0:00
16 września 2021

Polskie sądy odebrały jej dziecko, bo kochała kobietę. Sprawiedliwość przyszła po 11 latach z ETPCz

"Odzyskałam ludzką twarz" - mówi OKO.press Agnieszka. W Polsce odebrano jej dziecko, bo związała się z kobietą. Na sprawiedliwość czekała 11 lat, rację przyznał jej właśnie Europejski Trybunał Praw Człowieka

Wydrukuj

Agnieszka (imię zmienione) na rozstrzygnięcie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka czekała ponad 11 lat. Dramat jej rodziny zaczął się, gdy najmłodszy syn chodził do przedszkola. Polskie sądy wszystkich instancji uznały, że w trosce o bezpieczeństwo i dobro chłopca pełną władzę rodzicielską dostanie ojciec, z którym Maciek (imię zmienione) nie był tak emocjonalnie związany jak z matką. Powód odebrania praw rodzicielskich był jeden.

Agnieszka związała się z kobietą i otwarcie mówiła o tym, że jest osobą biseksualną. Podczas rozpraw słyszała wprost, że sprawowanie opieki nad synem będzie możliwe, jeśli "zmieni postawy i zerwie zażyłą relację" z ówczesną partnerką.

Kobieta nie chciała zgodzić się na tak jawną dyskryminację. Składając skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, Agnieszka liczyła, że uda jej się odzyskać choć jedno z dzieci. Wyrok pozytywny, bo potwierdzający, że doszło do dyskryminacji i braku poszanowania życia rodzinnego, przyszedł jednak zbyt późno. Maciek jest dziś dorosłą osobą, ma 19 lat.

"W moim życiu ten wyrok niewiele zmieni, ale mam nadzieje, że będzie miał wpływ na losy innych, którzy tak samo jak ja przed sądami muszą walczyć o opiekę nad dziećmi" — mówi OKO.press Agnieszka. W rozmowie nie ukrywa jednak wzruszenia, bo 16 września 2021 skończył się dla niej długi, wykańczający etap walki i oczekiwania. "Cieszę się, że ktoś popatrzył na moją sprawę z dystansu, bezstronnie i przyznał mi rację.

To zdjęło trochę ciężaru, który nosiłam przez te wszystkie lata. I zwróciło mi ludzką twarz. Mam nadzieję, że będę już żyła szczęśliwie i spokojnie" — mówi Agnieszka.

"Zakochałam się w kobiecie. Czułyśmy się wolne"

Agnieszka poznała byłego męża, gdy była młodą dziewczyną. Miała 17 lat i całe życie przed sobą. Relacja z M. szybko okazała się dusząca. Podobnie jak miejscowość, z której pochodzi. Choć miasto liczy 80 tys. mieszkańców i do dziś dzięki inwestycjom w przemysł pozwala ludziom żyć godnie, to Agnieszka określa je mianem "hermetycznego i konserwatywnego". Pierwszą szansą na uwolnienie się był wyjazd na studia do dużego miasta.

"Tam zakochałam się w kobiecie. To było niezwykle silne uczucie. Nie potrafiłyśmy tego nazwać, ani nic poważnego zaplanować, ale razem czułyśmy się wolne i szczęśliwe" — mówi Agnieszka.

Kobiety wzięły urlop dziekański, planowały wyjazd za granicę. "Wtedy odezwał się do mnie M. Wyprosił spotkanie, miałam chwilę słabości i zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem" — tłumaczy Agnieszka. "Świat osunął mi się spod nóg. Nie miałam siły, by iść pod prąd. Pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Rodzice uważali, że ten, kto pali papierosa jest zły, a ten, kto pije alkohol — skreślony. Nie mówiąc o innych rzeczach. Wina, wstyd, brak wiary w siebie — chyba dlatego wszystko potoczyło się banalnie: ślub, rodzina, kolejne dzieci".

Agnieszka przekonywała sama siebie, że spełni się w roli matki i żony. Kryzys w małżeństwie przyszedł jednak szybko. "Pamiętam, jak karmiłam trzecie dziecko. Trzymałam je na rękach i myślałam: co ja będę robić z tym człowiekiem, gdy mały zacznie chodzić. Co będę mówić, gdy nie trzeba będzie rytualnie prosić: »podaj chusteczkę«, »wynieś pieluszkę«" — opowiada kobieta.

W małżeństwie brakowało też równego zaangażowania. Gdyby nie Agnieszka, sześcioosobowa rodzina cisnęłaby się w 36-metrowym mieszkaniu. "M. nie dbał o to, by niczego nam nie brakowało. Z wygody nie chciał też zmienić pracy, choć zarabiał za mało, by utrzymać tak liczną rodzinę" — wspomina kobieta. — "Tyle razy mówiłam sobie, że gdyby on się choć trochę zaangażował, to chyba nie miałabym potrzeby, żeby się buntować. Jestem z natury zadaniowa, miałam dzieci, strasznie je kochałam. Wiele idzie przez życie z połowicznym uśmiechem. Wiele zaciska zęby. Może i ja bym wytrwała, gdyby tylko jemu się chciało postarać" .

"Mama jest złym człowiekiem"

W momencie największego kryzysu w życiu Agnieszki pojawiła się Magda. Młodsza o 9 lat, energiczna, z pasją, pełna życia, lubiąca kontakt z dziećmi, wspierająca. M. wyprowadził się do rodziców i zaczął nastawiać dzieci przeciwko matce. Mówił im, że Agnieszka jest złym człowiekiem, wypłakiwał się nastoletnim córkom w rękaw.

Wtórowali mu rodzice kobiety, którzy straszyli, że Agnieszka straci pracę w edukacji, bo jest niemoralna i zboczona.

Na początku relacje dzieci z Agnieszką i Magdą były ciepłe i dobre. Po czasie starsze zaczęły odsuwać się od kobiet. Najstarsza córka dostała instrukcje od ojca, by informować go o tym, co dzieje się w domu.

W 2005 roku Agnieszka wzięła rozwód, a sąd przyznał jej pełne prawa do opieki. Były mąż na początku odwiedzał dzieci. Agnieszka zostawiła mu zresztą klucz do mieszkania, by zawsze mógł mieć z nimi kontakt. Po czasie przestał się pojawiać. "Dzieci dopytywały, gdzie tata, co z tatą. Nas wszystkich trzymał w niepewności. Nigdy nie wiedziałam, kiedy przyjdzie, czy mi pomoże. Gdyby nie Magda, zostałabym sama z czwórką dzieci" — mówi Agnieszka.

M. nachodził jej miejsce pracy, wyłapywał koleżanki, by mówić, że kobieta zniszczyła dobrą rodzinę i zagraża dzieciom. Życie w rodzinnym mieście stało się nieznośne, więc Agnieszka podjęła decyzję o wyprowadzce. Dwójka dzieci postanowiła zostać z ojcem.

"Byli zmanipulowani i zmęczeni. Zabrałam ze sobą Maćka, który miał trzy latka i młodszą córkę. Ona nie udźwignęła rozłąki z siostrą i też postanowiła wrócić do ojca. Już wtedy mieliśmy rozbitą rodzinę. Choć starałam się mieć jak najlepszy kontakt ze wszystkimi dziećmi, przeżywałam koszmar" — wspomina Agnieszka.

Sąd: Lepiej skończyć relację z kobietą

W 2007 roku na wniosek ojca sąd ponownie zbadał sprawę opieki rodzicielskiej. W całości oparł się na opinii rodzinnego ośrodka diagnostyczno-konsultacyjnego, który stwierdził, że "dalsze sprawowanie przez matkę opieki nad małoletnim byłoby możliwe pod warunkiem zdecydowanej korekty jej postaw, wyłączenia jej partnerki z obecności w życiu rodzinnym".

Sąd nie kwestionował silnej więzi dzieci z matką, a także sposobu sprawowania opieki. Skupił się jedynie na orientacji seksualnej i pożyciu z kobietą.

M. podczas rozpraw przekonywał, że dziecko powinien wychowywać mężczyzna z kobietą, a nie dwie kobiety, czy dwóch mężczyzn. "Wynika to z przyczyn naturalnych, tak zostaliśmy stworzeni" — mówił.

"Zamiast koncentrować się na sytuacji rodzinnej, warunkami stworzenia bezpiecznego środowiska dla dzieci, sądy skupiły się w całości na orientacji seksualnej. Faworyzowały ojca tylko dlatego, że jest osobą heteroseksualną. Sąd nie badał, w jaki kolejny związek wszedł mężczyzna, badał za to intymne relacje powódki" — mówi OKO.press Karolina Kędziora, prezeska Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, radczyni prawna reprezentująca Agnieszkę.

Apelacje nie przynosiły skutku.

"Cały ten sąd to była farsa. Nikt nie słuchał, co mam do powiedzenia. Co mają do powiedzenia moje dzieci. Co mają do powiedzenia prawdziwy specjaliści. Nie robiłam dobrego wrażenia, bo pokazywałam emocje, więc w opinii sądu byłam rozhisteryzowana. Jedyne, co proponowali to ultimatum, że mogę zerwać z Magdą, wtedy odzyskam dzieci" — mówi Agnieszka.

Trójka dzieci mieszkała z M., ale Maciek został z Agnieszką i jej partnerką. Pewnego dnia były mąż zaatakował na ulicy Magdę, która szła za rękę z Maćkiem. Wyrywał jej dziecko, krzyczał, że tego nie zostawi; że zniszczy ją i Agnieszkę. Przerażony chłopiec uciekł do pobliskiego budynku, schował się w piwnicy.

"Dla małego dziecka to prawdziwa trauma. W aktach spraw jest napisane, że Maciek, jako ten mały chłopiec określił tę sytuację, jako »coś najprzykrzejszego, co mu się w życiu wydarzyło" — opowiada Agnieszka. — "Wtedy jeszcze mocniej zaczęłam się bać. Niedługo później od koleżanki usłyszałam, że M. nie odpuści, że szykuje odebranie dziecka przez sąd".

Sąd stwierdził, że w okresie rozwojowym, w którym znajduje się chłopiec, "większą rolę w budowie męskiego wzorca odgrywa ojciec".

Jednocześnie zupełnie zbagatelizował potrzeby chłopca, który w rozmowach z kuratorem, pedagogiem i psychologiem podkreślał, że chce zostać z mamą.

W 2009 roku postanowieniem sądowym Maciek przymusowo został odebrany matce i trafił do ojca. "Pewnego dnia odebrała go obca pani z tatusiem i pojechał do innego domu. Byłam wrakiem człowieka. Pamiętam, jak stałam na poczcie, zupełnie wykończona, odbierałam kolejne awizo z sądu i pomyślałam, że już więcej nie dam rady" — wspomina w emocjach Agnieszka.

ETPCz po stronie kobiety

W 2010 roku, po wyczerpaniu drogi odwoławczej w kraju, kobieta z pomocą Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego złożyła skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Państwu polskiemu postawiła m.in. zarzuty złamania zakazu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną i braku poszanowania życia rodzinnego (art. 14 i art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka).

Na rozstrzygnięcie czekała 11 lat, ale w wyroku z 16 września 2021 ETPCz zgodził się, że doszło do dyskryminacji. I zasądził rekompensatę na rzecz powódki w wysokości 10 tys. euro.

"To symboliczne zadośćuczynienie krzywdy, której doznała moja klientka. Najwłaściwsze byłoby cofnięcie czasu i umożliwienie bliskiego kontaktu i opieki nad dziećmi. Trudno zmierzyć, jak negatywny wpływ ta sytuacja miała na życie i dobrostan psychiczny jej i jej dzieci" — mówi OKO.press Karolina Kędziora.

I dodaje: "Jestem przekonana, że to orzeczenie jest ważne nie tylko dla pani Agnieszki, ale też innych spraw. Z jednej strony, społeczeństwo dziś ma bardziej ugruntowane poglądy na prawa człowieka, w tym prawa mniejszości. Z drugiej strony, instrukcje nienawiści, które płyną od państwa, mogą wzmacniać poziom uprzedzeń wśród sędziów. Może być też tak, że każda sprawa dotycząca praw osób LGBT będzie przed sądem traktowana jako sprawa polityczna. Mam nadzieje, że to orzeczenie będzie podporą dla sędziów, którzy staną przed odpowiedzialnymi decyzjami w sądach rodzinnych".

Epilog

Dziś dzieci Agnieszki są dorosłe. Ze wszystkim ma bliskie, ciepłe relacje. Kobieta wciąż nie powiedziała im jednak o walce przed ETPCz, której się podjęła. "Boję się, że sprawę wyciągnie TVP i znów będziemy odtwarzać ten koszmar, który należy zamknąć w przeszłości" mówi. Również dlatego nie podaje swojego prawdziwego imienia. "W swoim czasie opowiem im, że ktoś przyznał mi rację, choć nie mogę przestać myśleć o tym, że żadne z nas nie musiało tego wszystkiego przeżywać".

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne