0:00
0:00

0:00

Wszyscy czterej tzw. sprzedawcy z urzędu, czyli koncerny energetyczne, które mają obowiązek zatwierdzania taryf, a więc cen dla gospodarstw domowych (PGE, Enea, Energa, Tauron) złożyli wnioski taryfowe dotyczące opłat w 2021 roku.

„Rozpoczynamy w związku z tym szczegółową analizę złożonych wniosków. Na tym etapie trudno przewidywać przebieg lub wynik tych postępowań” – słyszymy od rzeczniczki URE Agnieszki Głośniewskiej.

W spółkach też trudno o nieoficjalne informacje na temat wysokości podwyżek, ale wiadomo, że jak co roku energetycy zaczynają z górnego C po to, by osiągnąć jakiś kompromis.

Oczywiście, wyjątkiem był rok 2018 i ustalanie cen na 2019 rok, kiedy rząd tzw. ustawą prądową zamroził ceny energii dla odbiorców indywidualnych (w ramach przygotowań do kampanii wyborczych) wiążąc ręce zarówno wytwórcom prądu, jak i prezesowi URE.

Jednak już w roku 2019 i ustalaniu cen na 2020 rok ręczne sterowanie nie miało racji bytu i po uwzględnieniu wniosków taryfowych dochodzących nawet do 40 proc. podwyżki, na koniec dnia okazało się, że rachunki wzrosną o ok. 12 proc. (inny był wzrost cen prądu, inny wzrost opłaty dystrybucyjnej). Oznaczało to wzrost przeciętnego rachunku za energię elektryczną o ok. 10 zł w skali miesiąca.

Opłata mocowa = 4 mld zł

Jak udało nam się ustalić, podwyżki na rok 2021 mają być mniej odczuwalne, niemniej jednak nie będą jedynymi. Od stycznia bowiem na naszym rachunku znajdzie się jeszcze ok. 10 zł tzw. opłaty mocowej.

Dzięki opłacie, jak wskazuje Urząd Regulacji Energetyki, ma zostać zapewnione bezpieczeństwo energetyczne. Z opłaty ma być finansowane budowanie nowych elektrowni i modernizacja już istniejących. Rocznie państwo chce w ten sposób pozyskać ok. 4 mld zł.

Według naszych szacunków statystyczne gospodarstwo domowe powinno się więc spodziewać miesięcznie kilkunastu złotych więcej na rachunku za prąd.

Oczywiście, jeśli jesteśmy klientami, których obejmuje proces taryfikacji cen. Wbrew pozorom bowiem wśród ok. 15 mln polskich gospodarstw domowych takich jest coraz mniej.

„Postępowania taryfowe, prowadzone pod koniec każdego roku przez Prezesa URE, mają na celu zapewnienie, że ceny energii elektrycznej proponowane odbiorcom końcowym w kolejnym roku będą miały racjonalne uzasadnienie w kosztach ponoszonych przez przedsiębiorców” – mówi nam Rafał Gawin, Prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Przeczytaj także:

Dane URE pokazują, że ok. 60 proc. odbiorców w gospodarstwach domowych korzysta z taryf zatwierdzanych przez Prezesa URE, natomiast pozostałe 40 proc. wybrało oferty rynkowe innych operatorów niż wymieniona wielka czwórka.

Rynek sam się uwalnia

Oznacza to, że rynek sam się stopniowo uwalnia i zmierza do sytuacji, w której regulowana taryfa pozostanie tylko dla tych odbiorców, którzy faktycznie potrzebują ochrony, ponieważ np. dotyka ich problem ubóstwa energetycznego.

„System regulacji funkcjonujący obecnie na rynku energii elektrycznej w moim przekonaniu zapewnia pełną swobodę rozwoju rynku. Dalsze uwolnienie rynku może odbyć się wyłącznie w trybie ustawowym, podobnie jak miało to miejsce na rynku gazu” – tłumaczy szef urzędu.

Jeśli na przykład nasz sprzedawca prądu w swej ofercie zaproponował nam gwarantowane ceny energii na kolejne lata albo dodatkowe usługi (np. hydraulik, elektryk) możemy być prawie pewni, że nie jesteśmy w grupie taryfikowanej. W tej kwestii więc decyzje prezesa URE nas bezpośrednio nie dotyczą.

Warto jednak pamiętać, że niezależnie od tego opłata mocowa znajdzie się na naszym rachunku jako kolejna pozycja. Chyba że zdecydujemy się na przejście na odnawialne źródła energii (np. fotowoltaika na dachu), to również ją będziemy mogli zminimalizować.

Opłata mocowa miała wejść w życie od października tego roku, ale z powodu trudnej sytuacji gospodarczej spowodowanej pandemią koronawirusa została odsunięta w czasie.

„Wygląda na to, że podwyżki są nieuniknione i jest to wypadkowa szeregu zdarzeń nie tylko okołocovidowych. Duże grupy energetyczne mierzą się wciąż z wysokimi kosztami energii wytwarzanej w źródłach konwencjonalnych. Co więcej, oferty prywatnych sprzedawców coraz częściej bywają konkurencyjne wobec cen taryfowych, co stawia pod znakiem zapytania sensowność dalszego taryfowania grupy G. W tym zakresie również pojawiła się koncepcja, by taryfowanie chroniło jedynie odbiorców wrażliwych, podczas gdy reszta odbiorców z grupy G miałaby ceny uwolnione” – mówi nam Jan Sakławski, radca prawny, partner w kancelarii Brysiewicz, Bokina, Sakławski.

Jego zdaniem nie musi to oznaczać wzrostu cen. Przede wszystkim wynika to z faktu, że prywatni sprzedawcy są aktualnie w stanie konkurować z cenami taryfowymi i to nie zmieni się po uwolnieniu cen.

Jednocześnie czynniki takie jak konsekwentny wzrost cen wynikający z wysokich kosztów uprawnień do emisji CO2, czy też wchodząca opłata mocowa będą powodowały podwyżki nie tylko w 2021 roku, ale również w latach kolejnych.

„Dodatkowym czynnikiem, który niewątpliwie wpływa na koszt energii w dużych grupach energetycznych, są bardzo poważne obciążenia inwestycyjne związane z nowymi mocami wytwórczymi, z modernizacją starych źródeł i sieci. Co prawda nie dotyczą one wprost spółek obrotu, ale niewątpliwie odbijają się na strategii poszczególnych grup i są uwzględniane w kalkulacjach cen” – uważa mecenas Sakławski.

Z kolei zdaniem szefowej think-tanku Forum Energii Joanny Maćkowiak-Pandery, URE musi ważyć interesy odbiorców i wytwórców – stąd na pewno będzie miało dylemat przy określaniu taryf. Jednak sztucznie utrzymywanie cen energii na niezmienionym poziomie dla gospodarstw domowych jest wpędzaniem wytwórców w coraz większe kłopoty.

„Są obiektywne powody wzrostu cen. Utrzymywanie cen na tym samym poziomie od lat byłoby jak tłuczenie termometru w czasie choroby. To nie jest lekarstwo i pacjent może umrzeć. Trzeba zacząć odchodzić od węgla, jeżeli decydentom zależy na rozsądnych cenach” – mówi nam Maćkowiak-Pandera. - „Polska powinna zacząć uwalniać rynek detaliczny i likwidować taryfy, bo coraz bardziej odrywamy się od realiów rynkowych, a temat cen prądu – skrajnie upolityczniony - zaczyna paraliżować całą energetykę. Szkodliwy jest lęk decydentów przed podwyżką rachunku o parę złotych miesięcznie, ponieważ generuje ogromne koszty po stronie spółek energetycznych przyśpieszając ich degradację. Nie buduje wartości spółek, a wręcz jest niebezpieczne" – dodaje ekspertka.

Wzrost cen prądu wynika z wielu strukturalnych czynników – np. cen węgla, uprawnień do emisji CO2 (z danych z 24 listopada wynika, że obecnie to ok. 27,5 euro za tonę). Polski węgiel w porównaniu do węgla na rynkach światowych jest bardzo drogi, a rząd chcąc rozwiązać kryzys w górnictwie i problem zalegających na zwałach milionów ton niesprzedanego surowca oczekuje, że spółki energetyczne kontrolowane przez Skarb Państwa (czyli te, które złożyły wnioski do URE) będą kupować polski surowiec. A już samo to jest dla nich przesłanką ku temu, by składać wnioski o podwyżki taryf.

;
Karolina Baca-Pogorzelska

Karolina Baca-Pogorzelska (ur. 1983) – absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, dziennikarka i autorka książek, inżynier górniczy drugiego stopnia. Współpracowała z „Rzeczpospolitą” i „Dziennikiem Gazetą Prawną”. Jest współautorką książek (wraz z fotografem Tomaszem Jodłowskim) "Drugie życie kopalń", "Babska szychta" i "Ratownicy. Pasja zwycięstwa". Od 2017 roku z Michałem Potockim badała sprawę importu antracytu z okupowanego Donbasu. Za ten cykl reportaży otrzymali Grand Press 2018 w kategorii „dziennikarstwo specjalistyczne” i Nagrodę im. Dariusza Fikusa, wyróżnienia w Ogólnopolskim Konkursie Dziennikarskim im. Krystyny Bochenek i w konkursie o Nagrodę Watergate Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a także nominacje do MediaTorów i Nagrody Radia Zet im. Andrzeja Woyciechowskiego. Książka "Czarne złoto" (napisana z Michałem Potockim) została nominowana do nagrody Grand Press dla Książki Reporterskiej Roku 2020. Obecnie dziennikarka "Wprost"

Komentarze