Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. ATTA KENARE / AFP)Fot. ATTA KENARE / A...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Pierwszy tydzień wojny dobiega końca i nie widać oznak spowolnienia. Minionej nocy na Iran spadła najcięższa do tej pory fala bombardowań. Donald Trump sprzeciwił się ewentualnej sukcesji Modżtaby Chameneiego i stwierdził, że chciałby mieć wpływ na wybór nowego przywódcy Iranu. Izraelskie wojsko twierdzi, że osiągnęło „niemal całkowitą przewagę w powietrzu”, przeprowadzając około 2500 ataków i niszcząc 80 procent irańskich systemów obrony powietrznej.Teheran odrzuca możliwość negocjacji i deklaruje gotowość na ewentualną interwencję lądową USA. „Czekamy na was” – oświadczył irański MSZ.

Oficjalna liczba ofiar w Iranie wzrosła do 1332. Izraelskie ataki w Libanie zabiły co najmniej 120 osób, a Hezbollah wzmacnia pozycje na południu kraju. Według szacunków pierwsze 100 godzin wojny kosztowało Stany Zjednoczone ok. 3,7 mld dolarów. Rośnie także napięcie między Iranem a Azerbejdżanem, który postawił swoją armię w stan gotowości.

Iran. Bombardowania nie ustają

Za mieszkańcami wielu irańskich miast najcięższa noc od początku wojny. Amerykańskie dowództwo potwierdziło użycie ciężkich bombowców B-1. Naloty objęły większość dużych miast kraju. Wybuchy odnotowano m.in. w Isfahanie, Szirazie, Buszehrze, Kermanszahu, kurdyjskim Mahabadzie, azerskim Tabrizie, a nawet w odległym, położonym w północno-wschodniej części kraju Maszhadzie. Najcięższe ataki nadal koncentrują się jednak na Teheranie i całej metropolii.

Liczba ofiar po stronie irańskiej przekroczyła już 1300 osób. Irańska infosfera przepełniona jest nagraniami pokazującymi płonące ulice i zawalone budynki. W kilku dzielnicach stolicy brakuje wody, prądu i gazu. Nie działają również telefony, a wielu mieszkańców nie może skontaktować się z rodzinami. Blokowane są sygnały ze Starlinka, a poziom łączności internetowej w kraju ma wynosić zaledwie około 1 procenta. Wciąż jednak części użytkowników udaje się połączyć z siecią, mimo stale drożejących opłat za VPN, dzięki czemu infosfera pełna jest nagrań, przedstawiających zrujnowane ulice Teheranu.

Większość informacji napływających z głębi kraju pochodzi obecnie od agencji prasowych kontrolowanych przez irański rząd. Jej funkcjonariusze mają do dyspozycji tzw. „białe SIM karty”, pozbawione rządowych blokad. W Teheranie dziennikarz studenckiej agencji informacyjnej podczas transmisji na żywo sprzed zrujnowanego budynku zaczął nagle uciekać – na okolice spadły właśnie kolejne pociski.

„Atakują budynki cywilne, są bez honoru” – krzyczy na nagraniu.

Reformistyczna gazeta Szarq opublikowała listę budynków mieszkalnych, szkół i szpitali, które ucierpiały w wyniku amerykańsko-izraelskich ataków. Z kolei opozycyjna, nadająca z Londynu stacja Iran International twierdzi, że w części ewakuowanych szkół mają zbierać się członkowie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC).

Poza tym w Iranie funkcjonują też nieliczni dziennikarze zagraniczni: zaproszony przez irański rząd korespondent CNN i katarskiej Al Dżaziry, która jako jedna z nielicznych dużych stacji medialnych ma w Teheranie swoją stałą siedzibę.

Przeczytaj także:

Atak i kontratak

Wojna zaczyna coraz wyraźniej rozlewać się nowe kraje. Po irańskim ataku dronowym na brytyjskie bazy na Cyprze oraz na amerykańską bazę w Incirlik w Turcji pojawiły się obawy o możliwą eskalację konfliktu i włączenie się do wojny państw NATO. Według agencji Reutera jest to jednak mało prawdopodobne. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte zaprzeczył, by prowadzono rozmowy o uruchomieniu artykułu 5.

Rośnie natomiast napięcie między Iranem a jego północnym sąsiadem – Azerbejdżanem. Po irańskim ataku dronowym na lotnisko w azerskiej enklawie Nachiczewan, Azerbejdżan zamknął swoją lądową granicę z Iranem i zamknął południową część swojej przestrzeni powietrznej. Prezydent Ilham Alijew potępił „akt terroru” i zażądał od Teheranu wyjaśnień oraz przeprosin. W piątek Baku ewakuowało także swoich dyplomatów z placówki w Teheranie.

Ryzyko eskalacji wywołało również spekulacje o możliwości wzniecenia powstania wśród irańskich Azerów. To jednak mało realny scenariusz.

Azerowie są największą mniejszością etniczną w Iranie i w większości uważają się za część wieloetnicznego narodu irańskiego. Podobnie jak władze w Teheranie wyznają też islam szyicki. Zresztą zabity niedawno Ali Chamenei sam był z pochodzenia Azerem.

Nie można jednak wykluczyć, że Azerbejdżan – bliski sojusznik nie tylko Ankary, ale też Izraela – odpowie na irański atak lub przynajmniej umożliwi przeprowadzanie nalotów ze swojego terytorium.

Nie ustają także irańskie ataki odwetowe wymierzone w Izrael oraz współpracujące z USA państwa Zatoki Perskiej. W ciągu ostatniej doby Iran przeprowadził uderzenia na Arabię Saudyjską (gdzie w bazie lotniczej Prince Sultan przechwycono trzy rakiety), Kuwejt, Katar (gdzie zestrzelono 13 rakiet), Bahrajn oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Większość irańskich pocisków jest jednak przechwytywana przez systemy obrony powietrznej tych państw.

Irański MSZ: nie obawiamy się ataku lądowego. Czekamy na was.

Do wspomnianych ataków odniósł się irański minister spraw zagranicznych Abbas Araqczi. W piętnastominutowym wywiadzie dla amerykańskiej stacji NBC zaprzeczył, by Iran celowo atakował obiekty cywilne.

„Naszym celem w regionie Zatoki Perskiej są amerykańskie bazy wojskowe. Nie atakujemy naszych muzułmańskich sąsiadów i nie chcemy z nimi wojny” – powiedział. Dodał też, że Stany Zjednoczone liczyły na szybkie zwycięstwo i zmianę reżimu w Teheranie, ale – jego zdaniem – plan ten się nie powiódł. „Jak widać, nasz system wciąż działa. Wkrótce wybierzemy nowego najwyższego przywódcę” – stwierdził.

Zapytany, kto może zastąpić zabitego w zeszłotygodniowym nalocie Alego Chameneiego, Araqczi odmówił podania szczegółów. „Krąży wiele plotek, ale nikt nie wie jeszcze, kto ostatecznie zostanie wybrany” – powiedział. Stanowczo odrzucił również pomysł Donalda Trumpa, wedle którego amerykański prezydent miałby mieć wpływ na wybór nowego przywódcy Iranu.

Tego samego dnia deputowany Mohsen Zanganeh poinformował, że w wyścigu o stanowisko pozostaje dwóch kandydatów, którzy jednak – jak stwierdził – „niechętnie przyjmują tę rolę”. Nowy przywódca ma zostać wskazany przez Zgromadzenie Ekspertów najpóźniej do 8 marca.

Araqczi wykluczył także możliwość negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi i zapowiedział, że Iran nie zamierza zawiesić broni. Zapewnił również, że po ostatniej dwunastodniowej wojnie Teheran odbudował swój arsenał balistyczny i jest gotowy do dalszych działań.

Na pytanie o możliwość amerykańskiej inwazji lądowej odpowiedział lakonicznie: „Czekamy na nich”. Dodał, że taki scenariusz byłby dla Stanów Zjednoczonych „wielką katastrofą”.

Kurdowie

W sąsiednim Iraku doszło do ataku dronowego, którego celem było kurdyjskie pole naftowe w prowincji Dahuk. Nie ma informacji o rannych ani ofiarach śmiertelnych. Niewykluczone, że za atakiem stoi wspierana przez Teheran szyicka milicja Ashab al-Kahf.

Irańska telewizja państwowa Press TV poinformowała w czwartek rano, że Teheran atakuje „antyirańskie siły separatystyczne”, odnosząc się do grup kurdyjskich stacjonujących w górzystych, trudno dostępnych rejonach w pobliżu granicy iracko-irańskiej. Z kolei agencja informacyjna ISNA podała, że Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej prowadzi ataki rakietowe na obiekty w irackim Kurdystanie.

Równolegle trwają próby przekonania irackich i irańskich Kurdów do opowiedzenia się przeciwko Teheranowi, jednak liczący się kurdyjscy politycy nie wyrażają na to zgody.

Wiadomo już, że Donald Trump postawił władzom kurdyjskim w Iraku ultimatum: albo opowiedzą się po stronie Stanów Zjednoczonych, albo Iranu.

Rząd Regionalny Kurdystanu, zarządzający półautonomicznym regionem na północy Iraku, oświadczył w mediach społecznościowych, że nie jest częścią „żadnej kampanii mającej na celu rozszerzenie wojny i napięć w regionie”. Podobne stanowisko zajęła Shanaz Ibrahim Ahmed, pierwsza dama Iraku, która jest Kurdyjką. W wydanym oświadczeniu podkreśliła, że Kurdowie w Iraku „w końcu osiągnęli pewien poziom stabilizacji i godności życiowej” i nie godzą się na „traktowanie ich jak pionków przez światowe supermocarstwa”.

„Zostawcie Kurdów w spokoju. Nie jesteśmy płatnymi zabójcami” – napisała.

Kurdowie stanowią około 10 procent populacji Iranu i są skoncentrowani głównie na północnym zachodzie kraju, wzdłuż granicy z Irakiem i Turcją. Większość z nich nie podważa swoich związków z Iranem i nie domaga się secesji, ale nie ma też powodów, by wspierać rząd w Teheranie, który odmawia im autonomii.

Nie po raz pierwszy Kurdowie stają się elementem politycznego nacisku ze strony Stanów Zjednoczonych. W przeszłości Waszyngton deklarował im wsparcie militarne, by później pozostawić ich samych sobie — jak stało się to w Rożawie.

Nazywanie partii kurdyjskich „sojusznikami” Stanów Zjednoczonych lub Izraela jest dużym uproszczeniem. Ich powstanie, warunki działania i kontekst walki nie wynikają z priorytetów polityki USA. Jeśli decydują się na współpracę z Waszyngtonem, wynika to raczej ze zbieżności interesów oraz kalkulacji kosztów i korzyści.

Cel Iranu: przetrwać

Końca wojny nie widać. Donald Trump najwyraźniej liczył, że przewaga amerykańskiego lotnictwa utoruje drogę do szybkiego zwycięstwa – że spośród huku bomb Irańczycy wzniecą powstanie i obalą władzę. Być może taki scenariusz miał jeszcze pewien sens w styczniu. Dziś wydaje się znacznie mniej prawdopodobny.

Teheran nie walczy o zwycięstwo w konwencjonalnym sensie. Walczy po prostu o przetrwanie swojego systemu.

Iran dobrze rozumie swoje ograniczenia. Terytorium kontynentalne Stanów Zjednoczonych pozostaje poza jego zasięgiem, ale amerykańskie bazy w regionie – zwłaszcza w sąsiednich krajach arabskich – już nie. Również Izrael znajduje się w zasięgu irańskich rakiet i dronów, a ostatnie wymiany ognia pokazały, że jego systemy obrony powietrznej można przebić. Każdy pocisk, który sięgnie Tel Awiwu ma przede wszystkim znaczenie psychologiczne. Ataki rakietowe i dronowe wymierzone w państwa takie jak Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt czy Arabia Saudyjska zdają się mieć jeden cel: zasygnalizować, że goszczenie wojsk amerykańskich niesie ze sobą realne ryzyko.

Teheran liczy na to, że rządy tych państw będą naciskać na Waszyngton, aby ograniczył lub wstrzymał działania wojskowe.

Jak ujął to minister spraw zagranicznych Abbas Araqczi: „W tej wojnie nie ma zwycięzcy. Naszym zwycięstwem jest zdolność przeciwstawienia się nielegalnym celom — i to właśnie do tej pory nam się udało”.

W tej wojnie Republika Islamska nie potrzebuje triumfu. Musi po prostu wytrwać. Mimo tego groźba interwencji lądowej już zawisła w powietrzu.

;
Maciej Augustyn

Kulturoznawca i student iranistyki. Miłośnik autostopu i wszystkiego co na wschód od Polski. Wolontariusz i powsinoga z potrzeby serca.

Komentarze