15 czerwca 2021

Policjant brał udział w homofobicznym ataku. Koledzy go wypuścili, prokurator nie wszczął śledztwa.

Funkcjonariusz Komendy Stołecznej Policji, poza służbą, razem z synem zaatakował aktywistów LGBT. Wyzywali ich i opluwali, przewrócili Babcię Kasię. Mundurowi wypuścili agresorów nawet bez sprawdzenia ich tożsamości, a zatrzymali mężczyznę, który... bronił zaatakowane

To był spacer poparcia dla osób LGBT. 18 maja 20-30 aktywistów, m.in. Katarzyny Augustynek, znanej jako Babcia Kasia, z tęczowymi flagami przystanęło przy kościele św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. To na pomniku Chrystusa przed tą świątynią w sierpniu 2020 roku zawisła tęczowa flaga. Homokomando – grupa aktywistów LGBT – ćwiczyła bieganie po schodach, reszta tylko stała z flagami. Kilkunastu mundurowych przypatrywało się nie interweniując.

„Coś krzyczał do nas o pedałach, szmatach i kurwach”

Mini demonstracja ok. 19:00 ruszyła Krakowskim Przedmieściem i jakieś 150 metrów dalej od tyłu podjechało do niej dwóch mężczyzn na rowerach. Młodszy – wysoki 20-30-latek w czerwonej bluzie - nachylił się i splunął dwukrotnie na dziewczyny z przodu. To słychać i widać na filmie z tego zajścia.

„Dostałam plwociną w czubek głowy"– mówi Sylwia, aktywistka. Jej koleżanka Kasia potwierdza, że i ją agresor opluł. „Coś krzyczał do nas obraźliwego o pedałach, szmatach i kurwach "– dodaje Sylwia. Potwierdzają to pozostałe dwie zaatakowane aktywistki.

„Wyzwiska wykrzykiwane pod adresem zawiadamiających odnosiły się do ich homoseksualnej orientacji płciowej oraz tęczowych flag niesionych przez uczestników demonstracji”

- opisał sytuację w piśmie do poszkodowanych prokurator.

Na relacji Telewizji Obywatelskiej, która ujęła te momenty, tych krzyków akurat nie słychać - głos reportera je zagłuszył.

Potem akcja toczy się szybko. Niziutka, w porównaniu do mężczyzn, Joanna Miśkiewicz, idąca na samym przodzie kolumny, jakoś zatrzymuje agresorów na rowerach. Ręką próbuje uderzyć w mężczyznę w czerwonej bluzie, ze dwa razy cięższego od niej. Trafia najwyżej jak może – w połowę jego pleców. Dobiega do nich Babcia Kasia. Starszy z mężczyzn, krzycząc „spierdalaj” tak mocno popycha ją w pierś, że ta leci do tyłu i po 2-3 metrach przewraca się, uderzając silnie łokciem w chodnik. Agresorzy osaczają niziutką Miśkiewicz krzycząc: „Spierdalaj, kurwa! Spierdalaj!”. Sytuacja wygląda groźnie, jakby zaraz dziewczyna miała od nich dostać. Wtedy zza kamery wybiega łysy 40-50 latek i staje w obronie atakowanej dziewczyny. Ale to jego łapie pierwszy mundurowy, który pojawia się dosłownie 12 sekund od rozpoczęcia akcji.

W kolejnych sekundach zjawiają się następni policjanci, błyskawicznie też podjeżdża suka – policjanci towarzyszyli spacerowi LGBT. Ale funkcjonariusze łapią tylko obrońcę dziewczyn, który jest tym wyraźnie wzburzony i zaskoczony. Faktycznych napastników nie tykają. „Nie łapiecie go?" - krzyczy Kasia do mundurowego, gdy nie udało jej się zatrzymać starszego z agresorów. Obydwaj zabierają rowery i odjeżdżają nie niepokojeni przez policjantów.

„A gdzie ten w pomarańczowym? Zatrzymać go!" – słychać na filmie znów krzyk Babci Kasi. „Też mówiłam policji, aby ich zatrzymali" – wspomina Miśkiewicz. „Funkcjonariusz mi powiedział, że tu wszędzie jest monitoring, więc oni będą wiedzieli, gdzie ci dwaj poszli" – relacjonuje Babcia Kasia. Jedna z oplutych, Sylwia, słyszała to samo tłumaczenie.

Niezatrzymanie dwójki agresorów, których nawet nie wylegitymowano, bardzo dziwi aktywistów i dziennikarzy obywatelskich. Ktoś w grupie, tuż po zdarzeniu, mówił, że to policyjni prowokatorzy i dlatego policja ich puściła. Ale nikt chyba nie potraktował tego poważnie.

Wtedy stało się to, czego zaatakowane bardzo żałują - pomyliły swojego obrońcę ze starszym z agresorów. Przekonują policję, że zatrzymany przez nich też pluł i popychał. Potem tłumaczą swoją fatalną pomyłkę: ciemne ubrania, podobna postura, również pojawił się z tyłu, a wszystko działo się tak szybko. I tylko niektórzy widzieli, że de facto stanął w obronie atakowanej Miśkiewicz, co też trwało ledwo kilka sekund. To nieporozumienie szybko się wyjaśnia dzięki nagranej relacji. „Na komendzie to sprostowałam" – mówi Miśkiewicz. To samo zrobiła Kasia, inna młoda aktywistka LGBT, także zaatakowana. Policja wypuściła obrońcę, a dziewczyny później próbowały go odnaleźć w mediach społecznościowych, by przeprosić za swoją pomyłkę.

Po złożeniu zeznań na komendzie na ul. Wilczej przez cztery poszkodowane, w sieci zaczęło się szukanie dwójki agresorów, którzy uniknęli nawet spisania. W komentarzach i postach także pojawiały się wpisy, że to „policyjni prowokatorzy” i dlatego ich wypuszczono bez legitymowania.

„Brak interesu społecznego w objęciu go ściganiem z urzędu”

Tuż po długim weekendzie czerwcowym zaatakowane dostały identycznie brzmiące pisma informujące, że prokuratura odmawia prowadzenia śledztwa w sprawie tego homofobicznego ataku. Asesor Marek Kozicki z Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście-Północ uznał, iż zarówno znieważenie i naruszenie nietykalności trzech z kobiet, jak i znieważenie czwartej z nich to sprawy ścigane z powództwa cywilnego i „brak interesu społecznego w objęciu go ściganiem z urzędu”.

„Poszkodowane są osobami pełnoletnimi, posiadającymi doświadczenie życiowe i świadomość prawną na poziomie umożliwiającym im samodzielne dochodzenie swoich praw w drodze prywatnego aktu oskarżenia”

- tak asesor Kozicki podsumował bardzo długi wywód tłumaczący odmowę wszczęcia śledztwa.

„Nie byłam tym zaskoczona" – przyznaje Joanna Miśkiewicz. W znacznie bardziej brutalnych atakach na przeciwników rządów PiS prokuratura umarzała sprawy wobec agresorów.

Policji udało się ustalić tożsamość sprawców: to Krzysztof Gręda i jego syn. Pierwszy z nich, jak ujawnia prokuratura w piśmie, jest funkcjonariuszem policji, zaznaczając, że wówczas jednak nie pełnił służby. Co więcej, w trakcie przesłuchania ów policjant złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez... uczestniczki mini demonstracji. Z art. 217 KK, par.1 tj. naruszenia nietykalności, na szkodę swojego syna. To zaatakowane mogą być więc ścigane przez prokuraturę.

Zapytaliśmy Komendę Stołeczną Policji:

  • Dlaczego wypuszczono sprawców, nawet bez ich wylegitymowania, mimo iż policjanci byli bardzo blisko zajścia, widzieli je, a poszkodowane wskazywały rowerzystów jako sprawców?
  • Czy w tej sprawie toczy się jakieś postępowanie wobec owego funkcjonariusza?
  • Czy KSP uważa, że homofobiczne ataki funkcjonariuszy policji, dokonywane poza służbą, mogą być przez przełożonych tolerowane?

KSP odmówiła nam odpowiedzi. „Nie wypowiadamy się do osób wskazanych z imienia i nazwiska" – odpisał nadkom. Sylwester Marczak, rzecznik prasowy komendanta stołecznej policji. To o tyle dziwne, że dotychczas rzecznik tłumaczył czasem braki odpowiedzi, twierdząc, że będzie komentował tylko... konkretne sytuacje.

Próbowaliśmy więc zapytać rzecznika, czy czytelnicy OKO.press mają z tego wywnioskować, że wobec owego funkcjonariusza KSP nie prowadzi żadnych postępowań w związku z ww. sytuacją, a wypuszczenie go, bez nawet legitymowania, to przysługa kolegów w mundurze? Brak odpowiedzi.

Joanna Miśkiewicz deklaruje, że nie zostawi tej sprawy. „Nie zamierzam odpuścić. Oni muszą za to odpowiedzieć" – mówi. Zamierza zaskarżyć decyzję prokuratury i złożyć skargę do komendanta głównego policji, a jeśli to nie przyniesie skutku, skarżyć agresorów z oskarżenia prywatnego.

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne