0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Wyborcza.plFot. Arkadiusz Wojta...

Prace domowe? Wąsko rozumiane, jako zadania do odrobienia zajmują nie aż tak wiele godzin, jak się o tym ostatnio mówi, ale niemal wszystkie dzieci muszą korzystać z pomocy rodziców, a w szkołach średnich dodatkowo z korepetycji. Nauczyciele i nauczycielki, a także rodzice chcieliby, żeby prac domowych było mniej, a tylko uczniowie i uczennice są entuzjastami, by z nich zrezygnować lub zadawać tylko dla chętnych. Zdecydowana większość nauczycielek i nauczycieli jest zdania, że to oni powinni decydować, co i jak zadawać. Młodzież jako jedyna docenia tu ministerstwo edukacji, którego plany postrzega jako szansę na zadań odpuszczenie.

Taki wyniki przynosi sonda o pracach domowych. ogłoszona na stronie SOS dla Edukacji (28 lutego – 6 marca 2024 r.) przez organizacje społeczne. Miała oddać głos nauczycielom i nauczycielkom (odpowiedziało 1435), rodzicom (2455) oraz samym uczniom i uczennicom (626) w sprawie, która tak bardzo ich dotyczy.

  • Centrum Edukacji Obywatelskiej;
  • Fundacja Szkoła z Klasą;
  • Fundacja Civis Polonus;
  • Przestrzeń dla Edukacji;
  • Kampania Wolna Szkoła;
  • Sieć organizacji społecznych SOS dla Edukacji

Szkoda, że tego typu badań nie przeprowadziło Ministerstwo Edukacji Narodowej przed ogłoszeniem swoich radykalnych, choć potem trochę złagodzonych propozycji. Przypomnijmy, że zgodnie z rozporządzeniem MEN:

  • w klasach I-III nie będzie można „zadawać pisemnych i praktycznych prac domowych”;
  • w klasach IV-VIII dopuszczone będą wyłącznie prace domowe, które „nie są obowiązkowe dla ucznia i nie ustala się z nich ocen”.

Zmiany w sposobie zadawania, czy raczej niezadawania prac domowych dla klas I-III wejdą w życie od kwietnia, a dla klas IV-VIII – od września 2024 roku.

Rozporządzenie stanowi uzupełnienie ogólnego paragrafu 12: Ocenianie bieżące z zajęć edukacyjnych ma na celu monitorowanie pracy ucznia oraz przekazywanie uczniowi informacji o jego osiągnięciach edukacyjnych pomagających w uczeniu się, poprzez wskazanie, co uczeń robi dobrze, co i jak wymaga poprawy oraz jak powinien dalej się uczyć.

Dołączono do niego dwa kluczowe zapisy:

1) w klasach I-III nauczyciel „nie zadaje uczniowi pisemnych i praktycznych prac domowych do wykonania w czasie wolnym od zajęć dydaktycznych”;

2) w klasach IV-VIII nauczyciel „może zadać uczniowi pisemną lub praktyczną pracę domową do wykonania w czasie wolnym od zajęć dydaktycznych, z tym że nie jest ona obowiązkowa dla ucznia i nie ustala się z niej oceny”.

Obywatelska sonda nie jest reprezentatywnym badaniem, ale jej wyniki wiele mówią. Potwierdzają, że problem prac domowych występuje, choć w nieco innej postaci niż myśleliśmy, a zarazem wskazują na krytyczny – choć z wyjątkami – stosunek do proponowanych przez MEN zmian.

Zacznijmy od oceny tych zmian.

Na zdjęciu głównym: Uczeń V klasy szkoły podstawowej nr 63 w Bydgoszczy podczas pisania sprawdzianu umiejętności Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz/Agencja Wyborcza.pl

Czy należy zlikwidować prace domowe?

Prace domowe, takie, jakie są, akceptuje (na wykresie – w kolorze różowym) tylko jedna trzecia nauczycielek* (34 proc.), jedna czwarta rodziców (28 proc.) i jedna ósma uczniów (12 proc.). Praktycznie nikt, nie licząc 5 proc. wyraźnie nad-ambitnych (aż ciemnoczerwonych...) rodziców, nie chce, by zadawano do domu więcej.

Rezygnacja z zadań (kolor ciemnozielony) znajduje śladowe poparcie nauczycielek (7 proc.) i małe rodziców (23 proc.). Znacznie częściej (43 proc.) są za tym uczniowie*, którzy w całej sondzie okazują się zrewoltowani prawie tak jak ministerstwo. Maciek z Włocławka, który zainspirował Donalda Tuska na wyborczym wiecu, nie jest, jak widać, wyjątkiem.

Przeczytaj także:

Wśród nauczycielek (57 proc.) i rodziców (44 proc.) dominują (jasnozielone) odpowiedzi „zmniejszyć, ale nie likwidować”, tego chciałoby także 41 proc. młodych.

Interesujące jest tu zróżnicowanie odpowiedzi uczniów i uczennic w zależności od etapu edukacji:

  • w podstawówce odpowiedź „zrezygnować” (52 proc.) przeważa nad „ograniczyć” (38 proc.);
  • w szkołach ponadpodstawowych odwrotnie: „ograniczyć” (45 proc.) jest częstsze niż „zrezygnować” (35 proc.).

Podobną tendencję widać w odpowiedziach rodziców, które podzieliliśmy według klasy, do której chodzą ich dzieci. Wraz z wiekiem (dzieci) rośnie przekonanie rodziców, że potrzebne jest ograniczenie prac domowych. Ograniczenie, ale nie rezygnacja.

W podstawówce stosunkowo mniejszy problem z nadmiarem prac domowych widać w klasach I-III (edukacja wczesnoszkolna) – potrzebę zmian widzi tu 60 proc. rodziców (40 proc. „ograniczyć” + 20 proc. „zrezygnować”), mniej niż w klasach IV-VI (67 proc., 42 proc. + 25 proc.) i zwłaszcza w klasach VII-VIII (74 proc., 48 proc. + 26 proc.).

Program nauczania dwóch ostatnich lat przedłużonej podstawówki po (nieszczęsnej) likwidacji gimnazjów, został szczególnie „napakowany” i dlatego nauczyciele zadają więcej. Dochodzi do tego stres egzaminu ósmoklasisty. Stąd może większa chęć rodziców, by coś zmienić. Podobny (72 proc.) jest wynik w szkołach ponadpodstawowych, ale proporcje się zmieniają na korzyść „ograniczyć” (52 proc.), a nie „zrezygnować” – już tylko 20 proc.

Ministra Barbara Nowacka często odwołuje się do przykładów małych dzieci przeciążonych budowaniem karmników, ale sonda wskazywałaby, że choć chęć zmiany jest tu spora, to mniejsza niż w starszych klasach, a akceptacja status quo większa. Przynajmniej tak odpowiadają ich rodzice.

Czy prace domowe w ogóle są potrzebne? Tak, chyba że...

W narracji ministerek edukacji, a także Donalda Tuska, pobrzmiewały tony, że prace domowe, zwłaszcza w młodszych klasach właściwie nic nie dają, a tylko zabierają dzieciństwo. Stąd kategoryczne pytanie:

Jak widać, nauczycielki nie wyobrażają sobie nauczania bez prac domowych (83 proc. mówi, że są potrzebne, tylko 13 proc., że niekoniecznie). Rodzice są za w 64 proc., a w 30 proc. mają wątpliwości.

Za to aż połowa uczniów (50 proc.) twierdzi, że prace domowe sensu nie mają, a tylko 37 proc. uznaje, że jednak, owszem, są potrzebne, zwłaszcza gdyby je zminimalizować.

W sporze o rozporządzenie o pracach domowych powtarzał się argument (m.in. w OKO.press), że lepszą strategią uregulowania problemu byłoby wydanie wytycznych (a nie rozporządzenia) o tym, co i jak należałoby zadawać i jakich błędów nie popełniać i pozostawienie decyzji w rękach szkół. Tak jak proponował w 2019 roku Adam Bodnar z organizacjami społecznymi w kampanii „ZadaNIE domowe”.

W styczniu 2019 roku Adam Bodnar jako RPO zaapelował do ministerstwa edukacji Dariusza Piontkowskiego o przygotowanie „wytycznych dotyczących prac domowych”. Powołał się na skargi rodziców, którzy nie godzą się „na dysponowanie przez szkołę pozalekcyjnym czasem ich dziecka”. Cytował badania TIMMS postaw czwartoklasistów: uczniowie w Polsce dobrze wypadają w testach, ale nie wierzą w swoje możliwości. I nie lubią szkoły – znaleźli się wraz z Francuzami i Czechami na końcu rankingu, nieco tylko wyżej od dzieci japońskich, ostatnich na liście.

Z inspiracji Bodnara narodziła się inicjatywa „ZadaNIE domowe” kilku fundacji edukacyjnych („Szkoły z klasą„, „Przestrzeni dla Edukacji” i „Obywateli dla Edukacji”).

W opracowaniu dla nauczycieli, dyrektorów i rodziców twórcy kampanii stwierdzili, że wbrew powszechnemu przekonaniu

„możemy mieć wpływ na to, ile i jakie prace domowe będą odrabiać nasi uczniowie i nasze dzieci”.

Na podstawie tzw. dobrych praktyk zaobserwowanych w szkołach autorki stwierdzały, że zadając prace domowe należy:

  • ograniczyć zadania czysto odtwórcze na rzecz złożonych, wymagających planowania i samodzielności, np. obserwacji, eksperymentów i projektów uczniowskich;
  • odejść od sztampy w kierunku zadań niekonwencjonalnych, angażujących dziecko;
  • zadawać więcej prac zespołowych (pary, trójki i kilkuosobowe zespoły);
  • zadawać więcej prac “do wyboru”;
  • stosować ocenianie kształtujące (w tym samoocenę i ocenę rówieśniczą), a nie tylko stopnie;
  • tam, gdzie to możliwe – tworzyć warunki do odrabiania prac domowych po lekcjach, w szkole.

I zaproponowały, by dać szkołom szansę tworzenia polityki wobec prac domowych na poziomie placówki:

  • cała szkolna społeczność (dyrekcja, nauczycielki, uczniowie i rodzice) powinna wypracować “wspólną politykę” prac domowych;
  • liczy się nie ilość zadań domowych, ale jakość;
  • warto zapytać uczniów, które zadania naprawdę pomagają się uczyć; zachęcają do rozwiązywania problemów i własnych poszukiwań;
  • w XXI w. ważna jest kreatywność, samodzielność i współpraca – także przy odrabianiu zadań.

Eksperci doprecyzowali te postulaty. Jak pisze np. Michał Sitek, taka szkolna polityka powinna opisywać:

  • ilość i częstość prac domowych;
  • sposób ich sprawdzania i przekazywania uczniom informacji zwrotnej;
  • sankcje za niewykonanie zadań lub nieodrabianie ich samodzielnie;
  • wypracowanie rozwiązań dla uczniów niemających w domu warunków do nauki (odrabianie w szkole, tutoring rówieśniczy);
  • zasady współpracy między nauczycielami w szkole – wspólna polityka, koordynacja i wymiana dobrych praktyk.

Posłanka KO Dorota Łoboda, (wcześniej przewodnicząca komisji ds. edukacji w Warszawie, przez wiele lat aktywistka m.in. ruchu Rodzice Przeciw Reformie), komentowała w OKO.press: „Likwidacja prac domowych odgórną decyzją byłaby niebezpiecznym pomysłem. Ale nikt chyba nie zamierza go w ten sposób wprowadzać. Problem nadmiernego obciążenia uczniów i uczennic pracami domowymi wymaga generalnego przemodelowania systemu, w dialogu ze środowiskami edukacyjnymi”.

Sonda obywatelska sprawdza tę zasadniczą kwestię:

Kto powinien decydować o pracach domowych?

Różnice odpowiedzi są duże. Nauczyciele praktycznie w komplecie (85 proc.) twierdzą, że to one i oni powinni decydować. To niepokojący wynik dla MEN, bo może oznaczać, że nauczycielki poczuły się zlekceważone, a ich ustawowe, zapisane w Karcie nauczyciela, prawo do wyboru metod nauczania zostało naruszone.

Art. 12. [Swoboda doboru metod nauczania. Podnoszenie wiedzy]

  1. Nauczyciele zatrudnieni na podstawie mianowania nie podlegają podporządkowaniu służbowemu określonemu w innych przepisach prawnych dla mianowanych funkcjonariuszy państwowych.
  2. Nauczyciel w realizacji programu nauczania ma prawo do swobody stosowania takich metod nauczania i wychowania, jakie uważa za najwłaściwsze spośród uznanych przez współczesne nauki pedagogiczne, oraz do wyboru spośród zatwierdzonych do użytku szkolnego podręczników i innych pomocy naukowych.
  3. Nauczyciel powinien podnosić swoją wiedzę ogólną i zawodową, korzystając z prawa pierwszeństwa do uczestnictwa we wszelkich formach doskonalenia zawodowego na najwyższym poziomie.

Rodzice w trzech czwartych (61 proc. do 19 proc.) uznają, że prace domowe to domena nauczycielska, a nie ministerialna.

Odpowiedzi dzieci i młodzieży pozostają w równowadze: 30 proc. za MEN, 30 proc. za nauczycielkami. Trudno to inaczej zinterpretować niż w ten sposób, że młodzi ludzie dowiedzieli się, że ministerstwo chce ograniczyć czy wręcz wyeliminować prace domowe, czyli występuje w ich interesie – tak jak go postrzegają (zobacz poprzednie pytania). Młodzi są istotną grupą interesariuszy, ale tylko oni w obywatelskiej sondzie dają ministerstwu prawo do ingerowania w sposób nauczania.

Bez oceny? Może. Tylko dla chętnych? Dzieci są za

W kolejnym pytaniu organizacje sprawdziły dwa rozwiązania, jakie proponuje MEN dla klas IV-VIII: prace domowe „nie na stopień” oraz „tylko dla chętnych”. Zostały umieszczone wśród czterech odpowiedzi (można było wybrać dwie).

Najpopularniejsza we wszystkich trzech grupach była opinia, że uczennicy, która oddała pracę domową trzeba udzielić informacji zwrotnej w stylu tzw. oceniania kształtującego (65 proc. w grupie nauczycielskiej, 76 proc. rodziców i 64 proc. dzieci). To odpowiedź na częstą sytuację, gdy nauczycielka nie reaguje na pracę ucznia, albo reaguje tylko oceną. Min. Nowacka w komentarzach do rozporządzenia, sporo uwagi poświęciła temu, żeby zamiast karania i nagradzania ocenami dawać informacje zwrotne, które wspomagają proces uczenia się.

Katarzyna Lubnauer mówiła nam w wywiadzie: „W klasach IV-VIII prace domowe będą nieobowiązkowe, a uczeń, zamiast stopnia ma uzyskać porządną informację zwrotną. Taki system wymaga większej współpracy z uczniem, ale może dać zdecydowanie lepsze efekty edukacyjne. Zwiększa tak ważną motywację wewnętrzną ucznia”.

Postulat „nie na stopień” przekonał 26 proc. nauczycieli, 35 proc. rodziców i 36 proc. uczniów.

Zasada „tylko dla chętnych” była zdecydowanie najrzadziej wybierana z czterech odpowiedzi zarówno przez nauczycielki (16 proc.), jak i rodziców (21 proc.), za bardzo często (54 proc.) przez uczniów.

To kolejny przykład, jak atrakcyjna jest „wojna”, jaką pracom domowym wypowiedziało ministerstwo. Budzi wątpliwości dwóch pozostałych grup nauczycielskiej i rodziców.

41 proc. nauczycieli spodobał się pomysł, żeby „każda szkoła wypracowywała własny regulamin zadawania prac domowych”, co zważywszy na to, że byłaby to rewolucyjna zmiana (choć w innym kierunku niż ministerialna – zobacz wyżej informacja o akcji „ZadaNIE domowe”) jest znaczącym odsetkiem. Rodzice (26 proc.) i dzieci (21 proc.) także wybierali tę odpowiedź, choć rzadziej.

Dotychczas mowa była o nauczycielskich, rodzicielskich i uczniowskich wyobrażeniach, co i jak powinno się zmienić w pracach domowych i na ile dobre/złe są tu propozycje ministerstwa. Teraz czas na pytanie, jaki jest stan obecny: kto, ile, jak często zadaje i jakiego wysiłku uczniowsko-rodzicielskiego to wymaga.

Jak często zadają? Codziennie, po każdych zajęciach...

Sonda daje tu niepokojące potwierdzenie tego, jak intensywna jest to praktyka. Nauczyciele w szkołach podstawowych deklarują w 52 proc., że zadają „codziennie” lub „po każdych zajęciach” (dwa kolory czerwone), w szkole średniej takich deklaracji jest łącznie mniej (40 proc.). Zielonych deklaracji (nie zadaję wcale) jest 10 proc. w podstawówce i 19 proc. w szkole ponadpodstawowej.

Takie wyniki wskazują na wielką (choć trudną do precyzyjnego oszacowania) liczbę prac domowych w tygodniu, bo przecież zadają nauczyciele wielu różnych przedmiotów, bardzo rzadko koordynując tego między sobą. Z pewnością dochodzi do spiętrzeń.

Potwierdza to następny wykres, na którym podaliśmy odpowiedzi nauczycielek i nauczycieli sześciu przedmiotów, którzy najliczniej (minimum 10 proc.) wzięli udział w sondzie. Królami i królowymi prac domowych okazją się osoby uczące matematyki: 55 proc. zadaje po każdych zajęciach (co zaznaczamy na czerwono), a 19 proc. raz w tygodniu (na różowo). Od klasy IV do VIII uczniowie mają cztery godziny matematyki tygodniowo, łatwo sobie wyobrazić, ile jest tych zadań z algebry czy geometrii.

Sporo zadawane jest też z angielskiego (lub innego języka obcego): 28 proc. codziennie plus 31 proc. raz w tygodniu, czego zresztą nie negowały nawet ministry edukacji, powtarzając, że trzeba się uczyć słówek. Zaskoczeniem może być sporo deklaracji nauczycielek edukacji wczesnoszkolnej (klasy I-III), co trzecia coś zadaje dzieciom po każdych zajęciach, czyli codziennie.

Wycofują się z zadawania prac domowych polonistki – 11 proc. po każdych zajęciach i 33 proc. raz na tydzień. To m.in. skutek trudnej do wyeliminowania plagi wypracowań kopiowanych z nieprzebranych zasobów internetu, a nawet pisanych przez sztuczną inteligencję. Tylko czy nie zakłóci to nabywania umiejętności wypowiedzi na piśmie w rodzimym języku?

Co zadają? Powtarzanie i uzupełnianie materiału

Odpowiedzi nauczycielek wskazują na to, że bez prac domowych trudno byłoby im uczyć. 68 proc. wskazało na krótkie zadania, które służą utrwaleniu i powtórzeniu materiału z lekcji, 10 proc. wręcz na to, czego nie udało się zrealizować na zajęciach, a kolejne 5 proc. zadaje coś przed klasówkami. To wszystko sposoby, by uporać się z programem.

Sporo, bo 22 proc. wspomina o zadaniach wyprzedzających lekcję, żeby uczniowie przyszli już jakoś przygotowani (trochę jak w słynnym modelu „odwróconej lekcji”).

Interesującą informacją dla ministerstwa jest to, że aż 21 proc. już stosuje się do rozporządzenia i zadaje tylko dla chętnych.

Ile czasu odrabiają? Nie aż tak strasznie dużo

Powyższe liczby wskazywałyby na ogromną dawkę prac domowych, które trzeba odrabiać, żeby nadążyć za nauczycielem, który pędzi z materiałem. Ministerstwo rysowało czarny obraz cierpienia przeciążonych pracą dzieci i młodzieży. Sonda wskazuje, że skala cierpienia jest mniejsza, niż można było sądzić.

Pytanie, ile czasu zajmuje odrabianie lekcji, organizacje edukacyjne zadały zarówno rodzicom, jak i uczniom i uczennicom (pamiętajmy, że nie są to te same rodziny**). Jak widać na wykresie poniżej, oceny są dość zgodne, choć rodzice nieco niżej, a uczniowie wyżej szacują czas pracy. Poza naturalną tendencją młodych do podkreślania swego wysiłku, a starszych do wymagania wysiłku od młodych, przyczyną tej różnicy może być fakt, że aż 83,5 proc. sondowanych rodziców ma dzieci w podstawówce, a 58 proc. sondowanych dzieci uczy się w szkole ponadpodstawowej, gdzie pracy jest więcej.

Jak widać, 12 proc. uczniów twierdzi, że nie odrabia lekcji wcale, czego rodzice niemal nie dostrzegają (3 proc.) albo wstydzą się do tego przyznać. Może tu chodzić o grupę uczniów z domów, które nie dają wsparcia i które de facto olewają szkołę. Dla nich wprowadzenie upragnionej zasady „tylko dla chętnych” może oznaczać pogłębienie takiej postawy.

Czas uczniowskiej pracy 2-3 godziny tygodniowo lub mniej, czyli maksymalnie pół godziny dziennie licząc razem z weekendami, zadeklarowało 62 proc. uczniów i 73 proc. rodziców.

27 proc. rodziców dostrzega, że ich dzieci pracują w domu więcej niż pół godziny dziennie, w tym 12 proc. – godzinę lub więcej.

Uczennice (przypomnijmy – w ponad połowie z liceów i techników) w 37 proc. deklarują pracę ponad pół godziny dziennie, w tym 17 proc. godzinę lub więcej.

Sonda wskazuje, że średni dzienny czas na odrabianie lekcji to 37 minut według szacunków rodziców (niemal wyłącznie w podstawówkach) i 41 minut według szacunków uczniów i uczennic (w większości w szkołach ponadpodstawowych).

Dlaczego mniej niż według PISA 2022?

W pożytecznym opracowaniu Instytutu Badań Edukacyjnych cytowane są badania PISA z 2022 roku, w których polskie 15-latki deklarowały, że uczą się w domu średnio 1,7 godziny dziennie, czyli 2-3 razy dłużej, niż według obywatelskiej sondy.

Mogą być cztery przyczyny tych różnic:

  • w PISA badana była starsza młodzież, w większości w I klasie szkoły ponadpodstawowej, a w części w VIII klasie podstawówki, w której dzieci harują przed egzaminem ósmoklasisty, a w sondzie głównie dzieci z podstawówki, gdzie nauki jest mniej;
  • w badaniach PISA uczniowie mieli za zadanie ocenić czas swojej pracy w domu, co obejmuje też np. lektury, powtarzanie do sprawdzianów, przygotowywanie do egzaminów. Sonda obywatelska wyraźnie dotyczyła – u było to podane w instrukcji dla osób wypełniających – prac domowych, czyli zadań, jakie poleca zrobić w domu nauczycielka;
  • wśród uczestniczek i uczestników sondy byli też przedstawiciele ruchu edukacji domowej, gdzie niczego nie zadaje się do domu;
  • jak stwierdza IBE, obciążenie uczniów i uczennic zmniejszyło się w ostatnich latach, ten proces może trwać nadal.

Patrząc ostrożnie na wyniki obywatelskiej sondy, należy raz jeszcze wyrazić zdziwienie, że przystępując do zasadniczych zmian, MEN nie zamówił porządnych, reprezentatywnych badań, które pozwoliłyby sprawdzić, ile czasu zajmują prace domowe, a ile inne formy pracy w domu. Dopiero wtedy możnaby odpowiedzialnie ocenić, na ile i czym obciążone są polskie dzieci.

I czy potwierdza się uspakajający sygnał z obywatelskiej sondy.

Pomoc jest niezbędna! No to kto im pomaga?

Jeśli ktoś pomyślałby, że problemu nie ma, bo wystarczy, że dziecko sobie siądzie na pół godzinki i już, powinien przyjrzeć się poniższym odpowiedziom na pytanie, czy potrzebujesz pomocy w pracach domowych. Około dwie trzecie dzieci w podstawówkach odpowiada twierdząco!

Znaczna większość dzieci w nauczaniu początkowym (68 proc.) i klasach IV-VI (71 proc.) przyznaje, że nie może odrabiać zadań bez pomocy, a dokładniej – że tak się zdarza na tyle często, że mają takie przekonanie.

Mniej niż jedna trzecia uczennic i uczniów w wieku 7-13 lat nie korzysta z pomocy!

W klasach VII-VIII odsetek dzieci wspomaganych spada do 52 proc., w liceach i technikach do 35 proc.

Takie wyniki wskazują, że dla większości dzieci zadania domowe – a przynajmniej część z nich – są po prostu za trudne, co z kolei oznacza, że dopiero pomoc otrzymywana poza szkołą pomaga im opanować jakąś część programu. Ktoś by nie opanował pierwiastków, gdyby nie korepetytorka, ktoś inny nie zrozumiałby czasów z angielskiego, gdyby nie pomoc mamy.

To pokazuje, przed jakim wyzwaniem stoją szkoły, jeśli rozporządzenie MEN naprawdę wejdzie w życie i nie będzie bojkotowane. Min. Katarzyna Lubnauer mówiła OKO.press, że dziecko ma się uczyć nie w domu, lecz w szkole, a pomóc w tym mają – poza zajęciami rzecz jasna – nauczyciele w ramach tzw. godziny czarnkowej i godzin do dyspozycji dyrektora. To jednak ledwie dwie godziny tygodniowo dodatkowej pracy dla każdej nauczycielki, a zapotrzebowanie na pomoc dotyczy ledwie kilku przedmiotów – matematyczka byłaby rozchwytywana.

Pomoc rodziców jako edukacyjny oblig nie jest dobrym rozwiązaniem (co nie znaczy, że nie może być w pewnego typu pracach domowych okazją do wspólnej zabawy przygody intelektualnej***), ale odrzucenie jej razem z obowiązkowymi pracami domowymi może zmniejszyć skuteczność uczenia, zwłaszcza dzieci mniej pilnych.

Ale, ale kto im właściwie pomaga? Na to pytanie w sondzie odpowiadali tym razem i rodzice (kolor fioletowy), i uczniowie (jasnoniebieski), a wskazać można było dwie odpowiedzi. Pytanie zadawano tylko tym uczniom, którzy deklarowali, że potrzebują pomocy (47 proc. wszystkich) i rodzicom, którzy twierdzili, że ich dziecko pomocy potrzebuje (było ich 64 proc.)

Prawie trzy czwarte dzieci (71 proc.) mówi, że w lekcjach pomaga im rodzic. Pytani o to samo rodzice mogli wymieniać siebie (60 proc.) i „drugie z rodziców” (30 proc.), co zawyżyło odpowiedzi. Tak czy owak, to mama i tata są domowymi nauczycielkami i nauczycielami nr 1.

Rodzice mogą nie doceniać pomocy rodzeństwa (7 proc. wskazań), które wymienia aż 19 proc. uczniów, co oznacza, że jest to powszechna praktyka, o ile tylko ktoś ma rodzeństwo, na dodatek starsze, bo przecież grubo ponad połowa polskich rodzin ma już tylko jedno dziecko.

Podobnie przez obie generacje postrzegana jest pomoc dziadków i babć (7-10 proc.). Odpowiedzi „inne” wśród młodych ludzi (22 proc.) to zapewne niewidoczna dla rodziców pomoc kolegów i koleżanek ze szkoły (zapewne także odpisywania...).

Trudno wytłumaczyć trzy razy częstsze deklaracje uczniów (39 proc.) niż rodziców (13 proc.), że pomaga korepetytor. Spore znaczenie może tu mieć różnica „wieku”: rodzice odnoszą się w większości do podstawówki, uczniowie – do liceów i techników, gdzie pomoc mamy czy taty już nie wystarcza. Poza tym rodzice mogą się wstydzić przyznać, że ich dziecko wymaga płatnego douczania.

Tak czy inaczej, liczba ok. kilkunastu procent uczniów młodszych i kilkudziesięciu starszych korzystających z korepetycji jest niepokojąca. Ale tym bardziej stanowi przestrogę przed zbyt radykalnym i nieprzemyślanym „cięciem” prac domowych.

Kto wziął udział w sondzie?

Sondę „Twoja opinia o pracach domowych” przeprowadziła 28 lutego-6 marca 2024 sieć SOSdlaEdukacji.pl. Skierowany do nauczycieli/ek, uczniów i uczennic oraz rodziców zestaw pytań przygotowały SOS dla Edukacji, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Fundacja Szkoła z Klasą, Fundacja Civis Polonus, Fundacja Przestrzeń dla Edukacji oraz Kampania Wolna Szkoła. Pełen raport z sondy ukaże się w czwartek 14 marca 2024.

W sondzie wzięło udział 1435 nauczycielek i nauczycieli, reprezentujących szkoły (w tym ze szkół wiejskich 355 osób, a z miast ponad 500 tys. – 352 osoby), z tego 81 proc. ze szkół podstawowych (w tym: 30 proc. z klas I-III, 29 proc. – IV-VI i 41 proc. VII-VIII) oraz 19 proc. szkół ponadpodstawowych (w tym 63 proc. z liceów, 33 techników, 5 proc. szkół branżowych).

Najczęściej odpowiadali nauczyciele i nauczycielki:

  • edukacji wczesnoszkolnej 22 proc.;
  • języka polskiego – 19 proc.;
  • innego języka – 18 proc.;
  • matematyki – 15 proc.;
  • przedmiotów przyrodniczych – 10 proc.;
  • historii i społeczeństwa – 10 proc.

Rodziców wypowiedziało się 2455, z tego 83,5 proc. ma dzieci w podstawówce (z czego w klasie I-III 38 proc., w kl. IV-VI – 43 proc., a w kl. VII-VIII – 19 proc.), a 16,5 proc. w szkołach ponadpodstawowych (z czego 76 proc. w liceach, 21 proc. w technikach i niecałe 3 proc. w szkołach branżowych).

Wśród 626 uczniów i uczennic 42 proc. chodzi do szkół podstawowych (z czego 50 proc. chodzi do klas IV-VI, 40 proc. do klas VII-VIII i 10 proc. do klas I-III) a 58 proc. do szkół ponadpodstawowych (prawie 73 proc. do liceów, prawie 27 proc. do techników, mniej niż 1 proc. do szkół branżowych)

--------

* Używamy zamiennie „nauczycielek” i „nauczycieli” (częściej w wersji żeńskiej, bo to kobiety dominują w tym zawodzie). podobnie z „uczniami” i „uczennicami”. I tak mamy w dziennikarstwie edukacyjnym szczęście, że nie ma ma „rodziców” i „rodzicek”.

** Mogło się i tak zdarzyć, zwłaszcza, że rodziców proszono o przekazywanie dzieciom linku do sondy, ale rzadko.

*** Kiedy np. dziecko w II klasie dostaje za zadanie policzyć wszystkie nogi z podziałem na żywe i nie żywe w mieszkaniu i jakoś śmiesznie to zilustrować. To może być edukacyjne (liczenie) i zabawne zarazem, a wymaga też ćwiczeń fizycznych (trzeba zajrzeć pod szafę).

;

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze