0:000:00

0:00

Prawa autorskie: fot. AHMAD GHARABLI / AFP)fot. AHMAD GHARABLI ...

Prawicowa siła zdobywa większość w parlamencie, chce sobie zapewnić kontrolę nad sądownictwem. Niedługo po wyborach bierze się za zmiany, które pod pretekstem reformy, mają podporządkować wymiar sprawiedliwości rządzącym. Prawdziwy cel jest zupełnie jasny – usunięcie trójpodziału władzy i ułatwienie sobie rządów według własnej wizji, w wielu punktach sprzecznej z demokracją.

Brzmi znajomo? Nie chodzi ani o Polskę i Węgry. Z tym scenariuszem zmaga się obecnie Izrael.

Zacznijmy od tego, co doprowadziło do dzisiejszych protestów.

Piąte wybory

Izrael ma za sobą wyborczy maraton. W niecałe cztery lata Izraelczycy wybierali swój parlament aż pięć razy. Za każdym razem koalicje były kruche i rozpadały się szybko, tylko raz skończyło się tak, że premierem był ktoś inny niż Benjamin Netanjahu. Próg wyborczy w Izraelu jest stosunkowo niski (3,25 proc.), a scena polityczna rozczłonkowana. Poza tradycyjnymi partiami na osi lewica-prawica, ważną częścią systemu są też partie i koalicje religijne i arabskie.

W ostatnich wyborach trzy partie żydowskich ortodoksów zdobyły łącznie 33 miejsca w Knesecie ze 120. To łącznie więcej niż zwycięska partia Netanjahu, Likud (32 miejsca).

Efektem zmęczenia części wyborców powtarzającym się procesem wyborczym, rozczłonkowania sceny politycznej i ciągłego skręcania na prawo jest najbardziej prawicowy rząd w 75-letniej historii Izraela.

Wśród sześciu partii tworzących koalicję mamy Likud, trzy partie religijne i dwie skrajnie prawicowe, otwarcie antyarabskie.

Ten układ daje premierowi stabilną większość. Netanjahu mógł mieć nadzieję, że wreszcie będzie mógł urządzić sądownictwo po swojemu.

Przewrót sądowy

System prawny i system sprawiedliwości jest w Izraelu zorganizowany inaczej niż w Polsce. Przede wszystkim – nie ma konstytucji. Parlament od 1950 roku uchwala ustawy zasadnicze, które wspólnie mają tę samą rangę, co nasza konstytucja.

Niedługo po objęciu rządów, nowy minister sprawiedliwości Jariw Lewin opublikował - najpewniej szykowane od dawna - ustawy sądowe. I zabrał się do procedowania ich przez Kneset.

Ustawy zakładają między innymi:

  • zmianę procedury nominacji sędziowskich, która de facto daje rządzącym prawo do powoływania wszystkich sędziów;
  • umożliwienie zmiany każdego orzeczenia sądu zwykłą większością w Knesecie;
  • usunięcie możliwości sądowej kontroli ustaw zasadniczych.
  • Ponadto sądowa kontrola zwykłych ustaw mogłaby się odbywać tylko w pełnym składzie Sądu Najwyższego, większością 4/5 głosów.

Izraelscy obrońcy praw człowieka ostrzegają, że zmiany mogą też doprowadzić do wykluczenia partii arabskich z wyborów do Knesetu. Obecnie są w nim dwie partie arabskie, które reprezentuje łącznie dziesięciu parlamentarzystów.

Szczegółowo o planowanych zmianach przeczytać można w OKO.press w tekście Eliego Salzbergera.

Rządy absolutne

Tutaj zacytujmy tylko fragment, w którym Salzberger tłumaczy, do czego zmierzają proponowane zmiany:

„Polegają w istocie na pozbawieniu niezależności sądownictwa i radców prawnych rządu, a także na de facto pozbawieniu Sądu Najwyższego kontroli działań rządu i parlamentu.

Autorzy tych zmian przekonują, że uregulowania wszystkich tych obszarów - nominacji sędziowskich, kontroli sądowej, kontroli administracyjnej, uprawnienia Prokuratora Generalnego - były do tej pory swoiste dla Izraela.

Może być w tym i ziarno prawdy. Ale w tej opowieści jednocześnie ignorowane są mechanizmy »kontroli i równowagi«, które istnieją w innych państwach: struktura federalna, konstrukcja parlamentu i system wyborczy, kontrola przez sądy ponadnarodowe, takie jak Europejski Trybunał Praw Człowieka i tak dalej. Jeśli planowane zmiany wejdą w życie, ustrój Izraela faktycznie stanie się wyjątkowy, ale w negatywnym sensie tego słowa.

Władza wykonawcza i ustawodawcza będą sprawowały rządy absolutne, przy zwykłej większości w parlamencie, bez niezależnej kontroli sądowej”.

Przeczytaj także:

Tłumy rosną

Nic dziwnego, że te propozycje budzą sprzeciw ogromnej części izraelskiego społeczeństwa. Minister Lewin ogłosił swoje reformy 4 stycznia, 7 stycznia odbył się pierwszy masowy protest. Wówczas w Tel Awiwie zebrało się około 20 tys. osób, w Hajfie – około 200. Następnie w każdą kolejną sobotę tłumy rosły.

W sobotę 25 marca według organizatorów w demonstracjach w całym kraju wzięło udział 630 tys. osób.

Tego samego dnia o zatrzymanie reformy publicznie zaapelował Joaw Gallant, minister obrony, były wojskowy, członek Likudu.

„Rosnący podział społeczny wszedł do armii i służb bezpieczeństwa. To jasne i namacalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Izraela” – powiedział. I podkreślił, że podziela wartości Likudu, ale stoi na stanowisku, że tak ważne zmiany należy wprowadzać w dialogu ze społeczeństwem, a nie wbrew jemu. Dwójka posłów Likudu wyraziła poparcie dla Gallanta w mediach społecznościowych.

Jeszcze tego samego dnia premier Netanjahu odwołał ministra obrony ze stanowiska.

W odpowiedzi na zwolnienie ministra, w niedzielę zorganizowano kolejne protesty, co dotychczas nie było regułą.

Histadrut zapowiada strajk generalny

Również w niedzielę strajk generalny zapowiedziały wszystkie uczelnie (z wyjątkiem Uniwersytetu Ariel na Zachodnim Brzegu).

W poniedziałek do tej deklaracji dołączyli robotnicy. Również dzisiaj strajk generalny zapowiedział Arnon Bar-Dawid, szef największej izraelskiej centrali związkowej Histadrut. Organizacja ma długą historię, dłuższą niż niepodległe państwo żydowskie na Bliskim Wschodzie - została założona za czasów mandatu brytyjskiego w Palestynie, w 1920 roku.

O doniosłości dzisiejszej decyzji najlepiej mówi właśnie fakt historyczny: po 1948 roku, po proklamowaniu państwa, Histadrut nigdy nie prowadził strajku generalnego, ostatni miał miejsce za panowania Brytyjczyków.

W wyniku strajku wstrzymane zostały loty na największe izraelskie lotnisko imienia pierwszego premiera kraju Dawida Ben Guriona. Organizacje pracodawców zobowiązały się do wypłaty wynagrodzenia za czas strajku. To przykład solidarności, który nie pozwala się protestom zatrzymać.

Dzisiejszy strajk generalny pokazuje, że protest w Izraelu ma znacznie większą skalę niż poszczególne protesty po zmianach w sądownictwie wprowadzanych przez PiS. W Polsce nigdy nie było o nim mowy. Po prawie trzech miesiącach istnienia ruchu protestu w Izraelu można z dużą pewnością powiedzieć, że są one silniejsze niż w Polsce czy na Węgrzech. To nie tylko strajki generalne, ale też choćby ich skala, sposób organizacji.

Wszyscy komentatorzy zgodnie nazywają protesty bezprecedensowymi i mówią o historycznym momencie.

Opór ze środka

Przeciwko reformie w poniedziałek 27 marca wypowiedział się prezydent Izraela, Izaak Hercog.

„W imię jedności, w imię odpowiedzialności, apeluję, by natychmiast zatrzymać proces legislacyjny. Zwracam się do wszystkich liderów partyjnych w Knesecie, do koalicji i do opozycji: postawcie obywateli ponad wszystkim i zachowajcie się odpowiedzialnie i odważnie” - napisał Hercog na Twitterze.

Pozycja prezydenta jest jednak w izraelskim systemie zupełnie inna niż w Polsce, ma znacznie mniej uprawnień. Nie ma legalnej możliwości zatrzymania reformy, jest zobowiązany, by każdą ustawę podpisać.

Ale to nie jedyny wyraz oporu ze środka systemu. W związku z decyzją centrali związkowej, do strajku przyłączyli się także pracownicy dyplomacji. Poparcie dla protestów wyraził ambasador Izraela w Gwatemali. Do dymisji podał się konsul generalny Izraela w Nowym Jorku Asaf Zamir. Twierdzi, że nie może dalej popierać tego rządu.

Premier w rozkroku

Chociaż partie koalicji mają spokojną większość, sytuacja Netanjahu wcale nie jest taka łatwa. Podczas dzisiejszego posiedzenia Knesetu rząd przetrwał dwa głosowania nad wotum nieufności. Pierwsze w stosunku 59 do 53 głosów, drugie – 60 do 51. Ale rząd wisi obecnie na założeniu, że reforma sądownictwa idzie do przodu.

Szef skrajnie nacjonalistycznej Żydowskiej Siły (6 miejsc w Knesecie) i minister bezpieczeństwa wewnętrznego Itamar Ben Gwir zapowiedział już, że jeśli reformy zostaną powstrzymane, złoży dymisję z rządu.

Rano z koalicji wypływały plotki, że Netanjahu zdecydował się zatrzymać reformę. Po południu napisał na Twitterze jedynie, że apeluje, by powstrzymać się od przemocy podczas protestów.

Niedługo później okazało się, że póki co zamiast wycofania się, będzie demonstracja siły. W ciągu dnia Likud uruchomił swoje kanały na Telegramie i WhatsAppie, gdzie rozsyłano zaproszenie na demonstrację w Jerozolimie o godzinie 18. Minister Finansów, skrajnie prawicowy polityk Becalel Smotrich zapowiedział, że pojawi się na zwołanej dziś demonstracji poparcia dla rządu.

Dziesiątki tysięcy w Jerozolimie

Jednocześnie, cały czas w Tel Awiwie zbierają się dziesiątki tysięcy ludzi, spore tłumy przeciwników reformy demonstrują także w Jerozolimie, między innymi pod Knesetem. Według policji zebrało się tam nawet 80 tys. osób. Na wiecu przemawiał między innymi lider opozycji Jair Lapid.

View post on Twitter

Premier Izraela z pewnością nie spodziewał się aż takich trudności. Teraz z jednej strony ma przeciwko sobie bezprecedensowy w historii Izraela protest, który nie zamierza się zatrzymać i solidarnie łączy różne grupy społeczne. Z drugiej strony jest skrajna prawica, która grozi zerwaniem koalicji.

Około godziny 15 izraelski serwis ynet pisał, że premier podjął już decyzję i poinformował Amerykanów, że zamierza zawiesić reformę. Ale na razie nie poinformował o tym Izraelczyków.

Po godzinie 18 czasu izraelskiego Itamar Ben Gwir ogłosił, że premier ma poparcie jego partii dla zawieszenia reform i przegłosowania ich latem. W zamian zażądał możliwości założenia "gwardii narodowej" przy jego Ministerstwie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Autor biografii Benjamina Netanjahu i dziennikarz dziennika "Ha-arec" Anszel Pfeffer uważa, że jest to pusta obietnica, bo Ben Gwir nie ma ludzi, którymi mógłby tę gwardię obsadzić.

Najważniejszym wnioskiem jest jednak to, że Netanjahu ma większość parlamentarną dla kontynuowania reform, a zawieszenie wygląda na pusty gest, by chwilowo uspokoić nastroje.

Uspokojenie nastrojów będzie trudne, a protesty najpewniej będą kontynuowane. Bez względu na ostateczne rozwiązanie zmian w sądownictwie, wynikiem zamieszania będzie też wzrost siły skrajnej prawicy. Rasistowscy politycy tacy jak Ben Gwir czy Smotrich nie będą chcieli się cofnąć, a są dziś silni jak nigdy.

;

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze