14 grudnia 2021

Policjant złamał jej rękę podczas demonstracji. Prokuratura umorzyła śledztwo

W grudniu 2020 podczas protestu pod komendą policjant złamał jej rękę. 19-letnia wtedy Aleksandra przeszła operację, rehabilitację. Do końca życia będzie miała śrubę w ramieniu. Prokuratura uznała, że nie doszło do przekroczenia uprawnień [Na zdjęciu - rentgen ręki poszkodowanej aktywistki]

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie Aleksandry, której podczas jednej z demonstracji policjant złamał rękę. Prokutatura uznała, że w ogóle nie doszło do zatrzymania, a działania policji były dostosowane do sytuacji. Ale pełnomocniczka aktywistki złożyła także zażalenie do sądu, który stwierdził, że policja zastosowała wobec niej środki przymusu bez odpowiedniej podstawy prawnej, zaś samo zatrzymanie "było przeprowadzone w sposób rażąco nieprawidłowy, dający asumpt do wszczęcia przeciwko określonym osobom postępowania karnego oraz dyscyplinarnego".

Tytanowa śruba do końca życia

Wszystko zaczęło się 9 grudnia 2020. Tego dnia ok 17:00 pod Kancelarią Premiera odbywała się wspólna demonstracja na rzecz klimatu Strajku Kobiet i Greenpeace. Policjanci otaczali protestujących, legitymowali. Zatrzymali kilka osób i wywieźli na komendy na ul. Wilczą i Zakroczymską. Na Wilczej, gdzie zebrała się grupa osób na proteście solidarnościowym z zatrzymanymi, doszło do kolejnych incydentów. Policja znów utworzyła kocioł i zaczęła wyciągać, zatrzymywać i legitymować ludzi.

Jednej z aktywistek, 19-letniej wówczas Aleksandrze, funkcjonariusz złamał rękę. "Nie stawiałam oporu, byłam odprowadzana przez dwóch policjantów, dwóch innych nas ubezpieczało. Szłam posłusznie do radiowozu, bo nie chciałam żadnej sprawy za naruszanie nietykalności policjanta. I w pewnym momencie jeden z tych policjantów, który mnie prowadził, wykręcił mi rękę. Tak silnie chwycił, że od razu ją złamał (...) Krzyczałam z bólu, mówiłam mu, że połamał mi rękę, ale on nie puścił. Trzymał silnie cały czas i właśnie przez to ta ręka jest pęknięta w kilku miejscach" - opowiadała w rozmowie z OKO.press 11 grudnia 2020 roku.

Policja zaprowadziła dziewczynę do samochodu, gdzie przetrzymywano ją godzinę i wylegitymowano. Funkcjonariusze twierdzili, że wezwali karetkę. Aleksandra prosiła o dopuszczenie do niej ratowników medycznych, którzy według jej relacji przebywali na miejscu. Tak się nie stało. Zwolniono ją dopiero po interwencji prawniczki. Na SOR zawiózł ją poseł Michał Szczerba, pomagający w czasie strajków demonstrującym.

W wyniku akcji policji doszło do złamania spiralnego z odłamem pośrednim trzonu kości ramiennej lewej. Aleksandra przeszła operację. Ma w ramieniu tytanową płytę przyśrubowaną do kości. Będzie tam do końca życia. Dziewczyna przechodzi wciąż rehabilitację, zmaga się także z problemami psychicznymi.

Sprawa złamania ręki aktywistki odbiła się szerokim echem. Jeszcze 11 grudnia 2020 Krajowy Mechanizm Prewencji Tortur wydał oświadczenie krytykujące przebieg interwencji policji. W sprawę włączył się Rzecznik Praw Obywatelskich.

Sylwester Marczak, rzecznik KSP, twierdził, że dziewczyna stawiała opór i uniemożliwiała policjantom interwencję. A gdy uskarżała się na ból ręki, pomocy udzielić jej miała jedna z policjantek.

"Prokuratura uważa, że nic się nie stało"

Wkrótce do sądu trafiło zażalenie na bezpodstawne zatrzymanie Aleksandry, a prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie popełnienia przez funkcjonariuszy przekroczenia uprawnień (231 par. 1 kk) powiązanym z doprowadzeniem do uszczerbku na zdrowiu (157 par. 1kk), bezprawnym pozbawieniem wolności (189 par.3 kk) oraz nieudzieleniem pomocy (161 par. 1kk).

Kilka tygodni temu oba postępowania się zakończyły. Sąd uwzględnił zażalenie, uznając, że zatrzymanie było "rażąco nielegalne, niezasadne i przeprowadzone w sposób rażąco nieprawidłowy", a zachowanie policji rozpatrywać należy w kategoriach przewinień dyscyplinarnych oraz czynów zabronionych.

Postanowienie sądu otwiera drogę do ubiegania się o odszkodowanie.

Inaczej zakończyło się jednak drugie z postępowań. Prokuratura umorzyła toczące się śledztwo, stwierdzając, że nie doszło w ogóle do zatrzymania, a działania policji były dostosowane do sytuacji.

"Czyli w naszym kraju policja może w świetle prawa łamać nam ręce? Rok po tym wydarzeniu jest jeszcze gorzej. W wyniku stresu pourazowego boję się nawet widoku policji. A prokuratura uważa, że nic takiego się nie stało. To chore" - mówi OKO.press Aleksandra.

W sprawie wydarzeń przed komendą wewnętrzne postępowanie wyjaśniające prowadziła także policja. Nie dopatrzono się nieprawidłowości w działaniu funkcjonariuszy.

Sąd: rażąco nielegalne zatrzymanie

W postanowieniu Sądu Rejonowy dla Warszawy - Śródmieścia z 29 października 2021 r. czytamy, że zgromadzenie przed komendą było pokojowe, a demonstranci zachowywali się spokojnie. Samo zgromadzenie nie zostało także rozwiązane ani zakończone w świetle przepisów. Po godz. 22.00 policja przystąpiła do czynności wobec zgromadzonych osób pod zarzutem zakłócania przez nie porządku publicznego (art. 51 par. 1 kw). W tej grupie znalazła się właśnie 19-letnia Aleksandra.

Sąd uznał, że policja zastosowała wobec aktywistki środki przymusu bez odpowiedniej podstawy prawnej, zaś samo zatrzymanie "było przeprowadzone w sposób rażąco nieprawidłowy, dający asumpt do wszczęcia przeciwko określonym osobom postępowania karnego oraz dyscyplinarnego". Brak było uzasadnionego podejrzenia, że pokrzywdzona popełniła jakiekolwiek przestępstwo. Jeśli zaś chodzi o wykroczenia - policja nie podjęła nawet próby wylegitymowania dziewczyny, od razu postanowiono ją zatrzymać, a czynności zostały podjęte dopiero, gdy była już w samochodzie.

Sąd zwrócił także uwagę, że policja nie sporządziła protokołu zatrzymania. W żaden sposób nie udokumentowano niezasadnego i nielegalnego pozbawienia wolności, nie poinformowano o nim prokuratora, a zatrzymanej nie pouczono o jej prawach. Środki zastosowane były niewspółmierne, co "skutkowało rozstrojem zdrowia w postaci spiralnego złamania kości przedramienia z odłamem pośrednim trzonu kości ramiennej lewej". Zatrzymana była spokojna, nie ma żadnych danych mówiących o tym, by próbowała uciekać.

Podkreślono także, że funkcjonariusze bagatelizowali stan zdrowia zatrzymanej, która "w sposób wyraźny (m.in. płacząc) wskazywała, że odczuwa intensywny ból i nie jest w stanie poruszać ręką".

Policjanci przeprowadzający czynności odmówili jej także dostępu do pierwszej pomocy medycznej.

"Zachowanie interweniujących funkcjonariuszy tj. policjanta, który zastosował chwyt transportowy, innych policjantów, którzy prowadzili wówczas zatrzymaną do pojazdu służbowego, a także funkcjonariuszki odmawiającej udzielenia pomocy oraz policjanta legitymującego A. i wystawiającego mandat karny należy rozpatrywać w kategoriach przewinień dyscyplinarnych, a także czynów zabronionych z art. 231 par. 1 kk. [przekroczenia uprawnień - przyp.]" - stwierdził sąd.

Sąd zawiadomił jednocześnie o zaistniałych uchybieniach Prokuraturę Rejonową Warszawa-Śródmieście oraz Komendanta Stołecznego Policji.

Przeczytaj także:

Prokuratura: to nawet nie było zatrzymanie

Pomimo tej miażdżącej oceny sądu Prokuratura Okręgowa w Warszawie 3 listopada 2021 roku umorzyła śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy - w zakresie zastosowania chwytu transportowego prowadzącego do złamania oraz nielegalnego i nieprawidłowego zatrzymania oraz nieudzielenia pomocy.

Prokuratura oparła się na zeznaniach policjantów, którzy twierdzili, że:

  • zgromadzeni byli informowani o tym, że mają się rozejść,
  • odmawiali wylegitymowania się, szarpali się z policją, byli wulgarni.

Funkcjonariusze twierdzą, że również Aleksandra odmawiała wylegitymowania się. Prokuratura stwierdza także, że na jednym z nagrań, co ciekawe - tym dostarczonym przez pełnomocniczkę pokrzywdzonej, widać, że dziewczyna "wyrywa się funkcjonariuszom policji".

Prokurator uznała, że nie doszło do nieudzielenia pomocy, ponieważ policjanci zadzwonili na prośbę poszkodowanej po karetkę. A gdy dowiedzieli się, że nie przyjedzie "ze względu na brak zagrożenia życia", jedna z funkcjonariuszek dokonała "badania palpacyjnego, przez bluzkę". Policjantka zaproponowała także zawiezienie do szpitala na Solcu, czego dziewczyna odmówiła. Policjanci zeznali, że nie widzieli w pobliżu ratowników.

Wreszcie - prokurator uznała, że choć "ograniczenie swobody" było dosyć długie i uciążliwe, to nie było "zatrzymaniem". Sytuacja, o której mówimy, była zdaniem prokuratury tak zwanym zatrzymaniem prewencyjnym, stosowanym w przypadkach, gdy osoby zagrażają bezpieczeństwu i porządkowi publicznemu.

Prokurator Edyta Dudzińska, która wydała postanowienie, znana jest m.in. z umorzenia śledztwa w sprawie wyborów kopertowych.

Zażalenie na postanowienie prokuratury

Pełnomocniczka Aleksandry, adw. dr Magdalena Bentkowska, złożyła już zażalenie na postanowienie prokuratury. Zaznacza w nim, że w ocenie pominięto zeznania szeregu świadków, a także nagrania załączone przez pełnomocnika oraz złożone do akt przez samą policję, z których wynikać ma, że zgromadzenie było pokojowe, interwencja policji nagła, niespodziewana, niepoprzedzona wezwaniami do rozejścia się.

Zarzucono, że prokuratura w sposób bezkrytyczny odniosła się do zeznań policjantów, pomimo zeznań innych świadków, że pokrzywdzona nie stawiała oporu, ani nie wyrywała się. Tę wersję wydarzeń potwierdzać ma także nagranie złożone przez pełnomocniczkę, które prokuratura również zignorowała. Świadkowie zeznawali także, że pokrzywdzonej nie udzielono niezwłocznie pomocy, pomimo faktu, że ratownicy byli na terenie objętym zabezpieczeniem.

W zażaleniu podniesiono także fakt, że czynności trwały aż 50 minut, a pokrzywdzona zwolniona została dopiero na skutek interwencji pełnomocnika. Czynności wylegitymowania, na której zależało funkcjonariuszom, można było przeprowadzić znacznie szybciej, również z uwagi na jej zły stan. A do tego nie musiało się to dziać w samochodzie policyjnym.

Środki przymusu, zgodnie z ustawą, powinny być stosowane proporcjonalnie i z minimalizacją szkód, a zatrzymanie ma być przeprowadzone w sposób najmniej uciążliwy i naruszający dobra osobiste. Zdaniem pełnomocniczki zastosowanie chwytu użytego przez policjanta było w tamtych okolicznościach naruszeniem przepisów o użyciu środków przymusu bezpośredniego. Sam fakt złamania wskazuje na to, że użyto nadmiernej siły. Powołano się również na orzeczenia ETPCz mówiące o tym, że w przypadku gdy naruszana jest integralność cielesna przez policję, każdy taki przypadek traktować należy jako domniemany przykład złego traktowania. Podnoszono, że nawet jeśli funkcjonariusz działał nieumyślnie, to podlega karze, jeśli wyrządził istotną szkodę.

Pokrzywdzona odmówiła przewiezienia do szpitala, co zdaniem pełnomocniczki "nie powinno budzić zdziwienia, że dotychczasowe postępowanie funkcjonariuszy policji wzbudziło u pokrzywdzonej jedynie poczucie strachu i braku zaufania. W takim wypadku tym bardziej należało niezwłocznie wylegitymować pokrzywdzoną i ją zwolnić, nie narażając jej na dalszy stres i cierpienie. Tymczasem pokrzywdzona została zwolniona dopiero na skutek interwencji prawniczki".

Zarzucono wreszcie brak wskazania przez prokuraturę, jakie fakty zostały uznane za udowodnione bądź nieudowodnione, a także dlaczego nie zostały uznane dowody przeciwne.

"Kontekst sytuacyjny jest o tyle niepokojący, że policja czuje się rozgrzeszona i może w dalszym ciągu powtarzać taki rodzaj postępowania. A zdaniem TSUE to niedopuszczalne, by przetrzymywać ludzi tyle czasu i zasłaniać się różnymi czynnościami" - komentuje w rozmowie z OKO.press adw. Magdalena Bentkowska.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne