Nawet w słonecznej Hiszpanii i Włoszech zasobność w wodę przeważnie jest większa. Polska ze swoimi zasobami mieści się zwykle w ostatniej trójce, a czasem nawet na końcu zestawienia w Europie.
"Od kilku dziesięcioleci mamy w Polsce problem z narastającym deficytem wody" - mówi OKO.press dr Jarosław Suchożebrski z Uniwersytetu Warszawskiego

W pierwszej dekadzie czerwca w Skierniewicach (woj. łódzkie) zabrakło wody. W niektórych domach krany były suche nawet przez dwie doby. Dostęp do niej w końcu przywrócono, ale pojawiły się niepokojące pytania: czy takie sytuacje będą się powtarzały częściej? Co z naszym bezpieczeństwem wodnym? Jak wyglądają polskie zasoby wodne i czy jest się czego bać w przyszłości? OKO.press zapytało o to dr. Jarosława Suchożebrskiego z Uniwersytetu Warszawskiego.

„Od kilku dziesięcioleci mamy w Polsce problem z narastającym deficytem wody” – powiedział na naukowiec.

A takie sytuacje, jak ta ze Skierniewic mogą w przyszłości się powtarzać. „W Polsce powinniśmy przygotowywać się do zmian klimatu i problemów z wodą, szczególnie w miastach. Dobrym pomysłem jest koncepcja »miasta-gąbki«. Obecne zazwyczaj zużyta woda zostaje z miasta – po fazie oczyszczania – usunięta. Natomiast »miasto-gąbka« zatrzymuje wodę. W ten sposób zaczęto już myśleć o gospodarce wodnej w wielu metropoliach” – wyjaśnia dr Suchożebrski.

Dr Jarosław Suchożebrski pracuje w Zakładzie Hydrologii na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zainteresowania naukowe obejmują m.in. zagadnienia gospodarowania wodą w miastach, jakości wód i modelowania procesów hydrologicznych.


Robert Jurszo, OKO.press: Niedawno w Indiach, gdzie upały sięgają 50 st. C, mężczyźni pobili się o wodę z beczkowozu. Jeden z nich zmarł wskutek tej bijatyki. Wyobraża Pan sobie taką sytuację w Polsce w przyszłości?

Dr Jarosław Suchożebrski, Uniwersytet Warszawski: Mam nadzieję, że takich scen nigdy u nas nie dojdzie. Ale niektórzy naukowcy snują ponure prognozy i wieszczą, że w przyszłości czeka nas świat, w którym ludzie będą walczyć nie tylko o paliwa kopalne, ale przede wszystkim o wodę. Możemy wyobrazić sobie rzeczywistość bez ropy naftowej czy węgla, ale bez wody żyć się nie da.

No właśnie, tej wody tydzień temu zabrakło w Skierniewicach. Krany w domach niektórych mieszkańców były suche nawet ponad dwie doby. Jak to możliwe, że w XXI w., w Unii Europejskiej, nagle ludzie stracili dostęp do wody?

Kilka dni wcześniej przez upały w Skierniewicach zużycie wody wzrosło dwukrotnie: ludzie korzystali z wody częściej, podlewali ogródki, schładzali się. Dodatkowo doszło do awarii ujęć wody. Ten nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że wody nagle zabrakło.

To pierwszy taki znany mi przypadek, kiedy mamy tak duże problemy w wodą w sporym mieście.

Owszem, w minionych latach były już administracyjne zakazy ograniczające zużycie wody w okresie suszy, np. by nie podlewać ogródków w godzinach największego poboru wody. Rzadko jednak brakuje wody pitnej dla mieszkańców. To co najmniej niepokojące.

Wodę już Skierniewicom w końcu przywrócono, choć za cenę ograniczenia jej dostaw do okolicznych wsi. Czy to, co się wydarzyło w łódzkim, będzie się w Polsce powtarzało częściej?

Jeśli spojrzymy na mapę Polski, to od zachodu na wschód przez centrum kraju – województwa lubuskie, dolnośląskie, część wielkopolskiego, łódzkie i Mazowsze aż po Lubelszczyznę – biegnie pas, na którym mamy najmniejsze opady w Polsce. A do tego jest tam też najwyższa średnia temperatura roczna, co sprawia, że i parowanie jest największe. Na tym obszarze rozwija się intensywne, wielkopowierzchniowe rolnictwo. Ono potrzebuje dużych ilości wody – w innym przypadku jego plony byłyby tak marne, że aż nieopłacalne. Zmienia się klimat, coraz częściej powtarzają się długie okresy bez deszczu, więc i wody na potrzeby nawodnień upraw zużywa się coraz więcej. Podczas upałów więcej wody zużywamy też w naszych domostwach. Więc jeśli w Polsce miałby się powtórzyć taka sytuacja, to chyba przede wszystkim właśnie tam.



Jak w takim razie wyglądają polskie zasoby wodne – w tym wody pitnej? Czy jest się o co bać?

Najbardziej miarodajnie możemy ocenić zasobność Polski w wodę, przeliczając je na ilość wody przypadającą na jednego mieszkańca, czyli per capita. Najczęściej oblicza się to, dzieląc objętość wody, jaka w ciągu roku odpływa rzekami przez liczbę mieszkańców na danym obszarze, np. kraju. I wychodzi, że w Polsce na jednego mieszkańca przypada średnio 1600-1800 m3 wody na rok.

To dużo czy mało?

Dobre pytanie. Zazwyczaj uznaje się, że gospodarka nie będzie ograniczona przez braki wody, jeśli na każdego mieszkańca przypada około 1700 m3 wody rocznie. W naszym kraju są takie lata, gdy mamy do dyspozycji tylko 1100 m3 na mieszkańca, ale i takie, kiedy jest to ponad 2000 m3 na osobę.

Problemem Polski jest więc nie tylko duże zróżnicowanie przestrzenne zasobów wodnych, ale przede wszystkim duża ich zmienność w czasie.

Ale jeszcze bardziej niepokojąco wygląda to wtedy, gdy spojrzymy na wykresy ilustrujące zmiany zasobów wodnych Polski w wodę od końca II wojny światowej do dziś. Okaże się wtedy, że zasoby wody przypadające na statystycznego Polaka znacznie zmniejszyły się w latach 80. Jeszcze w 1980 roku wynosiły ok. 2500 m3 na osobę, a potem rzadko już przekraczały 1800 m3 na rok.

To znaczy, że od kilku dziesięcioleci mamy w Polsce problem z narastającym deficytem wody.

Jak prezentujemy się tutaj na tle innych państw europejskich?

No cóż, źle. W zależności od kraju i roku, w Europie przypada średnio 2000 i więcej m3 wody na osobę. Oczywiście, w Skandynawii będzie to więcej, bo tam jest mniej mieszkańców i bardziej wilgotny klimat. Ale nawet w słonecznych Hiszpanii i Włoszech ta zasobność przeważnie jest większa. Polska ze swoimi zasobami mieści się zwykle w ostatniej trójce, a czasem nawet na końcu zestawienia.



Nie brzmi to optymistycznie. A na tę sytuację nakładają się jeszcze negatywne skutki globalnej zmiany klimatu. Chodzi mi ekstremalne zjawiska pogodowe – upały przeplatane na zmianę z intensywnymi ulewami. Jak to wpływa na wodną sytuację w Polsce?

Jeśli spojrzymy na dane z ostatnich kilkudziesięciu lat dotyczące średnich rocznych sum opadów, to zasadniczo nie widać tendencji ich zmniejszenia. Problem jest w tym, że zmienił się ich rozdział w poszczególnych miesiącach roku. Coraz częściej, szczególnie w okresie wiosenno-letnim, pogoda przechodzi ze skrajności w skrajność. Mamy długie okresy bezdeszczowe, które prowadzą do suszy, a potem pojawiają się gwałtowne i intensywne opady skutkujące powodziami. Woda podczas takich gwałtownych opadów bardzo szybko odpływa do rzek nie zasilając dostatecznie wód podziemnych.

Proszę też zwrócić uwagę na to, że w ostatnich latach prawie nie mamy śnieżnych zim. A to właśnie wiosenne roztopy były zbawienne dla wód podziemnych, bo je zasilały w wodę. Dziś brak pokrywy śnieżnej zimą jest często zapowiedzią suszy glebowej wiosną i latem, która ogranicza plony.

A jeśli ten stan się utrzymuje dłużej, to może dojść do tzw. suszy hydrogeologicznej, czyli znacznego obniżenia lustra wód podziemnych. A pamiętajmy, że większość ludzi w Polsce w swoich domach korzysta właśnie z wód podziemnych.

Polskę po II wojnie światowej intensywnie meliorowano. Osuszano między innymi mokradła. Jaki ma to wpływ na naszą obecną sytuację wodną?

Mokradła retencjonują, czyli trzymają wodę w terenie i ją oczyszczają. Proszę zauważyć, że tam, gdzie w dolinach rzecznych mamy ich dużo, niemal nie zdarzają się powodzie i susze. By uzmysłowić rolę bagien w obiegu wody, proponuję zrobić prosty eksperyment. Połóżmy na dnie wanny gąbkę i odkręćmy kurek z wodą. Gąbka będzie chłonąć wodę i mniej wody będzie spływało do odpływu. A kiedy już wodę zakręcimy, to gąbka będzie stopniowo ją oddawała.

Tak właśnie działają mokradła – jak gąbka. Są naturalnym regulatorem zasobów wodnych, więc jeśli je zniszczymy, to tracimy naturalną retencję. I to zaczęło się dziać w Polsce po II wojnie światowej.

Nawodnieniu Polski lokalnie nie sprzyja również wydobycie węgla. Przykład to wysychające Pojezierze Gnieźnieńskie, z którego wodę drenują odkrywki węgla brunatnego…

To prawda. Każda kopalnia odkrywkowa to wielka dziura w ziemi. I żeby dostać się do złóż, które w niej zalegają, najpierw trzeba odpompować z nich wodę.

W efekcie tworzy się zjawisko leja depresyjnego, który obniża wodę nie tylko w miejscu, z którego się ją odsysa, ale również w okolicy odkrywki.

Od głębokości odkrywki i właściwości warstwy wodonośnej zależy, jak duży będzie to obszar. Dlatego odkrywka może drenować nawet całe jeziora, jak to dzieje się prawdopodobnie na Pojezierzu Gnieźnieńskim.



Rząd ma imponujące plany kanalizacji rzeki i kaskadyzacji Wisły. Co to oznacza dla naszych zasobów wodnych?

Duże zbiorniki wodne, które powstaną w wyniku podzielenia Wisły zaporami, częściowo będą nas chronić przed powodziami. Ochronią przed nimi obszary i miejscowości położone w dolinie Wisły – jeśli tylko wzbierającej wody nie będzie zbyt dużo. Będą również magazynować wodę na okresy suszy. Duży zbiornik oznacza jednak dużą powierzchnię lustra wody, z której będzie ona odparowywała, więc będziemy ją tracić.

Natomiast z ekologicznego punktu widzenia takie przegradzanie będzie dla rzeki fatalne, bo niszczy ciągłość jej ekosystemu. Poza tym ta Wisła, po której żeglowano w XVI czy XVII w. była inną rzeką, bo i klimat był inny, i użytkowanie powierzchni terenu też. Nie da się powrócić do tego, co było kiedyś. Jak więc widać plusów budowy zbiorników jest równie dużo, co minusów.

Co możemy w tej sytuacji zrobić, by nie zabrakło nam wody w ogóle, a wody pitnej w szczególności?

Przede wszystkim zacząć ją oszczędzać. Myślę, że to konieczne, bo woda w przyszłości będzie jeszcze bardziej drożeć. Proszę zauważyć, że Polacy bardzo ograniczyli zużycie wody, gdy w latach 90. XX w. wprowadzono liczniki na wodę, która zaczęła być traktowana po prostu jako towar.

Coraz większy akcent musi też zostać położony na recykling wody, na jej ponowne zużycie.

Przecież tą wodą, której używamy pod prysznicem, w wannie, w zmywarce, czy w pralce, możemy spłukać toaletę. Ale to oczywiście wymaga kosztownych zmian technologicznych w naszych domach.

W Polsce powinniśmy też przygotowywać się do zmian klimatu i problemów z wodą, szczególnie w miastach. Dobrym pomysłem jest koncepcja “miasta-gąbki”. Obecne zazwyczaj zużyta woda zostaje z miasta – po fazie oczyszczania – usunięta. Natomiast “miasto-gąbka” zatrzymuje wodę. W ten sposób zaczęto już myśleć o gospodarce wodnej w wielu metropoliach.

Jak to wygląda w praktyce?

To są często bardzo proste rozwiązania, ale bardzo skuteczne. Betonowo-asfaltowa powierzchnia zostaje “rozszczelniona”, by woda mogła wsiąkać w podłoże. Na przykład, parkingi nie muszą być asfaltowane czy zalewane betonem, ale wykładane kratownicami betonowymi, które będą przepuszczały wodę, by mogła wsiąkać w grunt. Kolejny przykład do kanalizacja burzowa: można ją projektować w taki sposób, by woda nie odpływała szybko do rzek powodując lokalne powodzie, ale za pomocą systemu drenów była odprowadzana do ziemi.

Kluczowa jest również dbałość o zieleń miejską.

Parki i zieleńce również zatrzymują wodę, jednocześnie są doskonałym narzędziem pozwalającym nam na szczeblu lokalnym walczyć ze zmianą klimatu i jej uciążliwymi konsekwencjami. To doskonały sposób łagodzenia skutków dwóch problemów jakie zaczynają nękać miasta – powodzi i suszy.


Niniejsza publikacja powstała dzięki współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie. Zawarte w niej poglądy i konkluzje wyrażają opinie autora i nie muszą odzwierciedlać oficjalnego stanowiska Fundacji im. Heinricha Bölla.

Tekst powstał we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie.


OKO podgrzewa dyskusję o zmianach w klimacie.
Wesprzyj nas, też chcemy przetrwać.

Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!