skrętem marihuany. Ministra Kovářowa zmieniła w czeskim prawie tyle, że w swoim rozporządzeniu określiła dokładnie, ile to jest ta “ilość mniejsza niż znaczna”:

mniej niż 10 g suszu marihuany, mniej niż 5 g haszyszu, mniej niż pięć tabletek ecstasy, mniej niż sześć krzaczków marihuany w doniczkach, itd.

Wykaz jest bardzo szczegółowy. Posiadanie tych ilości jest wprawdzie nadal nielegalne, ale karane jako wykroczenie, a nie jako przestępstwo i można za to dostać maksymalnie ok. trzy tysiące złotych grzywny, ale już nie ma mowy o więzieniu. W efekcie jednak czeska policja straciła zainteresowanie tropieniem rekreacyjnych użytkowników tych substancji, bo nie poprawia im to statystyk wykrywalności przestępstw.

Rzecz jasna, policja nadal ściga gangi narkotykowe, które produkują czy handlują takimi substancjami w ilościach hurtowych. I raz po raz się myli. Kilka lat temu przed kamerami telewizyjnymi policjanci pochwalili się wytropieniem wielohektarowej plantacji “marihuany” i pokazali jej właścicieli w kajdankach, po czym po badaniach laboratoryjnych okazało się, że były to całkowicie legalne konopie techniczne, niezawierające substancji psychoaktywnej. Skończyło się na wypłacie sowitych odszkodowań dla biznesmenów.

Plan był taki, żeby jak najprościej...

Kordys przenosząc się do Czech znał tylko mityczne opowieści o ich rzekomym liberalizmie. Na północy Moraw, blisko polskiej granicy kupił stare gospodarstwo i zaczął je remontować. W międzyczasie poznał Karolinę i po jakimś czasie namówił ją na wspólne mieszkanie w jego czeskim domu. Pobrali się.

– Plan był taki, że żyjemy blisko natury, jak najprościej. Mamy tu wielki ogród i dwa tunele foliowe, które nawet w zimnych miesiącach roku dają nam zdrowe warzywa, owoce - wylicza Kordys.

Za pomocą internetu zaczął też rozwijać swoją działalność leczniczą. Nie nazywa jej biznesem, choć przyznaje, że od swoich podopiecznych pobierał opłaty i na tym zarabiał - ale nie były to na pewno wielkie sumy. Z niczym się zresztą nie krył: miał kasę fiskalną, odprowadzał podatki, w internecie dokładnie opisywał, co oferuje: od sprzedaży plików z muzyką (którą sam nagrywał) po mieszanki ziół.

Na miejscu zaczął oferować spotkania lecznicze, które nazywa “ceremoniami”. Przyjeżdżali na nie Czesi, ale też ludzie z Niemiec, Austrii, Polski. Na miejscu spali, jedli i uczestniczyli w rozmaitych zabiegach czy rytuałach leczniczych.

– Ja nawet marihuany nie palę - opowiada. Owszem, w podróżach po świecie spotkał się z tą substancją i nawet spróbował, ale w ogóle mu się to nie spodobało. Oboje z Karoliną nie palą papierosów, nie piją alkoholu, bo starają się żyć zdrowo.

– Chciałem ludziom pomagać, leczyć ich, wspierać w walce z depresją, uzależnieniami - mówi. Każdy, kto przyjeżdżał do niego na takie grupowe spotkania, podpisywał regulamin, w którym zobowiązywał się do powstrzymania się od używek i narkotyków.

– Nawet marihuany nie pozwalałem tu ludziom zapalić - zapewnia.

Część tych spotkań to były ceremonie ayahuaski, tzn. rodzaj obrzędu, podczas którego uczestnicy rzeczywiście pili południowoamerykański specyfik. "Ale dostawali tylko taką bez zawartości DMT" - mówi Kordys.

Ayahuasca ma oczyszczać organizm i po jej zażyciu występują dość często wymioty. – Ludzie, którzy do mnie przyjeżdżali, podpisywali zgodę na to, że takie objawy mogą wystąpić. Wiedzieli, na co się godzą i wiedzieli, że to nie jest substancja psychoaktywna. Ayahuaskę z DMT podczas ceremonii zażywałem tylko ja, jako prowadzący obrządek szaman - mówi.

Budynki remontowali powoli, bo ich interes nie był na tyle dochodowy, żeby było ich stać na większe wydatki. Ale i tak Kordys był zadowolony. – Ja chciałem zacząć żyć inaczej niż wcześniej. Tamto poprzednie życie, wygodne, a nawet luksusowe, z dobrymi pieniędzmi, nie dawało mi szczęścia. Pragnąłem zmiany i to mi się udało na Morawach.

...a wyszło jak najgorzej

Idylla skończyła się jesienią 2020 roku. Był piątek wieczór. Poszli wcześniej spać, bo na drugi dzień od rana mieli zacząć się zjeżdżać chętni na kolejną ceremonię. Obudziło ich walenie w drzwi gdzieś między godziną 04:00 a 05:00 na ranem. Widzieli błyski latarek, stare drzwi trzęsły się od potężnych uderzeń, a szparami przy futrynie wsuwały się jakieś pręty. "Myśleliśmy, że to napad, bandyci - mówi. - Ale z czego by mieli nas okraść? Wszyscy dookoła wiedzieli, że żyjemy bardzo skromnie".

Drzwi szybko wyleciały wyrwane z futryny, do pomieszczenia wpadło kilkunastu zamaskowanych antyterrorystów z długą bronią. Wrzeszcząc, kazali im siąść na łóżku i przeszukiwali kolejne pomieszczenia. Na pytania nie odpowiadali, tylko krzykiem nakazywali milczenie. Po jakiejś półgodzinie przyszło dwóch mężczyzn po cywilnemu. Powiedzieli, że są z lokalnej prokuratory, że zatrzymują ich oboje pod zarzutem handlu i rozprowadzania narkotyków. Rozdzielili ich i osadzili w areszcie.

Potem były miesiące śledztwa i wyrok sądu w I instancji: osiem lat więzienia, przepadek mienia i nakaz opuszczenia Republiki Czeskiej.

W domu Kordysów znaleziono słoiczek z 380 ml psychodelicznego wywaru – porcję dla jednej osoby. Sąd nie dał wiary wyjaśnieniom Polaka i uznał, że susz z DMT znajdował się we wszystkich przesyłkach, które przez te wszystkie lata przyszły do morawskiego „szamana" z Peru.

Państwo strzela z armaty do muchy, a Kordysowie płacą

Wtedy o sprawie zaczęły informować czeskie media, głównie tygodnik “Respekt”. Zwracano uwagę szczególnie na drakoński wyrok. Powstała strona internetowa poświęcona sprawie www.kauza-ayahuasca.cz. Sprawą zaczęli się interesować fachowcy zajmujący się narkotykami oraz w końcu politycy.

Jindrzicha Voborzila złapałem przez WhatsApp podczas jego podróży do Wietnamu. Przez lata był narodowym koordynatorem ds. polityki antynarkotykowej czeskiego rządu. W 2018 roku za rządów populisty Andreja Babiša zrezygnował ze stanowiska, wrócił w kwietniu tego roku na prośbę obecnego, konserwatywnego premiera Petra Fiali.

– O tej sprawie dowiedziałem się z mediów i od początku miałem wrażenie, że reakcja państwa jest zupełnie nieproporcjonalna - mówi przez telefon. Pochodzi z Brna, miasta wielkości Gdańska. Tam zaczynał działalność w profilaktyce antynarkotykowej. – Zawsze, kiedy na ulicach miasta pojawiał się jakiś kolejny gang cudzoziemców handlujących heroiną, szedłem na policję. I oni zwykle rozkładali ręce i mówili: Ale ja mam tylko czterech ludzi na całe miasto, nie mamy środków, itd. Skoro nie ma pieniędzy na walkę z groźnymi bandziorami, to jak to się dzieje, że nagle policja angażuje oddział antyterrorystów i prowadzi kosztowne, wielomiesięczne śledztwo, żeby wsadzić do więzienia studentkę psychologii z Polski?" - pyta sarkastycznie.

Voborzil zainteresował sprawą kolejnych ludzi. W międzyczasie zapadł wyrok w sądzie II instancji, potwierdzający pierwszy. Sędzia wyjaśnił to tak, że ayahuasca jest na liście substancji zakazanych, a sąd nie jest od zmieniania prawa, tylko od jego stosowania. Udało się jedynie uzyskać uwolnienie z aresztu Karoliny Kordys. – Ona bardzo źle znosiła więzienie - mówi Jarosław i przyznaje, że to był gest dobrej woli ze strony sędziego.

Sam siedział w jednym z najcięższych więzień w kraju.

Nie narzeka: wychowawcy, a nawet współwięźniowie traktowali go dobrze, a nawet wspierali i wykazywali zrozumienie. Pracował w warsztatach, w których składali zabawki dla dzieci - takie małe autka. Dziennikarzom opowiadał potem, że nawet tu starał się znajdować pozytywne strony życia i cieszył się tym, że te samochodziki sprawią potem radość jakiemuś dziecku.

A prezydent może ułaskawić, bo tak

Z rozmów z adwokatem (z urzędu - nie było go stać na prywatnego obrońcę) dowiedział się, że Voborzilowi udało się sprawą zainteresować ministra sprawiedliwości Pavla Blažka. Była już wtedy szeroko opisana przez czeskie media i traktowana jako skandaliczny przypadek nadgorliwości aparatu ścigania. Blažek osobiście przekonał prezydenta kraju Miloša Zemana, aby polską parę ułaskawił.

– To była jedyna szansa na szybką naprawę tej niesprawiedliwości - mówi Voborzil. Z zadowoleniem podkreśla: także w demokracji jest ryzyko błędu systemu i w takich sytuacjach potrzebne są środki nadzwyczajne.

Mechanizm prezydenckich ułaskawień w Czechach jest bardzo szeroki - prezydent może ułaskawić nawet na etapie śledztwa, nie ma od tego odwołania i policja w takiej sytuacji natychmiast przerywa dochodzenie i wypuszcza na wolność podejrzanych. Zasada odziedziczona jeszcze po monarchii Habsburgów jest od lat krytykowana jako źródło potencjalnych nadużyć. – Ale jak pokazuje sprawa ayahuaski, ten mechanizm jest w naszym systemie cały czas potrzebny" - mówi Voborzil.

Kordys o ułaskawieniu dowiedział się od współwięźniów, którzy oglądali wieczorne wiadomości.

– Hej, to przecież ten nasz Polak! - wołali. Wychowawcy chcieli go odizolować, obawiając się jakichś aktów przemocy ze strony więziennej subkultury, ale niepotrzebnie: wszyscy mu gratulowali, pomogli nawet odnieść walizki do bramy. Po północy był wolny. Za kratami spędził dwa lata.

Pod bramą czekała na niego Karolina.

– Nie wiem, co teraz zrobić, nadal się zastanawiamy - mówi. Jego żona chce wracać do Polski, bo się zwyczajnie boi. Leczy się nadal z depresji i skutków szoku po nocnym najeździe i półrocznym pobycie w areszcie. Oboje nie mają już złudzeń co do panującej w Czechach polityki antynarkotykowej. – Aparat ścigania, policja wszędzie są tacy sami.

Voborzil twierdzi, że ayahuasca nie powinna być zakazana. – To w ogóle nie jest substancja uzależniająca - mówi. - Jej zażywanie skutkuje m.in. wymiotami, to jest na tyle nieprzyjemne, że ludzie, którzy się na to decydują, muszą naprawdę wierzyć, że to im pomaga. Fakt, że policja tę substancję traktuje tak, jakby to była heroina, to jest całkowite nieporozumienie.

Tradycyjne ceremonie ayahuaski są legalne w niektórych krajach Ameryki Południowej i Środkowej, m.in. w Brazylii, Peru i Meksyku. W Stanach Zjednoczonych po sądowych bataliach została dopuszczona do użycia w ceremoniach religijnych.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne