0:00
18 października 2021

Żeby zostały ślady. Anna Domańska [NA CELOWNIKU] 

Udział w proteście zmienił jej życie: państwo wytoczyło jej sprawę o to, że policjant złamał jej rękę. Teraz ona bezskutecznie próbuje doprowadzić do tego, by policja nie łamała rąk i prawa 

Wydrukuj

"Rodzina jest za PiS. Mówili mi, żebym odpuściła" - mówi Anna Domańska z Mikołowa (ale rodem z Podkarpacia), uczestniczka obywatelskich protestów od 2016 roku.

Agnieszka Jędrzejczyk, OKO.press: Mimo że policjant złamał Pani rękę? Że miała pani dwie operacje i rehabilitacje, które słono kosztowały?

"Ale dla mojej siostry ważniejszy jest jednak wcześniejszy wiek emerytalny, a dla cioci - »rządowe« inwestycje we wsi (choć to inwestycje unijne). My już nie rozmawiamy o polityce. Niech pani pomyśli, przecież ktoś tę władzę wybiera. A to są moi bliscy. Moja ręka to dla nich polityka. Trochę bali się ze mną spotykać".

Sprawa Anny Domańskiej była w 2018 roku głośna. Policjant wynoszący ją z blokady marszu ONR w Katowicach złamał jej rękę. Było to po brutalnym potraktowaniu w Warszawie Kobiet Na Moście w 2017 roku, ale jeszcze przed pałkami teleskopowymi, pałowaniem, gazowaniem i kotłami policyjnymi w czasie protestu Ogólnopolskiego Strajku Kobiet po wyroku marionetkowego TK w sprawie praw kobiet.

Była to więc pewna nowość. Potem stało się to policyjną praktyką.

Anna Domańska miała potem sprawę wykroczeniową (o udział w nielegalnym zgromadzeniu) i karną o nieprawdziwe zeznania (bowiem kiedy prokuratura stwierdziła, że policjant nie przekroczył uprawnień, uznała, że Anna Domańska złożyła fałszywe zeznanie). W obu sprawach została uniewinniona. Ale w sumie trwało to ponad dwa lata. W międzyczasie została ekspertką od chirurgii i pism procesowych.

§ 1. Kto, składając zeznanie mające służyć za dowód w postępowaniu sądowym lub w innym postępowaniu prowadzonym na podstawie ustawy, zeznaje nieprawdę lub zataja prawdę, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Sprawa policjanta, który okaleczył obywatelkę, jest umorzona. Domańska szuka prawnika, który jej pomoże to odwrócić: tu nie chodzi o odszkodowanie, ale o to, że ten człowiek nie powinien być policjantem.

Na razie chętnych nie ma.

W serii „Na celowniku" o „SLAPPach po polsku" - czyli systematycznych prześladowaniach aktywistów - publikowaliśmy rozmowy z Elżbietą Podleśną, Bartem Staszewskim, Laurą Kwoczałą, Katarzyną Kwiatkowską, Pawłem Grzesiowskim, Wojciechem Sadurskim, Ewą Siedlecką, Piotrem Starzewskim, Julią Landowską, a także adwokat Sylwią Gregorczyk-Abram, adwokatem Radosławem Baszukiem i ekspertką od komunikacji Hanną Waśko. Relacjonowaliśmy też trzy procesy aktywistów: w Sierpcu, Nowym Sączu i Warszawie.

Mały człowiek i wielki prokurator (nawiązanie do postaci z Wladcy Piescienia, Froda i Szeloby)_

„Na celowniku" to pilotażowy projekt OKO.press, Archiwum Osiatyńskiego oraz norweskiej Fundacji RAFTO, prowadzony razem z prof. Adamem Bodnarem, rzecznikiem praw obywatelskich w latach 2015-2021. Ma na celu naświetlenie i zdiagnozowanie zjawiska nękania osób zabierających głos w interesie publicznym w Polsce. Publikujemy rozmowy z osobami, które znalazły się "na celowniku", a także z prawniczkami, badaczami, specjalistkami do spraw komunikacji. Materiały będziemy publikować od sierpnia do grudnia 2021 roku.

Gdyby nie była nas taka garstka

W tej sprawie znaleźć możemy wszystkie elementy państwowego, systematycznego krycia sprawców policyjnej przemocy wobec obywateli: prokurator ścigający ofiarę, a nie sprawcę, przygotowanie pisemnych zeznań policjantów, tak, żeby każdy szczegół się zgadzał i wskazywał na to, że przestępstwa nie było, oraz zbiorowa amnezja świadków na sali sądowej – kiedy nikt nie jest w stanie nawet rozpoznać się na zdjęciu, nie mówiąc o przypomnieniu sobie, co robił w chwili złamania ręki Anny Domańskiej. A także naciski na sąd. Przynajmniej tak to widzi Anna Domańska: a to tuż przed ogłoszeniem wyroku do zamkniętej jeszcze sali sądowej wchodzi dwóch policjantów i rozmawia z sędzią, a to prokurator wojskowy (!) ostentacyjnie demonstruje sędzi, że nie musi nosić togi – ale jak sąd tak bardzo chce, to “każę sobie przywieźć”.

Ale ani w sprawie o wykroczenie, ani w sprawie karnej sąd się nie ugiął – więc Anna Domańska nie trafiła do więzienia. Długo nie była pewna, czy tym się nie skończy.

Anna Domańska: Chodzę na demonstracje od początku, od 2016 roku. W obronie sądów i praworządności. Jest nas grupa ludzi – którzy znają się z tych demonstracji i z Facebooka.

Wtedy, 6 maja 2018 w Katowicach też chciałam być – miała być pokojowa kontrmanifestacja przeciwko marszowi ONR. Przyszłam z flagą polską i unijną, ale schowałam je, kiedy się okazało, że narodowców to prowokuje. Miałam letnie buty i torebkę pożyczoną od córki – przyszłam protestować pokojowo.

I widzę, jak urzędnicy miejscy próbują zatrzymać nazistowskie transparenty – i jak sobie z tym nie radzą. Na jednym banerze na płótnie jest swastyka namalowana długopisem. Tego na zdjęciu się nie zobaczy, ale jest, pod napisem “chwała bohaterom”.

Widzę, jak ci z banerem przekomarzają się z urzędnikami. W tym momencie uważam, że to urzędnicy powinni rozwiązać tę demonstrację [ostatecznie marsz został rozwiązany - red.]. Na policję nie zwracam uwagi, bo przecież mają stać w mojej obronie.

W pewnym momencie ten marsz rusza, na czele szpica ochraniającej policji – a naprzeciwko grupka może 20 osób, trzymających transparent „tu są granice przyzwoitości”, a które później siadają w proteście na jezdni.

Reszta tylko stoi i się patrzy.

Może gdyby nie było ich tylko 20, gdyby było mniej widzów… Ale podeszłam do nich i razem z nimi chciałam ich (marsz) zatrzymać. To był impuls.

Dlaczego złamali rękę? Komu chcieli dać nauczkę?

Po chwili dwaj policjanci mnie chwycili pod ręce. Skutecznie unieruchomili. Nie opierałam się – myślałam o tych butach, że nie mogę dać się w nich wlec po asfalcie. I w pewnym momencie ten z prawej przekręcił mi rękę, przełamał, złamał opór – chrupnęło, przeszywający ból i ciepło – a potem przekręcił w drugą stronę. Nie musiał tego zrobić, to do niczego nie było potrzebne.

Zrobił to, bo mógł.

A.J.: Może po prostu nie umiał?

Nie. To był niski mężczyzna. Ja mam metr pięćdziesiąt, a byłam w stanie spojrzeć mu w szybę kasku. A jednak skutecznie mnie unieruchomił. Wiedział jak. I wiedział, jak złamać rękę.

Proszę pani, złamać rękę w łokciu i ponownie nastawić – to musiał zrobić ktoś, kto wie. Staw łokciowy wytrzymuje dużo, ludzie robią pompki na jednej ręce, na łokciach bujamy dzieci.

Ale jak on to zrobił?

Już pani tłumaczę: od tyłu z prawej bierze panią za przedramię i za nadgarstek – całą łapą w rękawicy szturmowej. Swoją lewą unosi panią do góry i do tyłu – nie ma się pani jak bronić. Ręce ma pani lekko wygięte. I w pewnym momencie tą swoją prawą podkłada pod pachę – pyk – i przełamuje opór. Jest pierwsze chrupnięcie. Ogromny ból. Stoimy naprzeciwko siebie. Mówię, złamałeś mi rękę – on odkręca rękę moją rękę i odpycha (scenę tę widać na zdjęciu zrobionym przez fotoreporterkę "Dziennika Zachodniego" Marzenę Bugałę-Azarko. Można je zobaczyć we wstrząsającej galerii zdjęć z tego zdarzenia: https://dziennikzachodni.pl/zamieszki-w-katowicach-antyfaszysci-zablokowali-przemarsz-narodowcow-zdjecia-wideo/ga/13151814/zd/28818502).

Wszystko to robi mając nade mną całkowitą kontrolę. Bo bez tego i tak mnie mógł zaprowadzić, gdzie chce. Znał ten chwyt.

Tak teraz myślę, że może policji chodziło o kogoś innego? Tam byli też ludzie z Antify. Może chcieli komuś dać nauczkę? Druga możliwość jest niestety taka, że złamał mi łokieć, bo mógł, bo miał przyzwolenie, bo to poczuł.

Chciał dać nauczkę: albo komuś konkretnemu, ale się pomylił, albo po prostu protestującej kobiecie?

Powiedziałam mu: złamałeś mi rękę. Coś pod kaskiem odpowiedział. Jakby “nic ci nie będzie”.

A czy po zdarzeniu była Pani ofiarą hejtu w mediach albo w sieci? Bo internetowy zmasowany hejt często potwierdza, że władza wzięła człowieka na celownik.

Nie, nic takiego nie było. Były nieakuratne informacje w mediach, na portalu policyjnym były komentarze, że sama sobie jestem winna – ale tylko to.

Więc może rzeczywiście policyjna "pomyłka"... I co było dalej?

Nie krzyczałam, nie płakałam. Byłam w szoku. Ludzie się zbiegli, wezwali karetkę. A ja zgłosiłam policji, że funkcjonariusz złamał mi rękę. Najpierw próbował mnie spisać policjant przebrany za narodowca – pokazał blachę spod koszulki z orłem – ale nie chciał podać nazwiska i stopnia, jako że “wykonywał czynności tajne”. Więc powiedziałam, żeby sobie wykonywał, ale legitymować mnie może policjant w mundurze i rzeczywiście przyprowadził kolegę w mundurze.

W szpitalu stwierdzili złamanie, wypisali mnie ze zleceniem, że ortopeda ma ustalić, czy konieczna jest operacja. Poradnie ortopedyczne miały wolne terminy na czerwiec. Ale ludzie z manifestacji pomogli. Po pięciu dniach miałam tę operację. Po roku drugą – trzeba było wyjąć druty. Po rehabilitacji jest w miarę OK, tyle że górnych szafek w kuchni nie zamknę, nie mogę zdrapać szronu z szyby samochodu. Pewnych czynności przy jednoczesnym lekkim skręceniu a wymagających nacisku też nie jestem w stanie wykonać, pomijam regularny ból stawu z niewiadomych przyczyn. Ręka straciła sprawność w 7 procentach.

Złamanie awulsyjne

Anna Domańska z precyzją ekspertki opisuje swoje złamanie.

Jest tak, bo w przypadku urazów spowodowanych “w obecności policjanta” policja często, niestety, zaczyna obronę od tego, że zainteresowany już miał uraz, albo sam sobie to zrobił. Dlatego ofiary stają się ekspertami od medycyny. Bo w tych specjalistycznych opisach kryje się odpowiedź na pytanie, jak to się mogło stać.

Otóż łokieć samemu sobie złamać można – kiedy się upadnie. Ale jest też inny typ złamania, kiedy na mięśnie działa siła, która przełamuje opór kości. Wtedy następuje oderwanie fragmentów kości. I takie złamanie nazywa się awulsyjnym. Złamanie u Anny Domańskiej jest awulsujne.

Zdjęcie ręki ze szwem na łokciu

W przypadku urazów spowodowanych “w obecności policjanta” świadek/ofiara nie wszystko widzi. Rejestruje fragmenty zdarzeń, szczegóły. Anna Domańska widziała policjanta w letnim mundurze i kasku. Nie widziała twarzy.

Dla pojedynczego człowieka to może być za mało. Dla dociekliwego śledczego – bardzo dużo. Zwłaszcza że całe zajście było filmowane, fotografowane przez uczestników protesty, obserwatorów i dziennikarzy. Są zapisy miejskiego monitoringu.

Żeby zostały ślady

Ponieważ do kin wszedł niedawno film “Żeby nie było śladów” o sprawie Grzegorza Przemyka z 1983 roku (maturzysty zakatowanego przez zomowców na komisariacie przy Jezuickiej w Warszawie), warto ją tu wspomnieć. Mówi się o niej często, że wymiar sprawiedliwości zawiódł, nie ukarano sprawców. Ale jest też inna prawda: wymiar sprawiedliwości próbował przebić się przez policyjną zmowę. Sprawa wracała i wracała do sadu, bo ciągle uważano, że jeszcze coś da się ustalić.

I w końcu, po 20 latach, sędzia przełamała opór milicjantów, którzy w żaden sposób nie umieli sobie przypomnieć, kto bił 19-latka zgodnie z poleceniem, “żeby nie było śladów”. Pokazała, jak to się robi i to jest też dziedzictwo "sprawy Przemyka". Sędzia zaczęła pytać na rozprawie nie o to, kto bił, ale gdzie i co każdy świadek robił z osobna. Zanalizowała zdjęcia. I tak po latach rozpaczliwego użerania się z wersją ustaloną przez komunistyczne władze w 1983 roku dowiodła, kto był sprawcą – tyle że zanim wyrok się uprawomocnił, sprawa się przedawniła.

Opisał to w swoim czasie Bogdan Wróblewski w "Gazecie Wyborczej”. Autorka tego tekstu w OKO.press – należąca do generacji Przemyka – z tą sprawą zawsze porównuje sprawy państwowej przemocy. Bowiem ludzie, którym państwo pozwala stosować przemoc w swoim imieniu, mogą tej przemocy nadużywać. To się zdarzało, zdarza i zdarzać będzie. Zostaje pytanie, co państwo z tym robi. Czy przyjmuje wersję aparatu przemocy, czy ją sprawdza i podważa - tak jak w sprawie Przemyka. I czy zabiega o to, by podobna historia się nie powtórzyła.

Opowieść Anny Domańskiej utwierdza niestety w przekonaniu, że w jej sprawie państwo zrobiło za mało – i nie wyciągnęło lekcji z przeszłości (“gdy podstawowe prawa i wolności obywatelskie były w naszej ojczyźnie łamane”). Anna Domańska, poszkodowana obywatelka, tak uważa.

Prokurator w relacji Anny Domańskiej przyjął wersję policji: nie podważył podejrzanie spójnej układanki zeznań policjantów, to Domańska musiała walczyć o włączenie dokumentacji multimedialnej do swojej sprawy – tej sprawy, w której była oskarżona.

Anna Domańska opowiada teraz, że prokurator, zdejmując winę z policjanta, korzystał z jednego tylko nagrania, i to takiego, na którym policjant wykręcający rękę jest zasłonięty przez innego policjanta.

Prokurator stwierdził na tej podstawie (oraz na podstawie postępowania wewnętrznego samej policji), że nie doszło do niewłaściwego użycia przymusu bezpośredniego. I oskarżył Domańską o złożenie fałszywych zeznań. Dzięki temu Domańska spotkała sprawcę złamania: był świadkiem oskarżenia na jej procesie.

Z tym że pewności, że to on, nie ma. Policja twierdzi, że interweniował wobec niej H. i to ma Domańskiej wystarczyć.

– Nie jestem pewna – mówi teraz. – Pamiętam rękę tamtego, to była ręka mężczyzny starszego, H. to 35-latek. Ale biżuteria się zgadza. Tamten miał taki wisiorek jakby z trupią czaszką – i ten też. Dlatego pytałam o tatuaż, ale mój wniosek odrzucili.

Jak prokurator ściga winnego

Przedstawione w akcie oskarżenia pisemne zeznania policyjne są doskonale spójne i precyzyjne: to na pewno H. interweniował wobec Domańskiej, ale użył przymusu bezpośredniego zgodnie z prawem w celu usunięcia z nielegalnej blokady i doprowadzenia do wylegitymowania się. To był jedyny powód tej akcji.

Domańska: Nieprawda. To ja sama po całym zajściu zgłosiłam się do legitymowania, bo mnie po prostu zostawił.

Domańska opowiada, jak próbowała skonfrontować policjantów ze szczegółami zdarzeń, które podali w zeznaniach. Ale na sali sądowej policjanci nic z tych szczegółów nie pamiętali. Mówili, by pytać przełożonych, nie rozpoznawali się na zdjęciach.

Są więc ślady, a jakby ich nie było.

„W pewnym momencie H. zaczyna się denerwować – mówi Anna Domańska. – Pytam go, czy to on jest na zdjęciach. On, że nie wie. Po kilu takich próbach nierozpoznania się przez policjanta mówię »strach Panu pokazać lustro«. Sędzia mnie za to upomina. W końcu H. zeznaje przed sądem, że ręka z tatuażem (ale na zdjęciu nieprzedstawiającym przemocy) to jego”.

Materiału jest dosyć, by wykazać, że Anna Domańska nie złożyła fałszywego zeznania. Na odpowiedzialność policjanta H., czy kogokolwiek innego, kto stał za atakiem na Domańską, to nie wpływa.

Jak obywatele się bronią

Zanim Anna Domańska zaczęła rehabilitację ręki po pierwszej operacji, przyszedł wyrok nakazowy za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Natychmiast złożyła zażalenie i sprawa poszła na rozprawę. Wygrała ją (to do tego sądu tuż przed wyrokiem przyszli sobie na rozmowę policjanci). – Wyrok nie był odważny, ale uniewinniał mnie.

Skąd wiedziała, że trzeba składać zażalenie? “Jeszcze w szpitalu skontaktowała się ze mną – przez ludzi z protestów – mec. Gabriela Morawska-Stanecka. I to jej aplikant towarzyszył mi w czasie składania zeznań na policji (bo naprawdę trzeba mieć pomoc prawna w takiej sytuacji)”.

Tyle że jesienią 2018 roku mec. Morawska-Stanecka została senatorka i wicemarszałkinią Senatu. Musiała pomoc prawną przekazać w zupełnie inne ręce. W styczniu 2019 Domańska została oskarżona w sprawie karnej (fałszywe zeznania). Jej obrońca prowadzi wtedy już kilkanaście spraw ludzi z protestów. – “Robił to pro bono. Ale miał tego tyle, że dokumenty mu się plątały. Składał nie te pisma procesowe, nie te wnioski dowodowe. W końcu powiedziałam: «Musimy się rozstać. Bo to mnie grozi więzienie. Będę się bronić sama»”.

Rozpraw było pięć czy sześć. Sprawa na szczęście była jawna, ludzie na nią przychodzili, było wsparcie TVN, były relacje, byli przedstawiciele Fundacji Helsińskiej i Joanna Cuper z Otwartego Dialogu. Na każdej sprawie. Przyjeżdżali nawet obywatele z Rzeszowa, by mnie wesprzeć.

Więc skończyło się w miarę dobrze.

Domańska: Ale uważam, że - ponieważ mam dokumenty i filmy, że policjant zaatakował mnie z premedytacją - to sprawę o przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza trzeba zrobić od nowa. Powinni za to odpowiedzieć ci, co zezwalają na takie zachowanie. I w końcu to zaczęło się od decyzji władzy, która pozwoliła przejść faszystom przez ulice Katowic.

W 2015 roku po podaniu wyników wyborów powszechnych patrzyłam w telewizor i nie wierzyłam własnym oczom. Powiedziałam do męża: »Wyjeżdżajmy stad, bo przecież nie pójdziemy się z nimi bić. Nie wyjechaliśmy. Ale to oni przyszli mnie bić. Nie schowasz się, znajdą cię«.

Chodzi Pani nadal na demonstracje?

"Oczywiście".

W tej chwili prawnicy, do których zwraca się Anna Domańska, proponują jej wszczęcie postępowania odszkodowawczego. Najwyraźniej uważają, że sprawy wyjaśniać już nie ma co, że sposoby jej zaciemnienia zadziałały już nieodwołalnie – a i tak zaraz się ona przedawni. Więc trzeba walczyć o to, co się da. O odszkodowanie – bo przynajmniej będzie formalny ślad, że coś złego się zdarzyło.

– Ale mnie nie o to chodzi. Ten człowiek nie powinien dalej służyć. Bo zaatakuje kogoś innego i zrobi mu większą krzywdę. Teraz ma prawo myśleć, że państwo będzie go kryć, że bijąc, łamiąc kości nie zostawia śladów.

Dlatego sprawa Anny Domańskiej się nie skończyła.

Projekt „Eye on SLAPPs in Poland" / Na celowniku jest prowadzony do grudnia 2021 roku dzięki wsparciu Fundacji Rafto na rzecz Praw Człowieka z siedzibą w Bergen w Norwegii. Fundacja została założona w 1986 roku w pamięci Thorolfa Rafto.

SLAPP to postępowania prawne przeciwko osobom działającym w interesie publicznym (Strategic Lawsuits Against Public Participation).

Prof. Thorolf Rafto (1922-1986) był ekonomistą i działaczem na rzecz praw człowieka. W sprawy Europy Środkowej zaangażował się z powodu Praskiej Wiosny 1968. Wielokrotnie podróżował do Polski, Czech Węgier i Rosji, był świadkiem prześladowań i nadużyć. W 1979 roku w Czechosłowacji ciężko pobili go funkcjonariusze komunistycznych służb specjalnych, co przyspieszyło jego śmierć.

Nad projektem "Na celowniku" czuwa rada ekspercka pod przewodnictwem prof. Adama Bodnara, Rzecznika Praw Obywatelskich VII kadencji. W jej skład wchodzą: mec. Sylwia Gregorczyk-Abram, mec. Radosław Baszuk, prof. Jędrzej Skrzypczak.

Projekt koordynuje Anna Wójcik, Agnieszka Jędrzejczyk i Piotr Pacewicz.

Udostępnij:

Agnieszka Jędrzejczyk

historyczka z wykształcenia. Od 1989 r. przez 22 lata redaktorka w Gazecie Wyborczej, potem przez 10 lat urzędniczka, m.in. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Od 2021 r. w OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne