0:00
Prawa autorskie: Sławomir Kamiński / Agencja GazetaSławomir Kamiński / ...
10 grudnia 2016

Posłowi Sasinowi nagle zbrzydło grzebanie w życiorysach. Nie do wiary!

W obronie Stanisława Piotrowicza - byłego prokuratora PRL, a dziś twarzy walki PiS z TK - poseł Jacek Sasin namawia, żeby nie "grzebać w życiorysach". Członek PiS nie jest zbyt wiarygodny w tej kwestii. Jego partia jednoznacznie kojarzy się ze sprawdzaniem życiorysów, a zwłaszcza szukaniem "komunistycznych" haków. Sprawdzamy, kto najbardziej lubi lustrować

Wydrukuj

Nie jest dobrym grzebanie w życiorysach, jest dobrym ocenianie postawy dziś.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
Konferencja w Sejmie,09 grudnia 2016
OKO.press przypomina, jak PiS, w tym i sam Sasin, wyciągał oponentom politycznym elementy ich biografii. Przytaczamy jedynie wypowiedzi polityków i osób pełniących funkcje publiczne za rządów PiS, pomijając obfite "grzebanie w życiorysie" przez media popierające partię rządzącą.

Sasin na tropie

23 lutego 2016 r. Konrad Piasecki w RMF FM zapytał Sasina, czy Polska zerwała z komunizmem. Sasin odpowiedział: "Nie przeprowadzono dekomunizacji, nie przeprowadzono lustracji". I dodał:

"dzisiaj wiemy, że wiele z tych dokumentów gdzieś krąży, w drugim obiegu, w jakiś dziwnych szafach i być może o wielu osobach po prostu nie wiemy".

Zapytany o tzw. agenturalną przeszłość Lecha Wałęsy stwierdził: "Ikony to powinny być osoby bez skazy. I takie symbole są, ale od dwudziestu kilku lat hołubiony jest człowiek, który ma potężną ciemną strefę swojego życiorysu".

Rozwinął postulat sprawdzania życiorysów:

"trzeba odtajnić, otworzyć wszystkie archiwa peerelowskie. Trzeba to zrobić, bo tę wiedzę musimy mieć, czy są jeszcze dzisiaj w życiu publicznym ludzie, którzy czynnie współpracowali z komunistyczną bezpieką.

I trzeba dzisiaj doprowadzić do tego, że wszystkie takie prywatne archiwa, jak Czesława Kiszczaka, znajdą się w państwowym zasobie". Wygląda więc na to, że - wbrew własnej rekomendacji - Sasin jest bardzo zainteresowany życiorysami osób, które uznaje za swoich wrogów czy oponentów.

Nie on jeden w partii rządzącej.

"Dziadek z Wehrmachtu"

16 października 2005 r., tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich, Jacek Kurski, szef kampanii telewizyjnej kandydata PiS Lecha Kaczyńskiego, stwierdził: "poważne źródła na Pomorzu mówią, że dziadek Donalda Tuska zgłosił się na ochotnika do Wehrmachtu". Za tę wypowiedź dla "Angory" Kurski został wykluczony ze sztabu a nawet z PiS, ale "dziadek z Wehrmachtu" odegrał swoją rolę w kampanii, podobnie jak sączone twierdzenia, że Tusk jest "proniemiecki", że w jego domu mówiło się po niemiecku itp.

"Siły Komunistycznej Partii Polski"

W marcu 2006 r., czyli już po przejęciu władzy, szef PiS, Jarosław Kaczyński stwierdził w Radiu Maryja:

"Nasza diagnoza została potwierdzona: mamy do czynienia z szybko budowanym sojuszem sił lewicowych, znów siły wywodzące się z Komunistycznej Partii Polski, bo takie reprezentuje pani Łuczywo [Helena, ówczesna wicenaczelna "Gazety Wyborczej"], są na pierwszej linii.

To one znów dyrygują, tym razem PO".

Lustracja a la PiS

W 2007 r. weszła w życie ustawa lustracyjna (z 18 października 2006 r.). Lustracja objęła nowe grupy zawodowe, m.in. wszystkich naukowców i dziennikarzy, samorządowców, dyrektorów szkół. Dodatkowo ustawa wprowadzała pojęcie OZI (osobowe źródło informacji), w którym zrównywano świadomych współpracowników z rozpracowywanym przez bezpiekę źródłem.

Usunięcie OZI przeforsował prezydent Lech Kaczyński (nowelizacja z lutego 2007 r.), a rezygnację z lustracji niektórych grup i zawodów nakazał Trybunał Konstytucyjny, który w maju 2007 uznał część przepisów ustawy za niekonstytucyjne.

W 2015 r. Krzysztof Czabański, poseł PiS, do niedawna sekretarz w ministerstwie kultury, dziś przewodniczący Rady Mediów Narodowych zapowiedział sprawdzenie wszystkich dziennikarzy mediów publicznych:

"dla ludzi, którzy mają korzenie nie do zaakceptowania w mediach publicznych, a więc współpracę ze służbami specjalnymi państwa totalitarnego, albo pomylili zawód dziennikarza z pracą politycznego agitatora, nie powinno być miejsca w mediach publicznych".

Przykład idzie z góry

Tradycjom lustracyjnym prawicowych formacji stało się zadość od razu po przejęciu władzy w 2015 r.

W lutym 2016 r. wicepremier i minister nauki, Jarosław Gowin, odkrywał pochodzenie uczestników marszu KOD. Zauważył "historyczny związek" między protestującymi, a środowiskiem komunistycznym i

sprecyzował, że chodziło mu o dziadka lidera KOD, Mateusza Kijowskiego: "był związany z komunistycznym aparatem represji".

Zaprotestowali naukowcy, których apel minister w pierwszej chwili zlekceważył. W końcu jednak przeprosił.

Wypowiedź Gowina była komentarzem do słów Jarosława Kaczyńskiego, który odbierając nagrodę "Człowieka roku" tygodnika "Wprost" odniósł się do krytyki partii rządzącej:

"Jeśli zanalizować sposób ataku na nas, łatwo dostrzec czasy stalinizmu".

Przykład z góry podchwytują lokalni działacze PiS. W lipcu 2016 r. radny z Poznania ujawnił przeszłość prezydenta miasta, Jacka Jaśkowiaka.

Uznał, że Jaśkowiak nie ma prawa porównywać rządów PiS do PRL, bo sam działał w Związku Młodzieży Wiejskiej.

Co gorsza, "w tej komunistycznej młodzieżówce pan prezydent nie był szeregowym członkiem, ponieważ taka przypadkowa osoba nie zostawała członkiem komisji rewizyjnej przy Wojewódzkim Zarządzie ZMW".

Udostępnij:

Magdalena Chrzczonowicz

Wicenaczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (ostatnio prawach uchodźców i uchodźczyń), prawach reprodukcyjnych, Kościele katolickim i polityce.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne