0:00
19 maja 2021

Sikanie przy policjantach, noga w ortezie, paragrafy z karteczki. Wstrząsająca relacja z komisariatu

"Policjantka kazała mi sikać przy otwartych drzwiach w kajdankach". "Kłócili się, kto napisze protokół, bo żaden nie umiał". "Próbowali mnie zgiąć w pół, złożyć jak scyzoryk". Opowieści zatrzymanych po sobotniej demonstracji pokazują wstrząsający obraz polskiej policji - brutalnej i niekompetentnej

Wydrukuj

15 maja 2021 pod ambasadą Izraela w Warszawie ok. 100 osób manifestowało solidarność z Palestyńczykami. Choć demonstracja była pokojowa, policja postanowiła interweniować.

Jeszcze podczas manifestacji policjanci zdecydowali, że wszyscy uczestnicy mają się wylegitymować. Po wyłapaniu kilku przypadkowych osób nagle z pomysłu zrezygnowali. Tylko po to, żeby godzinę później, kiedy ludzie już się rozchodzili, otaczać i wyłapywać osoby wracające do domów.

W wyjątkowo brutalnych interwencjach zatrzymano 7 osób. Rzucano je na ziemię, kuto kajdankami z tyłu, wykręcano ręce. Wszystko uchwycił nasz reporter Maciej Piasecki, któremu policja zawzięcie utrudniała pracę.

Rozmawialiśmy z zatrzymanymi o tym, co działo się po manifestacji i na komisariacie. Z opowieści wyłania się obraz policyjnej brutalności połączonej z niebezpiecznym brakiem kompetencji. Paragraf wymyśla się na poczekaniu.

Janek: Nie możecie tego robić. Tak? To zaczniemy od pana

Manifestacja niedawno się zaczęła. Mimo pojawienia się osoby z flagą Izraela (mała kontrmanifestacja zebrała się po drugiej stronie ulicy), nastroje udało się uspokoić. Ktoś wylał wodę z czerwoną farbą. Prezes Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Palestyńczyków Omar Faris zaprotestował: „Takie zachowanie szkodzi naszej sprawie, proszę o spokój i słuchać policji, oni nas chronią".

Ale policja nagle zmieniła strategię i zamiast chronić, zaczęła napierać na protestujących, zamykając ich w kordonie. Każdy, kto chce opuścić to miejsce, musi się wylegitymować - zapowiedziano.

Jeden z uczestników manifestacji, Janek [imię zmienione], znalazł się akurat obok naszego dziennikarza, kiedy zwrócił jednemu z funkcjonariuszy uwagę: "Nie macie prawa tych ludzi legitymować". Policjant odwraca się do Janka: "to pana też poprosimy” – mówi, łapie go za kurtkę i ciągnie go w stronę policyjnego samochodu. „Co pan robi?” – pytają ludzie. „Nic nie zrobiłem” – tłumaczy Janek, ale policjant pcha go dalej. Wszystko uchwyciła kamera OKO.press.

"Potem dołączyli kolejni policjanci, kilku manifestujących rzuciło się, żeby mnie odbić. W końcu udało mi się na chwilę wyrwać. Każdy, kto doświadczył policyjnej represji, wie, czym się kończą zatrzymania - groźbami, przekraczaniem uprawnień, przemocą. Nikt nie chce tego znowu przeżyć" - mówi Janek. Ale zaraz wpada na kolejnych funkcjonariuszy.

"I to już była jedna wielka szarpanina, nie wiedziałem, co się dzieje. Trzymało mnie z ośmiu policjantów, kilka osób próbowało wyrwać. Byłem przekopywany, przeszarpywany, zaplątałem się w jakiś łańcuch, spadł mi but, czapka, nerka z portfelem, komin z twarzy. Policjanci niewiele sobie z tego robili, w końcu mnie wyszarpali i zabrali do furgonetki.

Zamknęli drzwi, zasłonili wszystkie okna. Kazali dać telefon. Policjant rozkazał, żebym go odblokował. Odmówiłem - nie mieli prawa. Zaczęli mi grozić, że jak nie odblokuję, to zrobi się nieprzyjemnie. Nie pamiętam dokładnych słów, w nerwach trudno wszystko zarejestrować, ale brzmiało to groźnie.

Większość czasu musiałem stać tyłem z rękoma w górze i szeroko rozstawionymi nogami. Dzwonili do jakiegoś przełożonego i pytali, co ze mną robić. Kujemy? Na komendę? A jakie zarzuty? Przeszukiwali mnie i zadawali głupie pytania: np. kim są osoby przed radiowozem, czy reprezentuję organizację Antifa, co znaczy ta flaga. Urządzili nieformalne przesłuchanie.

W końcu mnie wypuścili i zapowiedzieli, że na adres zameldowania przyjdzie wezwanie, że mam się stawić. Próbowali mnie jeszcze przekonać do podpisania jakiegoś oświadczenia o miejscu zamieszkania, które pierwszy raz w życiu widziałem. Odmówiłem, powiedzieli, że sądowi się to nie spodoba" - relacjonuje Janek.

Prawdopodobnie zostanie oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza.

Próbowali mnie złożyć jak scyzoryk.

Na nagraniu Maćka Piaseckiego widać, że po chaotycznej interwencji policja znowu zmienia sposób działania. Aż do końca manifestacji nie interweniuje. Nie egzekwuje też zapowiadanego legitymowania każdego, kto chce opuścić wydarzenie. Kiedy protest dobiega końca, ludzie się żegnają i powoli rozchodzą. Wtedy policja znowu się aktywizuje.

"Byłam już przy końcu ulicy, niedaleko mojego skutera, kiedy nagle otoczyło mnie pięciu czy sześciu funkcjonariuszy. Żądali dowodu osobistego" - relacjonuje Kamila Kuryło, socjolożka i redaktorka naczelna Codziennika Feministycznego.

"Pytam - na jakiej podstawie? - Za uczestnictwo w nielegalnej demonstracji. - A czy w tym miejscu odbywa się jakaś nielegalna demonstracja? - Widziałem, jak pani stamtąd szła - odpowiada i wskazuje ręką pod ambasadę, gdzie dawno demonstracji nie ma. Uznałam, że nie mają żadnego prawa żądać mojego dowodu".

W międzyczasie do samotnej Kamili otoczonej policjantami podchodzi kilka osób. Między innymi Weronika, Adela - aktywistka i studentka weterynarii oraz Gabe - studentka psychologii i działaczka na rzecz praw człowieka. Dziwne nagromadzenie policjantów wokół jednej dziewczyny widzi też Babcia Kasia, która zmierza już do samochodu. Jest z nią Tadeusz, 26-latek z grupy Cień Mgły wspierającej Strajk Kobiet. Idą zobaczyć, co się dzieje.

Pojawiają się kolejni mundurowi. "Jak będzie trzeba, to w dziesięciu cię weźmiemy" - mówi jeden z nich do Kamili. "Policyjne furgonetki podjeżdżały jedna za drugą, policjantów wokół nas było już koło 20" - przypomina sobie Kamila.

"Dyskutuję z funkcjonariuszami o podstawie legitymowania. Wciąż powtarzają: brała pani udział w nielegalnej demonstracji. Jestem zmęczona, odwracam na chwilę głowę. Wtedy jeden z nich się na mnie rzuca. Ktoś próbuje mnie przytrzymać, zostaje powalony na ziemię".

Na nagraniu Maćka Piaseckiego dobrze ten moment widać. Kilka osób jest po chwili dociskanych do ziemi.

"Zdążyłam tylko zapytać Kamilę, czy dobrze się czuje i nagle wszyscy leżymy na ziemi" - mówi Babcia Kasia. Nikt się natarcia policji nie spodziewał.

"Tak siłowej interwencji jeszcze nie przeżyłam. Usiedli na mnie, dociskali kolanem do ziemi, uciskali tchawicę. Nie mogłam złapać oddechu i zrobiło mi się słabo" - mówi OKO.press Kamila.

Co gorsza, policjanci zdawali się kompletnie nie wiedzieć, co robią. Zauważa to Tadeusz.

"W pewnym momencie usiadłem po turecku. Złapali mnie za szyję i zaczęli dociskać głowę między nogi. Próbowali złożyć mnie w pół, jak scyzoryk. Najwyraźniej nie mieli zielonego pojęcia o ludzkiej anatomii i że mogą mi uszkodzić kręgosłup”.

"Kiedy krzyczałem, żeby uważali, szarpali jeszcze bardziej. Wiem, że najlepiej nie stawiać oporu, ale czułem, że mam do czynienia z na tyle nieogarniętymi funkcjonariuszami, że zaraz zrobią mi krzywdę" - relacjonuje Tadeusz, który rzucił się na ratunek Babci Kasi.

"Widziałem jak stoi nad nią jeden policjant i myśli, co tu zrobić. Aż w końcu wymyślił, że włoży jej kolano między żebra. Rzuciłem się pod to kolano, żeby ją zasłonić. Zepchnęli mnie na ziemię, a na Babci Kasi usiadł inny policjant, choć nie stawiała żadnego oporu".

Blokada furgonetek, totalny chaos

Kiedy zatrzymywani są powoli zabierani do furgonetek, kilka osób rzuca się na ulicę, żeby blokować odjazd policyjnych samochodów.

"Policjanci zaczęli nas spychać na pas obok, a tam jeździły samochody. Zaczęłyśmy krzyczeć, żeby nie wpychali pod koła. Jeden z funkcjonariuszy odpowiedział: chuj mnie to" - relacjonuje Gabe. Zepchnięta na trawnik, biegnie pod kolejną furgonetkę.

Obok niej na jezdni siada też Weronika. "Kiedy odepchnięto mnie od Kamili wylądowałam na ziemi. Patrzyłam, jak ich skuwają i nie wiedziałam, co robić. Usiadłyśmy na jezdni we trzy: ja, Gabe i Adela. Nie wydano nam żadnego polecenia opuszczenia ulicy, tylko nas chwycono i podniesiono. Trzymałyśmy się z Gabe mocno" - mówi Weronika.

"Podniesiono nas i próbowano rozdzielić. Nagle wisiałam do góry nogami. Trzymali mnie za nogi i kostki, a głową uderzałam w próg furgonetki" - mówi Gabe. Weronika trzymała ją za ramiona i starała się chronić jej głowę przed uderzeniami. Tadeusz widział to wszystko już ze środka policyjnego wozu. "Do tego kierowca furgonetki zaczął odjeżdżać, kiedy jeszcze nie skończyli wnosić osoby do środka. Dwukrotnie. Totalny chaos".

Dlaczego jedziemy? Przecież stoimy

"Wrzucili mnie do furgonetki. Policjant powiedział, że jak będę grzeczna, to mnie posadzi. Całą drogę na komisariat przy ul. Opaczewskiej leżałam na podłodze zakuta w kajdanki przy policyjnym bucie" - mówi Kamila.

W furgonetce wylądował też Tadeusz, Babcia Kasia, Gabe, Adela. O Weronice na chwilę jakby znowu zapomniano.

"Gabe wciągnięto, furgonetka odjechała zostawiając mnie na jezdni. Zaraz otoczył mnie kordon kilkudziesięciu policjantów. Obok mnie znalazły się, nie wiadomo skąd, dwie butelki. Dopiero teraz spytano mnie o dane. Jako podstawę podano udział w nielegalnym zgromadzeniu z paragrafu 116 1a. Kodeksu Wykroczeń [Kto nie przestrzega zakazów, nakazów, ograniczeń lub obowiązków określonych w przepisach o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, podlega karze grzywny albo karze nagany].

Weronika wręcza policjantom dowód siedząc na ziemi.

"Kazali mi wejść do furgonetki. Powiedziałam, że dziękuję, wolę być spisana na chodniku. Zostałam podniesiona i wciągnięta do samochodu. Zaczynamy odjeżdżać. Pytam - dlaczego jedziemy? Policjant odpowiada - nie, nie jedziemy. - Przecież ten pojazd się porusza. - Wydaje się pani. I tak dojechaliśmy na komisariat".

Przeżyjesz

"Miałam niedawno złamane żebra i dostałam w tym zamieszaniu solidnego kopniaka w klatkę piersiową" - mówi Adela. "W furgonetce zaczęłam mieć trudności z oddychaniem, bardzo bolało, bałam się, że coś się przemieściło. Poprosiłam o pomoc medyczną".

Karetka w końcu przyjechała, ale zachowanie medyków nie uspokoiło Adeli. "Mówiłam o problemach z oddychaniem, a oni zrobili mi EKG i zmierzyli ciśnienie. Kiedy nacisnęli na mostek zawyłam z bólu. Serce zdrowe, będziesz żyć - powiedzieli i odjechali. Policjanci zakuli mnie w kajdanki i już w nich siedziałam przez kilka godzin na komisariacie".

Adela trafia do policyjnego pokoju z Gabe.

"Pierwsze co tam zobaczyłyśmy to stojąca na biurku karykatura świnki Piggy - nagiej, z wielkim biustem i pośladkami. Widzisz takie biurko i wiesz wiele, o tym, kto przy nim pracuje. Doświadczyłam kiedyś przemocy seksualnej, więc czułam się tam bardzo niekomfortowo" - relacjonuje Gabe. "Potem dowiedziałam się od Weroniki, że policjanci mówili o jakiejś wariatce z atakami paniki. Okazuje się, że chodziło o mnie, bo zapytana o leki, powiedziałam o moich psychotropach".

"Słyszałyśmy wiele niemiłych seksistowskich i homofobicznych żartów. Że ktoś tam »jest pedałem«. Funkcjonariusze ubolewali też, że dla dziewczyn nie mają kajdanek z różowym futerkiem" - dodaje Adela.

"Pytano o przyjmowane leki, powiedziałam, że biorę na ADHD. Potem, gdy z nudów machałam nogą albo obracałam się na krześle, słyszałam: hehe, koleżanka swojej metamfetaminy nie wzięła. Inny policjant siedział i oglądał TikToka. Pytał, czy mam konto i czy mu nie podam".

Oprócz bohaterów tekstu zatrzymana była jeszcze jedna osoba, która już wcześniej miała urazy po interwencjach policji, a przez brutalne traktowanie w sobotę jej stan się pogorszył. "Trzymano ją najpierw na ziemi, a potem na podłodze policyjnej furgonetki. Miała uszkodzone kolano, powiedziała, że nie jest w stanie wejść na trzecie piętro, gdzie miała być przesłuchana. 6 policjantów wciągnęło ją po schodach, wykręcając ręce, mimo że po wcześniejszych interwencjach policji ma uszkodzony bark" - informowała zastępczyni RPO Hanna Machińska.

OKO.press dowiedziało się, że dziewczyna ma zerwane więzadło boczne, naruszoną chrząstkę, łąkotkę, mięśnie i ścięgna pod lewą łopatką, stłuczony mostek. Rękę ma w temblaku, będzie nosić ortezę.

Sikanie tylko przy otwartych drzwiach

W innym pokoju obok okratowanej celi siedziała Babcia Kasia, Weronika, Kamila i Tadeusz. "W furgonetce przycisnęli mi głowę w stronę kolan i z całej siły przygniatali nogi i bark. Nagle padł rozkaz, żeby mnie nagrywać" - mówi Babcia Kasia. "Puścili mi głowę, ale przez następnych kilka godzin miałam cały czas wpatrzone w siebie oko kamery. To było trudne do zniesienia. Nie wiem, czy chcieli mnie na czymś złapać, czy to jakieś nowe szykany. Zagadywałam, czytałam im konstytucję, tyle sobie ponagrywali".

Tadeusz usłyszał z kolei, jak jeden z policjantów ukradkiem robi mu zdjęcie. "Szybko opuścił telefon, ale słyszałem potem, jak to zdjęcie wysyła i z kimś koresponduje. Stał się niemiły. Zaczął dopytywać, czy nie byłem już wcześniej na komendzie. Nie wiem, komu wysyłał zdjęcie, może narodowcom" - mówi Tadeusz, który jakiś czas temu pomógł złapać mężczyzn atakujących kobietę z tęczową flagą.

Weronika chciała skorzystać z toalety, ale okazało się, że musi to robić na oczach wszystkich. "Przyszła jakaś policjantka, blondynka i zarządziła, że sikać można tylko przy otwartych drzwiach. A było tam mnóstwo policjantów, bo wsadzili mnie do celi, ale nie mogli znaleźć klucza i pilnowali, żebym nie uciekł" - mówi Tadeusz.

"Drzwi miały okienko z przezroczystą szybą, przez którą wiele było widać. Powiedziałam, że jak bardzo chcą mogą sobie przez nie patrzeć. Nie, drzwi mają być otwarte na oścież. To było tak upokarzające, że odmówiłam" - relacjonuje Weronika. Po kilku godzinach, była już w innym pomieszczeniu pilnowana przez funkcjonariuszy. Znowu poprosiła o pójście do toalety.

"Policjantka założyła mi kajdanki i zaczęła ciągnąć za ramię. Powiedziałam, że mogę iść sama, nie puściła. Doszarpała mnie do łazienki, otworzyła drzwi i powiedziała, że mam sikać przy otwartych. Kłóciłam się z nią, mówiłam, że jest obrzydliwa, że to upokarzające, przecież nie ma tam nawet okna, którym mogłabym wyskoczyć. Płakałam".

"Uparła się, że w kajdankach i przy otwartych drzwiach. Przed nią. Odprowadzała mnie dalej szarpiąc, a ja płakałam przez całą drogę. Dopiero po dobrych 20 minutach postanowiła zdjąć mi kajdanki".

Szukanie paragrafu

Zatrzymanym umożliwiono kontakt z prawnikiem, dopiero po spisaniu protokołu. Zajęło to sporo czasu.

Gabe: "Wyskakiwał im jakiś błąd w Windowsie, stali we trójkę i się nad tym głowili. Nie potrafili znaleźć protokołów. Jeden ciągle pytał, co ma robić, czy tutaj data? A gdzie podpisać? To było dość komiczne. W furgonetce zauważyłam, że wierzch dłoni mają zapisany paragrafami, jak na sprawdzian w podstawówce".

Kamila: "Ciągle coś dopisywali, zmieniali, dopytywali się: co tam wpisałeś? Głowili się, jaki paragraf podać, a potem ktoś przychodził i mówił: jednak wszystkim wpisujemy to. Przepisywali coś z karteczek, które sobie przekazywali. Gubili się w tych wersjach, przepisach, nie wiedzieli już kto i za co. - To ta pani się nie chciała wylegitymować, czy ta druga? - pytali. Prawniczki do nas nie dopuszczano".

Tadeusz: "Tych dwóch, co mnie zatrzymywało z pół godziny się kłóciło, kto będzie pisał protokół, bo żaden nie umiał. Okazało się, że są w policji od półtora miesiąca. Jak w końcu napisali, to ten starszy stażem na nich klął, że to się nie nadaje i redagował".

Protokoły, kiedy były już gotowe, okazały się dość zaskakujące.

Tadeusz: "W moim znalazł się zapis, że zrzekam się prawa do prawnika, powiadomienia osoby najbliższej i składania skargi".

Weronika: "Z protokołu dowiedziałam się, że zmienili zarzuty. Już nie paragraf 116 kw, tylko 65a kw [niestosowanie się do polecenia funkcjonariuszy], 90 kw [tamowanie ruchu] i 145 kw [zanieczyszczanie miejsca publicznego]. Chodziło chyba o te butelki, ale nie wiem skąd się przy mnie wzięły. Jedyne polecenie jakie mi wydano, to okazanie dowodu. Nie odmówiłam".

Adela: "Mój protokół został wystawiony na Gabe, pomyliły im się dane. Byłam teoretycznie zatrzymywana za blokowanie furgonetki, ale z protokołu dowiedziałam się, że uczestniczyłam w nielegalnym zgromadzeniu i odmawiałam wylegitymowania się. Tylko że mnie nikt nie próbował legitymować. Policjant wyjaśnił mi, że wchodząc na ulicę i odmawiając zejścia automatycznie odmawiam wylegitymowania się".

Gabe: "W protokole przeczytałam, że odmówiłam wylegitymowania się. A tak się składa, że już raz mnie tego dnia wylegitymowano, jak na chwilę odeszłam od mojej grupy wracając z demonstracji, chwilę przed zatrzymaniem. Policjant wmawiał mi, że odmówiłam wylegitymowania się w furgonetce. To nieprawda".

Babcia Kasia: "Zarzuty mam z kodeksu karnego: 222 [naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza] i 226 [znieważenie funkcjonariusza]. Tradycyjnie, jakby przepisali z poprzednich zatrzymań. A ja po prostu stałam na chodniku".

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne