Prawa autorskie: Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.plRoman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl
26 września 2022

Polska ma problem z niską aktywnością zawodową. Dlaczego nie potrafimy być jak Islandia?

Od roku wskaźnik aktywności zawodowej wynosi ok. 58 proc. We wcześniejszej dekadzie wahał się w przedziale 56-57 proc. A więc sukces? Nie, nasi unijni sąsiedzi biją nas na głowę, a i u nas wskaźnik ten trzy dekady temu był o 4 punkty procentowe wyższy. Demografia sprawia, że polityka aktywizacyjna to konieczność i logiczna odpowiedź na wyzwania przyszłości

W ostatnich 3-4 latach wiele liczb, jakie znajdowaliśmy pośród wyników Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), mogło budzić nasze powody do zadowolenia, optymizmu, a nawet dumy.

  • Od 1992 roku, gdy GUS zaczął prowadzić BAEL, nie mieliśmy jeszcze tak małej liczby bezrobotnych, jak w ostatniej edycji z II kwartału 2022 roku.
  • Także stopa bezrobocia była najniższa w historii badania (2,6 proc.). Ba, w zestawieniach Eurostatu — który opisując polski rynek pracy opiera się na danych BAEL — jesteśmy krajem członkowskim o najniższej stopie bezrobocia, okresowo oddając pałeczkę pierwszeństwa Czechom.
  • Historycznie najniższa była także stopa bezrobocia kobiet (3,0 proc.), a w przypadku młodych mieszkańców naszego kraju tylko dwa razy charakteryzowała się niższą wartością (w II kwartale 2022 roku wynosiła 8,9 proc.).
  • Z kolei liczba pracujących była najwyższa od 1992 roku – jeśli pominąć wynik z III i IV kwartału ubiegłego roku. W najnowszej odsłonie BAEL wynosiła 16,77 mln.

Tymczasem wskaźnik aktywności zawodowej wynosił w II kwartale 2022 roku 57,9 proc. i nie był to parametr, którym możemy się chwalić. Abstrahując od tego, że w III kwartale 2021 roku był o 0,3 pkt. proc. wyższy, to do połowy 1994 roku przekraczał 60 proc., a od czerwca do września 1992 roku (druga edycja BAEL) wynosił 62,2 proc.

Dlaczego wartości z początku lat 90. ubiegłego wieku są o tyle punktów procentowych wyższe i czy są poza naszym zasięgiem? I jak aktywność zawodowa plasuje nas na mapie Europy?

Czym jest wskaźnik aktywności zawodowej

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania, musimy najpierw zrozumieć, co właściwie pokazuje nam wspomniany wskaźnik i jak się go oblicza.

Nie wdając się w metodologiczne zawiłości, wskaźnik aktywności zawodowej informuje nas o odsetku ludności aktywnej zawodowo pośród mieszkańców naszego kraju w wieku 15 lat i więcej. Kim są aktywni zawodowo? To osoby pracujące oraz bezrobotne w rozumieniu BAEL (co to dokładnie znaczy i jakie grupy wiekowe pracujących i bezrobotnych faktycznie są tu uwzględniane – o tym można przeczytać np. tutaj). Jeśli ktoś nie zalicza się do pracujących ani do bezrobotnych – trafia do kategorii „bierni zawodowo”.

We wspomnianym okresie czerwiec-wrzesień 1992 roku mieliśmy 15,21 mln pracujących i 2,44 mln bezrobotnych. W II kwartale bieżącego roku było to odpowiednio 16,77 mln i 0,45 mln, czyli przez trzy dekady przybyło nam 1,56 mln pracujących, a ubyło prawie dwa miliony bezrobotnych, co dało łącznie spadek liczby aktywnych zawodowo o dokładnie 432 tys.

Licznik się skurczył, a co z mianownikiem? Ten wzrósł o 1 362 tys., bo o tyle zwiększyła się liczba osób w wieku 15 lat i więcej. Skoro ubyło nam aktywnych zawodowo, a populacja wzrosła, to łatwo zgadnąć, że wzrosła nam liczba osób biernych zawodowo, i to o blisko 1,8 mln. Żeby w II kwartale 2022 roku wskaźnik aktywności zawodowej wyniósł 60 proc., liczba pracujących (raczej nie chcemy zwiększać bezrobocia) powinna wzrosnąć o 630 tys., a jeśli miałby on dorównać rekordowym 62,2 proc. – aż o 1,3 mln.

A to wcale nie mało. Wystarczy wspomnieć, że ostatni dołek na rynku pracy mieliśmy w I kwartale 2013 roku, gdy pracowało 15,3 mln ludzi.

Oznacza to, że zwiększenie liczby pracujących o prawie 1,5 mln osób zajęło nam 9 lat – w okresie jednej z najlepszych koniunktur na świecie, w Europie i naszym kraju. Nadchodzące lata raczej nie będą tak sprzyjające.

Za horyzontem czają się nie tylko średnioterminowe konsekwencje wojny w Ukrainie i zmian na rynkach surowców energetycznych porównywalne do kryzysów naftowych w latach 70. XX wieku, ale też kolejne wyzwania, które są tak przewidywalne, jak pandemie, kryzysy finansowe i regionalne konsekwencje zmian klimatycznych.

Cztery kierunki natarcia

Tymczasem poziom aktywności zawodowej w Polsce wcale nie jest tak wysoki, by nawet 62,2 proc. uznać za przesadnie ambitny cel polityki gospodarczej. Ze względu na to, że każdy kraj Unii Europejskiej bada swoją populację nieco inaczej, trudno znaleźć dane porównywalne do tych powyżej. Ale posłużyć się można wskaźnikiem aktywności zawodowej ludności w wieku od 15 do 74 lat.

W I kwartale 2022 roku w Polsce wynosił on według Eurostatu 60,8 proc. – zaledwie o 0,1 pkt. proc. więcej niż średnia 27 krajów UE (Eurostat dokonuje ujednolicenia krajowych metodologii liczenia wskaźnika oraz odsezonowuje dane). Unijna palma pierwszeństwa należała do Niderlandów z 71,6 proc., druga pozycja należy do Estonii (69,4 proc.), a trzecia – do Szwecji (68,5 proc.). Niemcy mogły się pochwalić wskaźnikiem o 7,1 pkt. proc. wyższym od polskiego, Litwa – o 4,4, Czechy – o 4,3, Węgry – o 3,1, a Słowacja – o 0,8 pkt. proc. wyższym. Dla Polski, kraju zaliczanego już do rozwiniętych, punktem odniesienia mógł być także być globalny rekordzista w tej dyscyplinie: Islandia ze wskaźnikiem na poziomie 77,0 proc.

Co sprawia, że nasza aktywność zawodowa jest tak niska na tle unijnych sąsiadów? Możemy wskazać cztery obszary, które powinny wzbudzić nasze zainteresowanie, które od lat, jeśli nie dekad, wołają o więcej uwagi i wysiłków po stronie naszych rządzących.

Po pierwsze: kobiety. Wskaźnik aktywności zawodowej kobiet w wieku 15-74 lata wynosił w Polsce 53,9 proc. – to było o 1,6 punktu procentowego mniej niż unijna średnia. Tu nasz dystans od Niemiec wynosił już 9,8 pkt., Litwy – 9,0, Węgier – 4,5, Czech – 3,7, Słowacji – 3,3, Niderlandów – 13,6 i Islandii – aż 20,0 punktów procentowych. Podniesienie wskaźnika aktywności zawodowej kobiet do poziomu słowackiego oznaczałoby konieczność zaktywizowania 466 tys. mieszkanek Polski.

Po drugie: osoby dojrzałe wiekiem. Wskaźnik aktywności zawodowej osób w wieku 50-64 lat wynosił w Polsce 59,8 proc. Do średniej unijnej brakowało nam aż 8 punktów procentowych. Tym razem Czechy wyprzedzały nas o 18,8 punktów procentowych, Niemcy o 17,5, Litwa o 13,0, Węgry o 11,8, Słowacja o 9,4, Niderlandy o 16,6, a Islandia o okrągłe 25 pkt. proc. Tylko trochę lepiej było w grupie osób w wieku 65 lat i więcej: tu polski wskaźnik aktywności zawodowej wynosił 6,1%, podczas gdy średnia UE to 5,8 proc. Litwa mogła się pochwalić wskaźnikiem o 5,2 punktu procentowego wyższym niż Polska, Niemcy o 1,6, Czechy o 0,8, zaś Holandia i Islandia odpowiednio o 3,4 i 15,8 pkt. proc. Udało się nam wyrównać osiągnięcia Węgier oraz wyprzedzić Słowację o 1,7 pkt. proc.

Ażeby pod względem aktywności zawodowej osób w wieku 50-64 lata zrównać się ze Słowacją, potrzebowalibyśmy zwiększyć liczbę pracujących w tym wieku o 680 tys.

Żeby osiągnąć to samo co Czechy dla pracowników w wieku 65 lat i więcej, powinniśmy zaktywizować 60 tys. osób w tym wieku.

Po trzecie: osoby z niepełnosprawnością (OzN). Eurostat nie zbiera danych dotyczących OzN na rynku pracy regularnie, a ostatnie porównywalne dla krajów członkowskich dane pochodzą z 2011 roku. Dlatego tu trzeba popatrzeć na dane krajowe.

Według danych BAEL za I kwartał 2022 roku wskaźnik aktywności zawodowej OzN w wieku 16 lat i więcej wynosił zaledwie 20,4 proc.

Dekadę wcześniej był on o 3,1 pkt. proc. niższy, ale zanim otworzymy szampana, trzeba wspomnieć, że osiągnęliśmy to zwiększając liczbę pracujących OzN zaledwie o 38 tys. Po prostu w tym czasie zmniejszyła się populacja OzN. Ile OzN spośród 2,9 mln moglibyśmy zaktywizować? Zdaniem Przemysława Żydoka, prezesa Fundacji Aktywizacja, pół miliona nie wydaje się zadaniem wykraczającym poza nasze możliwości, a wręcz zdaje się logiczne, potrzebne i opłacalne.

Po czwarte: system kształcenia wyższego marnuje czas części młodych ludzi. W Polsce studiuje 1,2 mln ludzi, a z populacji w wieku 19-24 lat w 2020 roku studiowało 52,0 proc. Ponad 40 proc. młodych ludzi zdobywa dyplom wyższej uczelni. Nasza gospodarka nie jest i w nadchodzących dekadach nie będzie w stanie praktycznie spożytkować wiedzy i umiejętności zdobywanych przez dużą część z nich. Abstrahując nawet od kwestionowanej jakości i użyteczności kształcenia wyższego, większość pracodawców preferuje dziś w rekrutacji na szeregowe stanowisko młodego człowieka z trzyletnim doświadczeniem od debiutującego na rynku posiadacza dyplomu licencjata.

Pozostawiając z boku kwestię pogłębiania swoich zainteresowań, realizowania ambicji edukacyjnych własnych czy też rodziców oraz pragnienie awansu społecznego, można postawić bezpieczną tezę, że ćwierć miliona młodych ludzi, którzy zamiast studiowania podjęliby pełnoetatową pracę, na takim posunięciu mogłoby ekonomicznie skorzystać. Oni zyskaliby wcześniej doświadczenie zawodowe i wcześniej mogli zacząć wspinaczkę po drabinie ekonomicznej, a nasza gospodarka zyskałaby pracowników, których zaczyna jej brakować.

Żeby stać w miejscu, trzeba biec

Mamy bowiem nie tylko problem niskiej aktywności zawodowej, ale także jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw Europy. W ostatnich ośmiu latach populacja osób w wieku produkcyjnym (18-59 lat dla kobiet i 18-64 lat dla mężczyzn) skurczyła się o dwa miliony i tracimy teraz ćwierć miliona takich osób rocznie. To przede wszystkim różnica pomiędzy liczbą osób osiągających pełnoletniość a liczbą osób przechodzących do grupy osób w wieku emerytalnym. Patrząc okiem statystyka, można powiedzieć, że to może nam poprawić wskaźnik aktywności zawodowej, bowiem spada także liczba osób w wieku 15 lat i więcej (od 2018 roku – o 50-100 tys. rocznie), a przy stałej liczbie pracujących musi to podbijać ten współczynnik.

Niestety, osób w wieku produkcyjnym nam ubywa, a osób w wieku poprodukcyjnym – przybywa w tempie ok. 200 tys. rocznie. A tylko niewielki ułamek osób w wieku poprodukcyjnym (szczególnie niewielki w grupie 70+) ma zdrowie, siłę, ochotę i okoliczności sprzyjające dalszej pracy zawodowej. Dlatego zaktywizowanie pół miliona kobiet, 750 tys. osób w wieku 50+ (głównie – w wieku 50-64 lat), pół miliona OzN i ćwierć miliona młodych ludzi, czyli łącznie dwóch milionów mieszkańców naszego kraju, to nie tyle kwestia ambicji prześcignięcia pod względem wskaźnika aktywności zawodowej Litwy i Czech, czy też powrotu do pułapu tego parametru z początku lat 90., ale zapewnienia firmom głów i rąk do pracy oraz stworzenia bardziej inkluzywnego, otwartego dla wszystkich rynku pracy.

Wskazywanie sufitu dla wskaźnika aktywności zawodowej w Polsce jest nie tylko trudne, ale też nie ma wielkiego sensu. Wysiłek aktywizacyjny jest bowiem bezcelowy, jeśli brakuje miejsc pracy, które mogą zostać obsadzone przez pozostających na rynku lub debiutujących na nim pracowników.

Po raz pierwszy w historii musimy taki wysiłek podejmować, żeby nie prowadzić do rosnącej liczby wakatów.

Liczba nieobsadzonych miejsc pracy w I kwartale 2022 roku wynosiła 158,7 tys. i tylko raz odnotowano większą: w II kwartale 2018 roku oszacowano ją na 164,7 tys. Nasz rynek pracy odrobił już straty spowodowane kryzysem pandemii i lockdownami, co tylko w części wynikało z aktywności w zakresie tworzenia miejsc pracy netto (różnica pomiędzy liczbą nowo utworzonych miejsc pracy a liczbą miejsc zlikwidowanych) – tych np. w I kwartale 2018 i 2019 roku powstawało ponad 170 tys., podczas gdy w I kwartale 2022 roku 107,8 tys. Nie mniejsze, a może nawet większe znaczenie ma właśnie szybki ubytek osób w wieku produkcyjnym.

Jest on z jednej strony wyzwaniem – musimy zintensyfikować wysiłki aktywizacyjne, żeby firmy mogły utrzymać zatrudnienie nawet na bieżącym poziomie, tak jak Czerwona Królowa w „Alicji po drugiej stronie lustra” musiała biec, żeby nadążyć za zmieniającym się otoczeniem. Bo niemal wyczerpaliśmy już rezerwy pracowników, jakie kryły się w grupie osób bezrobotnych. Z drugiej – jest to wielka szansa na przebudowanie naszego rynku pracy tak, by stawał się mniej patologiczny i bardziej inkluzywny, dając większej grupie mieszkańców naszego kraju szanse na satysfakcjonujące życie.

Zabrzmi to może górnolotnie, ale jest to nasz – zaniedbywany przez dekady – moralny obowiązek, by jak największa część naszego społeczeństwa miała dostęp do godnej pracy.

Udostępnij:

Łukasz Komuda

Łukasz Komuda (ur. 1975) – Absolwent Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. W latach 2009-2012 zastępca redaktora naczelnego i p.o. redaktora naczelnego miesięcznika „Businessman.pl”. Ekspert rynku pracy i redaktor portalu Rynekpracy.org w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. Zajmuje się także obszarami demografii, ekonomii społecznej i dyskryminacją na rynku pracy. Współpracuje m.in. z agencją zatrudnienia Randstad, Fundacją IDEA Rozwoju, Fundacją im. Róży Luksemburg, Fundacją Inicjatyw Strategicznych Instrat, Towarzystwem „Więź”, „Krytyką Polityczną” i OKO Press. Tłumacz z języka angielskiego – przełożył „Finanse po zawale. Od euforii finansowej do gospodarczego ładu” Paula Dembinskiego oraz „Kryzys ekonomiczny i kryzys wartości” Simony Beretty i Paula Dembinskiego. Współautor gry fabularnej „Idée Fixe” w części opisującej rzeczywistość polityczną i gospodarczą Polski i świata ok. 2045 roku.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne