Otwarcie Cieśniny Ormuz dla żeglugi oznaczać będzie długotrwałe polowanie na irańskie lądowe wyrzutnie rakiet, systemy bezzałogowe oraz środki rozpoznawcze i stanowiska dowodzenia. Nie jest wykluczone, że niezbędne będą także rajdy lądowe wojsk specjalnych
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyNajwiększym obecnie wyzwaniem jest sprawa Cieśniny Ormuz, a więc kluczowego szlaku transportowego umożliwiającego eksport ropy naftowej i gazu ziemnego. W odpowiedzi na atak Iran zamknął cieśninę dla żeglugi – co wywołało spodziewany efekt. Ruch cywilny ustał, gdyż żadna jednostka handlowa nie będzie wchodzić na niebezpieczny akwen.
Reakcją Amerykanów była zapowiedź, że rząd amerykański zapewni dogodne warunki ubezpieczenia dla jednostek handlowych, a jeśli będzie to konieczne, amerykańska flota zapewni zbrojną eskortę. To z kolei oznacza kolejne wyzwania.
Cieśnina Ormuz jest bowiem wąska – jej szerokość od 97 do 39 kilometrów, a możliwości przejścia dużych statków są jeszcze bardziej ograniczone. Oprócz samego wybrzeża pod kontrolą Iranu znajdują się także wyspy, choćby Abu Musa czy Keszm.
Z lądu możliwe jest wystrzeliwanie pocisków rakietowych czy dronów oraz ostrzał artyleryjski. Na morzu możliwe są ataki zarówno załogowych okrętów nawodnych, jak również bezzałogowych pojazdów nawodnych, szczęścia próbować mogą także okręty podwodne. Na koniec pozostaje zagrożenie minowe.
Możliwości użycia tych środków przez Iran są zróżnicowane.
Iran posiadał bowiem liczebnie dużą flotę nawodną – jest to, a raczej było, dwieście nawodnych jednostek bojowych, zarówno floty regularnej, jak i korpusu strażników rewolucji. Większość to jednostki niewielkie, kutry patrolowe i rakietowe. Typowym ich uzbrojeniem są kierowane pociski przeciwokrętowe lub nawet torpedy, ale ich obrona przeciwlotnicza jest symboliczna lub żadna.
Fregat i korwet było zaledwie czternaście, o różnym pochodzeniu i możliwościach bojowych. Ich obrona przeciwlotnicza również była słaba. Najnowocześniejsze uzbrojenie przeciwlotnicze – obecne na części jednostek, typu Jamaran oraz Szahid Soleimani, to pociski będące lokalną kopią starych amerykańskich rakiet SM-1.
Część spośród tych irańskich jednostek została już zniszczona atakami lotniczymi, a jeden okręt – fregata Dana – został zatopiony w pobliżu Sri Lanki przez amerykański okręt podwodny.
Duże irańskie jednostki nawodne są więc w obecnej sytuacji panowania USA i Izraela w powietrzu i słabej lub żadnej obrony przeciwlotniczej skazane na porażkę. Potencjalnie większe szanse mają jednostki mniejsze, Kutry rakietowe czy torpedowe, atakujące na niewielkim akwenie, wykorzystując szybkość – od dawna były poważnym zagrożeniem dla większych jednostek.
Jednak w warunkach panowania w powietrzu możliwości skutecznego działania lekkich nawodnych sił uderzeniowych są drastycznie ograniczone. Mimo swojej prędkości i małych rozmiarów mogą być wykryte przez samoloty i śmigłowce i skutecznie zwalczane. Dotyczy to także bezzałogowych pojazdów nawodnych.
Ponadto małe jednostki pływające nie mogą długo przebywać w morzu – a przebywając w portach, nawet niewielkich, mogą być tam narażone na zniszczenie.
Większym zagrożeniem jest w tej chwili flota podwodna, składająca się z jednego okrętu rosyjskiego typu Kilo (dwa pozostałe pozostawały w remoncie), jednego mniejszego typu Fateh oraz szesnastu miniaturowych okrętów podwodnych typu Nahang.
One potencjalnie stanowią największe zagrożenie dla żeglugi w Zatoce Perskiej i Cieśninie Ormuz, zwłaszcza jeśli będą użyte także do stawiania min.
Wreszcie, arsenał lądowy, w tym rakiety i drony, może stanowić istotne zagrożenie dla żeglugi i odnotowano już jeden atak bezzałogowego pojazdu nawodnego na statek handlowy. Aby jednak ich skutecznie używać, niezbędne są narzędzia do wykrywania i śledzenia celów – oraz same pociski.
Prawdopodobnie otwarcie Cieśniny Ormuz dla żeglugi oznaczać więc będzie długotrwałe polowanie na lądowe wyrzutnie rakiet, systemy bezzałogowe oraz środki rozpoznawcze i stanowiska dowodzenia. Nie jest przy tym wykluczone, że niezbędne będzie podjęcie także działań lądowych w postaci rajdów wojsk specjalnych, powietrznodesantowych czy piechoty morskiej.
To oznacza także rosnące prawdopodobieństwo strat w ludziach i sprzęcie. Tutaj jednak sytuacja jest o tyleż korzystna dla Amerykanów, że do osłony żeglugi potencjalnie można przekierować lądowe zasoby: jak samoloty A-10 czy śmigłowce AH-64. One mogą skutecznie zwalczać i cele lądowe, i nawodne, wspomagając lotnictwo morskie (w tym śmigłowce piechoty morskiej i marynarki).
Poważnym wyzwaniem będzie także neutralizacja zagrożenia minowego oraz zwalczanie okrętów podwodnych. Tutaj już będą wymagane specjalistyczne siły i środki. W tych obszarach występują deficyty.
Do zwalczani zanurzonych okrętów podwodnych mogą być użyte amerykańskie okręty podwodne oraz niszczyciele rakietowe typu Arleigh Burke, wspomagane przez samoloty P-8 i śmigłowce MH-60R. Tych zasobów jest dużo, aczkolwiek niszczyciele będą obciążone także innymi zadaniami, w tym obroną przeciwlotniczą i przeciwrakietową.
Dużo gorzej wygląda sytuacja w zakresie walki minowej. Miny mogą być stawiane względnie łatwo i szybko. Niszczycieli min flota amerykańska ma obecnie cztery – to ostatnie będące w służbie jednostki typu Avenger. Próba ich zastąpienia przez okręty „walki przybrzeżnej” typu LCS (Littoral Combat Ship) na razie jest w fazie wstępnej.
Pomocą może być użycie śmigłowców przeciwminowych MH-53. Oznacza to, że prawdopodobnie miny morskie mogą być największym wyzwaniem dla amerykańskiej floty w tym akwenie. Należy uznać za prawdopodobne, że irańskie siły zbrojne będą w stanie przeprowadzić skuteczne ataki na amerykańskie okręty, i będą to sukcesy taktyczne, utrudniające i spowalniające działania na morzu.
Ponadto nie ma pewności, że uda się bezproblemowo otworzyć cieśninę. Nawet pojedyncze udane ataki, zwłaszcza skutkujące zatopieniem lub uszkodzeniem jednostek handlowych, mogą okazać się polityczną i wizerunkową porażką, o skutkach ekologicznych i ekonomicznych nie mówiąc.
To może oznaczać, że najważniejsza bitwa tej wojny będzie toczyć się w Cieśninie Ormuz.
Po pierwszych dniach walk USA i Izraela z Iranem wyłania się już z mgły wojny obraz działań, które już przeprowadzono, jak również możliwych kierunków rozwoju sytuacji.
Obecna wojna jest kolejną odsłoną długiego i wielostronnego konfliktu. Z jednej strony to trwający od 1985 roku konflikt Izraela i Iranu. Była to jednak wojna toczona środkami pośrednimi i skrytymi: Iran wspomagał organizacje niepaństwowe jak Hezbollah w Libanie czy Huti w Jemenie. Z kolei Izrael uderzał właśnie w te organizacje, a w samym Iranie prowadzone były działania wywiadowcze – w tym zamachy na irańskich naukowców związanych z programem nuklearnym.
Te zmagania długo miały formę, którą nazywa się wojną hybrydową – mało tego, jeden z jej epizodów, mianowicie starcia Izraela z Hezbollahem w roku 2006 sprawił, że to pojęcie w ogóle weszło do dyskursu nauk o bezpieczeństwie.
Drugą osią jest konflikt pomiędzy Iranem a USA trwający od końca lat siedemdziesiątych. Wówczas po wzięciu zakładników przez Iran w ambasadzie USA w Teheranie doszło do nieudanej próby ich odbicia przez doraźnie utworzone zgrupowanie wojsk specjalnych USA. Porażka była dla Amerykanów tym bardziej upokarzająca, że siły specjalne nawet nie dotarły do Teheranu, pokonane przez burzę piaskową i trudności techniczne. A podczas odwrotu doszło do wypadku lotniczego, który kosztował życie ośmiu żołnierzy.
Zakładników uwolniono w drodze negocjacji, zaś relacje irańsko-amerykańskie pozostawały nieprzyjazne. Pod koniec lat osiemdziesiątych doszło do kolejnej operacji wojskowej. Siły amerykańskie: okręty, lotnictwo i komandosi, zostały wysłane do Zatoki Perskiej z zadaniem ochrony tankowców przewożących iracką ropę przed atakami irańskich sił morskich.
Irak i Iran toczyły wówczas wojnę, a jednym z ich epizodów była „Wojna tankowców”, czyli ataki na żeglugę handlową – z zamiarem ograniczenia możliwości korzystania przez druga stronę z dochodów z eksportu ropy.
Przez kolejne dekady relacje USA z Iranem pozostawały trudne, ale z wojskowego punktu widzenia – długo nie dochodziło do bezpośredniej konfrontacji. W czasie wojny w Iraku po 2003 roku aktywne były w tym państwie ugrupowania wspierane przez Iran, prowadzące działania zbrojne przeciwko wojskom amerykańskim. Później dochodziło do ataków wspieranych przez Iran sił na amerykańskich żołnierzy w Syrii.
Z kolei Amerykanie, zarówno w Iraku, jak i później w Syrii, dokonywali ataków przeciwko zbrojnym formacjom wspieranym przez Iran. Jednak do niedawna najpoważniejszym aktem zbrojnym było zabicie w roku 2020 generała Ghasema Solejmaniego, dowódcy sił specjalnych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej – przy pomocy pocisku z bezzałogowego samolotu. Do tego zdarzenia doszło w stolicy Iraku Bagdadzie.
To jednak nie oznaczało, że USA nie zakładały ewentualności zbrojnej konfrontacji bezpośrednio z Iranem, zwłaszcza mając na uwadze istniejące programy budowy rakiet balistycznych oraz ambicje budowy broni jądrowej.
Iran był jednym z państw określanych w języku waszyngtońskich elit jako państwo bandyckie (czy też jak opisał to George W. Bush – osi zła). To państwa, które prowadzą politykę sprzeczną z interesami amerykańskimi, są agresywne i oprócz potencjału konwencjonalnego posiadają lub zamierzają posiadać broń masowego rażenia.
Oprócz tradycyjnych i stale obecnych sił zbrojnych obszarze Zatoki Perskiej USA budowały zdolności do prowadzenia rozpoznania i wykrywania miejsc budowy takiej broni oraz śledzenia i niszczenia wyrzutni rakiet. Budowano systemy obrony przed rakietami balistycznymi oraz doskonalono zdolności wojsk specjalnych, zwłaszcza podporządkowanych tzw. Joint Special Operations Command, do prowadzenia akcji przeciw terrorystycznych i innych wyspecjalizowanych zadań kinetycznych. M.in. zwalczaniu proliferacji broni masowego rażenia, a same wojska specjalne przeszły głęboką ewolucję w zakresie zdolności bojowych.
Trzecim elementem układanki z wojskowego punktu widzenia, są także relacje szyickiego Iranu z państwami regionu, zwłaszcza z sunnickimi monarchiami naftowymi. Przez długi czas miały one wymiar wojny toczonej przez pośredników.
Przykładowo, we wrześniu roku 2019 doszło do ataku na rafinerie ropy naftowej w Arabii Saudyjskiej, do którego przyznali się jemeńscy Huti. Wykorzystano w nim uzbrojenie pochodzące z Iranu, w tym bezzałogowe statki powietrzne oraz pociski manewrujące – prawdopodobnie część odpalono z terytorium Iranu.
Do eskalacji bezpośredniej doszło po raz pierwszy w roku 2024. Najpierw Iran zaatakował Izrael z użyciem dronów oraz pocisków balistycznych, następnie miała miejsce izraelska riposta w postaci nalotów lotnictwa załogowego.
W roku 2025 doszło do konfliktu znanego jako wojna dwunastodniowa (13-14 czerwca). Izraelskie lotnictwo oraz grupy dywersyjne zaatakowały obiekty i osoby związane z programem nuklearnym, oraz cele wojskowe. Po raz pierwszy do walk włączyły się siły amerykańskie. 22 czerwca bombowce B-2, wspierane przez myśliwce F-22 i F-35, zrzuciły ciężkie, ważące po czternaście ton, bomby na irańskie instalacje jądrowe w Fodrow i Natanz, podczas gdy salwa pocisków Tomahawk, odpalonych z okrętu podwodnego US Navy, uderzyła w instalacje w Isfahan.
Te ataki okazały się preludium do obecnej wojny, którą Izrael określa jako operacja „Ryczący Lew”, zaś USA swoje działania opatrzyły kryptonimem „Epicka Furia”.
W pierwszych uderzeniach 28 lutego 2026 r. wzięły udział znaczne siły izraelskiego lotnictwa. Według oficjalnych komunikatów było to dwieście maszyn. Nawet jeśli nie wszystkie były samolotami bojowymi – to i tak jest to znacząca liczba, gdyż izraelskie lotnictwo posiada 316 samolotów bojowych oraz niewielką flotę maszyn wsparcia: zarówno tankowców, jak i samolotów rozpoznania i walki radioelektronicznej. W tym ataku zabito najwyższego przywódcę religijnego Iranu, ajatollaha Chameneiego. Na jego siedzibę odpalono trzydzieści pocisków rakietowych.
Ze strony amerykańskiej wykorzystano pełen wachlarz sił lotniczych. Jak podaje Dowództwo Centralne, a więc dowództwo operacyjne USA na Bliskim Wschodzie, używane są zarówno maszyny taktyczne A-10, F-16, F-15, F-22 – bazujące na lądowych lotniskach w regionie, jak również samoloty lotnictwa morskiego, w tym F-35, F/A-18 i EA-18G.
Potwierdzony jest także udział bombowców strategicznych B-1 i B-2, które swoje misje wykonywały z terytorium Stanów Zjednoczonych, wiadomo także że użyto samolotów B-52.
Ponadto do ostrzału celów w Iranie wykorzystano lądowe wyrzutnie HIMARS z pociskami PrSM (Precision Strike Missile) oraz drony uderzeniowe LUCAS (Low-cost Unmanned Combat Attack System) typu „kamikadze”. To amerykańskie klony irańskich Szahedów-136 i pełnią identyczną jak one rolę – taniego środka rażenia celów o znanym położeniu, niewymagającego zastosowania innych, bardziej zaawansowanych i droższych środków walki.
Ponadto w ciągu kolejnych dni wojny do działań – jak dotąd wyłącznie defensywnych, polegających na przechwytywaniu irańskich dronów, samolotów i pocisków włączały się siły zbrojne innych państw w tym Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Wielkiej Brytanii.
Z perspektywy taktycznej i technicznej widoczna w tych pierwszych dobach wojny jest supremacja sił lotniczych. To nie zaskakuje, zważywszy na dwa czynniki.
Po pierwsze, zarówno USA, jak i Izrael w swoich doktrynach wojskowych kładą duży nacisk na użycie lotnictwa. Stanem pożądanym jest nie tylko przewaga w powietrzu, ale też przewaga czy wręcz panowanie w kontroli przestrzeni powietrznej i używania lotnictwa – a więc sytuacja, gdy opór przeciwnika jest minimalny lub nieistniejący.
Z tego powodu oba państwa inwestowały i w sprzęt, i w wyszkolenie personelu. W przypadku Izraela ze wspomnianych 316 maszyn bojowych 45 to najnowsze F-35I.
Z kolei wśród starszych maszyn F-16 i F-15 wyróżnia się 97 F-16I (identyczne są na uzbrojeniu polskiego lotnictwa bojowego). Są to samoloty bojowe, których załoga składa się z dwóch osób: jednej odpowiedzialnej za pilotaż, drugiej za obsługę systemów uzbrojenia. Maszyny te posiadają dodatkowe przylegające do kadłuba zbiorniki paliwa oraz izraelskie systemy walki radioelektronicznej – są więc przeznaczone do wykonywania ataków na odległe od własnych baz cele, zwłaszcza silnie bronione.
Podobną rolę odgrywa 25 maszyn F-15I – czyli wzbogaconych w izraelskie wyposażenie i uzbrojenie wersji amerykańskich uderzeniowych samolotów F-15E Strike Eagle. Także starsze samoloty, jak F-16C/D oraz wcześniejsze wersje F-15 były poddawane modernizacji.
Ponadto cechą szczególną izraelskich maszyn jest duży wkład rodzimego przemysłu, w tym pocisków i bomb kierowanych. Potencjał lotnictwa amerykańskiego jest znacznie większy, zarówno w zakresie liczebności, jak i posiadanych środków (na przykład największej na świecie floty tankowców powietrznych).
Po drugie, nie ulega wątpliwości, że oba państwa aktywnie prowadziły działania wywiadowcze w celu zbudowania możliwie dużego i szczegółowego obrazu irańskich sił zbrojnych, systemu kierowania państwem, służb bezpieczeństwa wewnętrznego.
Wiadomo, że izraelski wywiad najwyraźniej uzyskał dostęp do kamer monitoringu ulicznego w Teheranie, co pomogło ustalić miejsce przebywania Chameneiego. Można przy tym podejrzewać, że służby izraelskie prawdopodobnie prowadziły także intensywne działania agenturalne – a o skali penetracji Iranu świadczą wspomniane wcześniejsze zamachy na naukowców oraz użycie licznych grup dywersyjnych podczas wojny dwunastodniowej.
Z kolei Amerykanie prawdopodobnie używali na dużą skalę samolotów i satelitów zwiadowczych, oprócz osobowych źródeł informacji.
Nie był także w stanie także odeprzeć ataków lotniczych. Potencjał lotnictwa irańskiego – zarówno sił powietrznych, jak i Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej – to według tegorocznego Military Balance około 229 samolotów myśliwskich i uderzeniowych różnych typów. Były wśród nich samoloty zakupione w USA za czasów szacha, jak F-14, F-4 czy F-5, maszyny pochodzenia rosyjskiego jak Su-24 i MiG-29, chińskie F-7M oraz samoloty, które pozyskano w nietypowy sposób – były to irackie samoloty, które zostały ewakuowane do Iranu podczas operacji Pustynna Burza i zostały przez irańskie wojsko zajęte.
W ten sposób Iran wszedł w posiadanie samolotów Mirage F1 czy Su-22M. Uzupełniają je maszyny szkolno-bojowe, w tym rosyjskie Jak-130 oraz szwajcarskie PC-7 oraz śmigłowce i samoloty transportowe – tu również występuje mieszanina sprzętu o różnym pochodzeniu.
Podobnie wygląda sytuacja w zakresie obrony przeciwlotniczej: tworzyły go różnego typu rakiety przeciwlotnicze i artyleria – od rosyjskich zestawów S-300 i Tor, poprzez amerykańskie MIM-23 Hawk, lokalnie produkowane rakiety aż po naramienne wyrzutnie małego zasięgu i armaty przeciwlotnicze.
Ten potencjał, reprezentujący poziom przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, mógłby być efektywny pod warunkiem utrzymania go w sprawności, stałej modernizacji (stary myśliwiec może być doposażony w nową elektronikę i uzbrojenie) oraz efektywnego dowodzenia i dobrego wyszkolenia personelu, zwłaszcza koordynacji działań obrony naziemnej i lotnictwa.
Wobec przewagi przeciwnika potencjalnie celem Iranu mogłoby być nie tyle odparcie samych ataków, ile podnoszenie kosztu ataku, poprzez zadawanie strat. W dodatku zasoby irańskie zostały nadszarpnięte już podczas poprzednich starć, utracono część tych sił.
Wiadomo, że Iran próbował używać swojego lotnictwa, o czym świadczą doniesienia o strąceniu przez katarskie myśliwce dwóch samolotów Su-24M, a 4 marca izraelskie lotnictwo zgłosiło strącenie szkolno-bojowego Jaka-130. Do tej pory jednak lotnictwo amerykańskie i izraelskie działa z ogromną swobodą a największe straty – to trzy F-15E omyłkowo zestrzelone przez kuwejcki myśliwiec F/A-18 Hornet, podczas odpierania nalotu irańskich dronów.
O ile z taktycznego i technicznego punktu widzenia ten konflikt jest jednostronny, to problematyczne jest inne, ważniejsze pytanie: jaki jest cel użycia tak znacznych sił, co ma przynieść wykorzystanie przewagi militarnej?
Według władz izraelskich celem operacji „Ryczący Lew” jest usunięcie egzystencjalnego zagrożenia dla Izraela, jakim jest reżim w Teheranie. Czyli ataki mają w jakiś sposób doprowadzić lub wesprzeć zmianę władzy w Iranie. Jest to trudne, samymi tylko atakami z powietrza – z zasady musi pojawić się jakaś grupa chętna i zdolna do przejęcia władzy, czy to spośród aktualnych elit, czy też z opozycji. Ponadto operacja wojskowa oznacza ryzyko, że wsparcie dla aktualnej władzy wzrośnie, przynajmniej tymczasowo.
Według komunikatu Białego Domu operacja ma cztery zasadnicze cele, ograniczone do osłabienia potencjału zbrojnego Iranu, nie zaś jego systemu politycznego:
Reasumując, Iran ma zostać wyeliminowany jako zagrożenie militarne dla USA i Izraela.
Kampania ataków lotniczych i rakietowych pozwala – pod warunkiem panowania w powietrzu oraz konsekwentnego niszczenia celów takich, jak bazy wojskowe, obiekty badawcze, zakłady przemysłowe oraz wspierającej jej infrastruktury, częściowo te cele osiągnąć.
Można bowiem ograniczać irański potencjał, niszcząc właśnie zakłady przemysłowe i ich zaplecze oraz wykryte magazyny rakiet i ich wyrzutnie. Można także zniszczyć obiekty związane z programem atomowym lub przynajmniej uszkodzić je tak, aby utrudnić ich odbudowę.
Celem może być także najcenniejszy personel.
Wyzwaniem jest jednak doprowadzenie do sytuacji, w której Iran nie będzie mógł tych zdolności odbudować – a nie da się nieustannie bombardować całego państwa.
To oznacza, że należałoby rozszerzyć działania zbrojne na cały potencjał gospodarczy państwa, aby na długie lata nie posiadało ono środków na zbrojenia, albo doprowadzić właśnie do zmiany władz – na takie, które będą prowadzić, przynajmniej w zakresie programu rakietowego i atomowego, politykę zgodną z żądaniami z Waszyngtonu.
Taki warunek musi być spełniony, aby można było mówić o osiągnięciu kolejnego celu – a więc zaprzestania wspierania przez Iran aktorów niepaństwowych, czyli m.in. Hezbollahu, Hamasu czy Hutich. O ile brak dostaw uzbrojenia z Iranu może ograniczyć skalę ich działań, to jednak nie sprawi, że przestaną być aktywne.
Pozostaje wreszcie cel czwarty, nierozerwalnie związany z blokadą żeglugi w Cieśninie Ormuz. To otwiera z kolei pytania o wojskowe opcje, jakie Iran wciąż ma do dyspozycji.
Pierwsza z nich została użyta już pierwszego dnia wojny. Jest to ostrzał celów w obszarze Zatoki Perskiej oraz poza nią. Irańskie pociski i drony były wystrzeliwane w kierunku Izraela, Kuwejtu, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Cypru.
Strącanie bezzałogowych samolotów pocisków jest zadaniem łatwym i już przećwiczonym w praktyce (choćby podczas wcześniejszych starć) przez izraelskie i amerykańskie lotnictwo.
Ponadto obserwowane jest wykorzystywanie niskokosztowych środków rażenia, a zwłaszcza pocisków APKWS (Advanced Precision Kill Weapon System) – czyli tanich rakiet kalibru 70 milimetrów z dodanym systemem naprowadzania.
Są tanie i myśliwiec może zabrać ich dużo – na przykład 14 czy 28, oprócz czterech do ośmiu (w zależności od typu samolotu) konwencjonalnych pocisków powietrze – powietrze, co ułatwia odpieranie nawet masowych nalotów.
Ponadto przechwytywanie nisko i powoli lecących bezzałogowców może zostać powierzone także śmigłowcom czy samolotom szturmowym A-10.
Poza tym drony może przechwytywać obrona naziemna pod warunkiem, że jest obecna. Iran może wciąż próbować zmasowanych ataków tanimi bezzałogowcami, mierząc w cele wojskowe, ale także gospodarcze, zwłaszcza porty czy magazyny paliw – w nadziei, że z roju dronów, pewna liczba się przedrze i osiągnie jakiś rezultat.
Większym wyzwaniem jest obrona przed pociskami balistycznymi.
Do ich zwalczania niezbędne są wyspecjalizowane pociski, takie jak Patriot czy stanowiące wyższe piętra obrony przeciwrakietowej zestawy Arrow 3 (izraelski) czy THAAD – Terminal High Altitude Area Defense (w posiadaniu USA czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich).
Oprócz trudności technicznych wyzwaniem jest masowość ataków. W skali taktycznej można liczyć, że jeśli wystrzelonych zostanie więcej pocisków, niż jest na wyrzutniach – obrona przeciwlotnicza nie zdąży załadować nowych rakiet (a typową praktyką jest odpalanie dwóch przeciwpocisków do jednej nadlatującej rakiety).
W skali strategicznej – masowość ataków może doprowadzić do wyczerpania zapasów drogich rakiet. W przypadku pocisków THAAD już podczas wojny dwunastodniowej Amerykanie zużyli około 150 pocisków – co było oceniane jako poważny uszczerbek dla ich arsenału. Według ośrodka CSIS – do grudnia 2025 roku dostawy dla sił zbrojnych USA wyniosły łącznie 534 pociski. Ponadto zdolność produkcyjna tych rakiet wynosiła 96 sztuk – i dopiero niedawno ogłoszono, że producent zwiększy ją do czterystu rocznie.
To oznacza, że może dojść do wyczerpania zasobów, a co gorsza – puste magazyny oznaczać będą, że w razie następnego konfliktu zdolności obronne będą ograniczone. Stąd też największą szansą dla Izraela i USA jest doprowadzenie do zmniejszenia liczby odpaleń pocisków balistycznych przez niszczenie samych wyrzutni, jak również zapasów rakiet oraz systemu dowodzenia.
Miernikiem będzie liczba odpaleń w ciągu najbliższych dni. Jeśli będzie faktycznie spadać, będzie to oznaczało, że udało się ograniczyć możliwość użycia tego uzbrojenia przez Iran. A także, że zagrożenie wyczerpania magazynów pocisków przechwytujących zostało przynajmniej tymczasowo zażegnane.
Inne opcje po stronie Iranu są bardziej niepokojące.
Potencjalnie możliwe jest wykorzystanie aktorów niepaństwowych, w tym grup terrorystycznych, do ataków odwetowych na cele amerykańskie i izraelskie – także poza Bliskim Wschodem.
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Komentarze