Prawa autorskie: Dariusz Borowicz / Agencja GazetaDariusz Borowicz / A...
04 września 2021

Nie martw się protestem ratowników. W razie czego rząd wyśle po ciebie śmigłowiec [WIDZĘ TO TAK]

Znakiem czasu staje się helikopter ratunkowy zastępujący ambulans. Godzina lotu kosztuje 10 tys. Rząd udaje dobrego wujka i wytyka zyski pracodawcom, ale jest jasne, że trzeba ratowników ratować pieniędzmi z budżetu. Wyjaśniamy, na czym polega nieuczciwość wyliczeń zysków stacji pogotowia

Ministerstwo jawi się jako to dobre, uczciwe, stojące po stronie ratowników. Źli, nieczuli na ludzką krzywdę maja być pracodawcy. Fakt, że niektórzy z nich zachowują się nieprzyzwoicie, jak dyrektor białostockiego pogotowia, który dostał 51 tys. nagrody za 2020 rok. Ale stacje pogotowia nie udźwigną koniecznych podwyżek dla ratowników. Jedynym wyjściem z sytuacji jest dołożenie pieniędzy z budżetu. Oby ta decyzja zapadła jak najszybciej.

Jeśli tak się nie stanie, będziemy nadal świadkami tego, jak nad naszymi głowami latają ratunkowe śmigłowce.

Połowa karetek uziemiona

3 września 2021 w Warszawie z 80. karetek obsługujących stolicę aż 42 zostały uziemione. Przez brak personelu. W efekcie kilka razy interweniowały śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Jedna z interwencji na stołecznym Placu Konstytucji zakończyła się udzieleniem pomocy na miejscu. Osoby poszkodowanej w wypadku drogowym nie trzeba było nawet wieźć do szpitala.

Ten sam helikopter – jak podały „Fakty” - był użyty 3 września jeszcze dwukrotnie - na ul. Batorego i w Piasecznie. Po południu do Warszawy ściągnięto kolejny śmigłowiec. Interweniował w Wawrze u pacjenta, który zasłabł.

W polskiej medycynie ratunkowej zaczyna się więc nowa epoka. Do potrzebujących pilnej pomocy, wysyła się śmigłowce zamiast tradycyjnej karetki na kółkach.

Dlaczego? Bo rząd odmawia przyznania podwyżek ludziom, którzy ratują nas za 25 zł za godzinę. W zamian woli wysyłać wielokrotnie droższy śmigłowiec, nie mówiąc już o bezpieczeństwie takiej operacji w środku miasta.

Z pewnością w Lotniczym Pogotowiu pracują świetni piloci, ale lepiej sobie nie wyobrażać, co mogłoby się stać, gdyby śmigłowiec np. zaczepił o słabo widoczne przewody.

„Bogaty kraj” – ocenił mój znajomy, emerytowany pilot śmigłowca ratunkowego. Godzina lotu takiego helikoptera to koszt ok. 10 tys. zł.

Tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak” – w jego ramach od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Najwyżej pójdą do Lidla

Brak personelu do obsługi karetek w Warszawie nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem. Od tygodni w całym kraju trwa protest ratowników, którzy od lat są traktowani przez rządzących po macoszemu. Pisałem o tym dopiero co w OKO.press:

Wielu z nich pracuje na kontraktach, choć często nie jest to ich własny wybór. Od dawna starają się o uznanie ich zawodu za medyczny (naprawdę nie wiem jakim słowem określić udawanie urzędników od zarządzania opieką zdrowotną, że tak nie jest – „głupie”? „nieludzkie”?) i o możliwość posiadania własnego samorządu zawodowego, a tym samym jakiegoś wpływu na zasady, na jakich pracują.

Ich ciężka, stresująca praca, zawsze była opłacana marnie. Przy okazji ostatniej regulacji (ustawa o minimalnym wynagrodzeniu weszła w życie w połowie lipca 2021) liczyli, że dostaną więcej, a przynajmniej nie stracą. Tak się jednak nie stało. Ustawodawca przerzucił obowiązek wypłacania tzw. dodatku ministerialnego na pracodawcę, jednocześnie tego nie precyzując. W efekcie niektórzy z ratowników w lipcu odebrali jeszcze niższe wynagrodzenia niż dotąd.

Część z nich postanowiło w efekcie podjąć pracę pielęgniarzy. Część myśli poważnie o pójściu na kasę do Lidla albo Biedronki. Jeszcze inni widzą jedyną szansę na godne życie w wyjeździe zagranicę.

Ale jest jeszcze nadal spora grupa entuzjastów tego zawodu, która próbuje walczyć. Idą na L4, składają wymówienia z miesięcznym wyprzedzeniem z nadzieją, że władze się ugną i zaczną po ludzku płacić.

Nie ma konfliktu z rządem?!

Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że to nie jego problem. „Nie ma żadnego konfliktu na linii ratownicy-ministerstwo. Jest konflikt na linii ratownicy-pracodawcy” – twierdzi rzecznik MZ Wojciech Andrusiewicz. Pracodawcy zdaniem urzędników mają zyski, tylko nie chcą się nimi dzielić z ratownikami.

„My te pieniądze mamy, ale nie możemy z nich podnosić pensji, ponieważ mamy mnóstwo innych wydatków” – twierdzą pracodawcy. Ich zdaniem dodatkowe środki muszą się znaleźć w budżecie.

Ministerstwo Zdrowia udaje, że problemu nie ma, ale prowadzi jednak rozmowy z ratownikami. Na ich prośbę rządowa Agencja Oceny Technologii Medycznej i Taryfikacji wylicza (już od kilkunastu dni), ile powinna tak naprawdę kosztować dziś tzw. dobokaretka. Innymi słowy, ile powinno kosztować utrzymanie zespołów obsługujących jedną karetkę przez 24 godziny.

Ratownicy pomagali przy tych wyliczeniach, ale sprawa okazuje się tak skomplikowana, że wszystko się przeciąga. Rozumiem, że takie wyliczenia nie są łatwe, ale wydaje mi się, że nawet uwzględniając wiele zmiennych, sprawny matematyk powinien zrobić to w kilka, no może kilkanaście, godzin. Ale może AOTMiT-u nie stać na dobrego matematyka?

A może wynika to po prostu z obawy, co będzie, jeśli z tych wyliczeń wyjdzie, że ratownik powinien jednak zarabiać 55, a nie 25 zł na godzinę? Skąd władza weźmie na to pieniądze?

Może lepiej choć trochę sprawę przeciągnąć, nawet w obliczu masowych zwolnień z pracy.

55 zł za godzinę

Wspomnianą stawkę 55 zł zdecydował się wypłacić swoim ratownikom dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Gorzowie Wielkopolskim, dr Andrzej Szmit.

Wyjaśnił mi szczegółowo, co opisałem w OKO.press, jakie zaskórniaki miała stacja i w jaki sposób doszedł do owych 55 zł za godzinę pracy ratownika.

Jednocześnie dyrektor Szmit tłumaczył, że ani w ministerstwie, ani w NFZ nikt nie interesuje się, skąd pogotowie weźmie pieniądze na nowe karetki czy nowy sprzęt. Z jakich środków stacja wypłaci świadczenia wynikające w umów ze związkami zawodowymi czy z ustaw. Wszystko to ma pokryć niziutka dobokaretka, która jest podstawowym źródłem utrzymania pogotowia.

Już po publikacji tekstu dyrektor Szmit zadzwonił do mnie mówiąc, że zapomniał o jednym istotnym wytłumaczeniu i że sprawę wyjaśni mi pani księgowa z gorzowskiej stacji.

Zyski? Tak, ale to był wyjątkowy rok

Odbyliśmy długą rozmowę, w wyniku której zrozumiałem, że rok 2020 był rokiem zupełnie wyjątkowym z racji pandemii. I dlatego publiczne mówienie przez wiceministra Kraskę, że stacje pogotowia mają duże zyski za ten okres, jest nieuzasadnione i wręcz nieuczciwe.

„Jeśli pan minister rzeczywiście chciał przeanalizować, jak funkcjonują jednostki ratownictwa medycznego, powinien brać pod uwagę inne lata, a nie rok wyjątkowy i kryzysowy, choć to tak nie wygląda w sprawozdaniach” – usłyszałem.

W 2020 gorzowska stacja dostała dużo sprzętu ochrony osobistej od ludzi dobrej woli, od wojewody. Dostała też od pani marszałek 2 nowe karetki i część pieniędzy na kolejną. Ponadto NFZ wyjątkowo („incydentalnie” jak mówiła pani księgowa) zwiększył finansowanie dobokaretki na marzec i kwiecień 2020. Od lipca NFZ zwiększył znów dobokaretkę o 3 proc.

„Wszystko to działo się incydentalnie. Jest, a potem tego nie ma, i nie wiemy, jak będzie wyglądał cały rok, więc trzymamy te pieniądze, bo nie wiemy, na co je będziemy musieli wydać” – usłyszałem. „Jak pan dyrektor dostawał środki, ale bez ciągłości ich płacenia, to jeżeli by zawarł zobowiązania długoterminowe, z których nie mógłby się wywiązać w tym roku, to już by nie był dyrektorem”.

Wszystko opiera się na szaleńcach

A zatem kwestia zamożności czy też szczególnych zysków (mam wątpliwości czy te pieniądze można w ogóle nazwać „zyskiem”) stacji pogotowia wydaje się co najmniej problematyczna.

Ministerstwo jawi się jako to dobre, uczciwe, stojące po stronie ratowników. Źli, nieczuli na ludzką krzywdę są pracodawcy. Fakt, że niektórzy z nich zachowują się nieprzyzwoicie. Choćby dyrektor białostockiego pogotowia, który otrzymał 51 tys. nagrody za 2020 rok.

Tak czy inaczej, stacje pogotowia nie udźwigną koniecznych podwyżek dla ratowników. Jak już pisałem, jedynym wyjściem z sytuacji jest dołożenie pieniędzy z budżetu. Oby ta decyzja zapadła jak najszybciej.

Jeśli tak się nie stanie, będziemy nadal świadkami tego, jak nad naszymi głowami latają ratunkowe śmigłowce. A to dość trudno ukryć.

Nie wydaje się, by sprawę mogło załatwić oddelegowanie do zespołów karetek żołnierzy, o co zwrócił się do MON wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł, czy strażaków, o czym wspominał minister Adam Niedzielski. A z pewnością nie jest to rozwiązanie na dłuższą metę.

„Dziś ratownictwo opiera się na szaleńcach, którzy chcą jeszcze jeździć i pomagać ludziom” – mówił niedawno „Gazecie Wyborczej” Paweł Zaworski, jeden z protestujących ratowników medycznych z Białegostoku.

„To wyjątkowi ludzie” – opowiadała z kolei pani księgowa z gorzowskiej stacji. „Są do tego zawodu przeznaczeni, bo gdyby tak nie było, to by nie pracowali. Bo to jest bardzo ciężki zawód”.

Warto zadbać o tych szaleńców. Czy naprawdę po to ich kształciliśmy, żeby teraz siedzieli na kasie w Lidlu? Czy chcemy, jeżeli nie daj Boże, coś się nam samym przytrafi, by ratował nas niedoświadczony żołnierz?

Polski bezład

Na miejscu rządzących podjąłbym pilną decyzję o czasowym, np. 2-miesiecznym, finansowym wsparciu ratowników w całym kraju. W międzyczasie należy doprowadzić do ostatecznych wyliczeń kosztów dobokaretki w AOTMiT. Wynegocjować ostateczną stawkę z ratownikami (największy ich związek jest wciąż skory do rozmów).

Trzeba pamiętać, że w Polsce nie ma prywatnego ratownictwa medycznego (kiedyś był jeszcze Falck). Nie można więc – tak jak się to robi w wielu dziedzinach, także w opiece zdrowotnej – przerzucić części zadań na firmy prywatne, za usługi których zapłacą zamożniejsi klienci.

Ratownictwo medyczne to jeden z filarów bezpieczeństwa państwa.

Tak bardzo dbamy o nasze „święte” granice, zadbajmy więc też o ludzi, którzy w tych granicach mieszkają.

Na koniec niedawna wiadomość z Twittera: „Czyli tak, zamiast karetek będą jeździć strażacy, a jak pożar to wojsko, wtedy ratownicy pójdą uczyć za nauczycieli, bo tam trochę więcej płacą, a nauczycieli się rzuci do pożarów, jak będzie wojna, to wojsko pójdzie walczyć, a do karetek da się leśników. Polski bezład".

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne