31 lipca 2021

30 centów za godzinę pracy w fabryce, która może runąć. To rzeczywistość fast fashion [ODC. 1]

Moda stała się dostępna i tania. Koszulki można dostać już za kilkanaście złotych, a kolekcje w sklepach zmieniają się tak szybko, że trudno za tym nadążyć. Jednak ten kolorowy i piękny świat ubrań ma też drugie, o wiele mniej kolorowe oblicze

Za koszulką znanej marki za jedyne 20 złotych, stoi cierpienie, wyzysk i zanieczyszczenie środowiska. Fabryki, w których szyte są letnie, kolorowe sukienki i wygodne tanie spodnie, znajdują się w niekontrolowanych budynkach. Czasami dochodzi do katastrofy, budynek się zawala. Giną pracownicy. Ci sami, którzy za zrobienie jednego t-shirta dostawali maksymalnie 50 centów. Za t-shirta, który być może był zrobiony z bawełny wyprodukowanej przez przymuszanych do niewolniczej pracy Ujgurów. A może z poliestru, który najmocniej ze wszystkich materiałów obciąża środowisko, a jego produkcja wiąże się z dużymi emisjami CO2.

Taka jest cena fast fashion.

Czym jest fast fashion?

Najprościej mówiąc: to tanie, łatwo dostępne ubrania, które odpowiadają aktualnym trendom i szybko trafiają do sklepów na całym świecie. Pomysłem na fast fashion jest jak najszybsze dostarczanie nowych kolekcji, a także błyskawiczna reakcja na potrzeby konsumentów.

Za początki fast fashion najcześciej uważa się pełne młodzieżowego buntu lata 60. i 70. Można jednak sięgnąć do wcześniejszych, powojennych lat. W 1947 roku Erling Persson otwiera w szwedzkim Västerås pierwszy sklep Hennes i sprzedaje ubrania dla kobiet. 20 lat później przejmuje sklep Mauritz Widforss w Sztokholmie i zmienia nazwę swojej firmy na Hennes&Mauritz. W skrócie: H&M. Pod koniec lat 70. Otwiera pierwszy sklep poza Skandynawią – w Londynie.

Podczas gdy w Szwecji powstaje modowa potęga, w Hiszpanii pracownik lokalnej wytwórni koszulek Amancio Ortega marzy o otwarciu własnego ubraniowego biznesu. Razem z żoną Rosalią zaczyna projektować i produkować ubrania w domu, dzięki czemu udaje mu się uzbierać pieniądze na własną małą fabrykę.

Potęga z Hiszpanii

W 1975 roku w miejscowości La Coruña otwiera swój pierwszy sklep. Chce go nazwać Zorba, na cześć bohatera filmu „Grek Zorba”. Zmienia jednak koncepcję, ponieważ niedaleko jest bar o tej samej nazwie. Tak powstaje pierwsza Zara. Za chwilę Ortega inwestuje w kolejne lokale w Hiszpanii, a pod koniec lat 80. rozpoczyna ekspansję za granicę. Już nie tylko pod marką Zara, ale spółką-matką Industria de Diseno Textil S.A. Częściej używaną nazwą jest jednak Inditex.

Tanie i modne ubrania trafiają do Portugalii, USA i Francji. W 1991 roku Inditex tworzy nową markę, tym razem dla mężczyzn – Pull and Bear. Potem kupuje udziały w marce Massimo Dutti, tworzy młodzieżową Bershkę i przejmuje kobiecą markę Stradivarius. Biznes fast fashion kwitnie. Po 2000 roku sklepy zarówno Inditexu, jak i H&M są już niemal na całym świecie. W 2002 roku Zara wkracza również do Polski, z pierwszym sklepem we Wrocławiu. Pierwszy H&M otwiera się rok później w Warszawie.

Choć marki Inditexu i szwedzki H&M nie są jedynymi z kategorii fast fashion, to właśnie one stały się symbolami szybkiej, dostępnej i niedrogiej mody. Zara wypuszcza ponad 20 kolekcji ubrań rocznie, a cały proces od projektu do sprzedaży trwa pięć tygodni.

Ta szybkość i ceny, jakie oferują znane marki, mają jednak ukryty koszt.

Fabryki w Bangladeszu

Ubrania, które kupujemy w galeriach handlowych, najczęściej szyte są w Azji. Czasami także w Europie Wschodniej.

W samym Bangladeszu znajduje się aż 4 tysiące fabryk ubrań. Ich liczba i tak spada - jeszcze w 2013 roku było ich aż 5,9 tys. Warunki pracy kobiet – bo w fabrykach najczęściej zatrudniane są właśnie kobiety – opisała m.in. organizacja humanitarna Oxfam z Australii w raporcie „What she makes” z 2017 roku.

„Moda to ogromny biznes, a branża kwitła w ciągu ostatnich dwóch dekad. Globalny eksport odzieży wzrósł ponad czterokrotnie, z 108 mld USD w 1990 r. do 445 mld USD w 2015 r. (…) Wszystkie te pieniądze płynące po całym świecie pokazują, dlaczego wiele rządów krajów rozwijających się postrzega przemysł odzieżowy jako klucz do sukcesu ich gospodarki oraz do zwiększania przychodów. Odzież jest jednym z największych produktów eksportowych w Bangladeszu, Wietnamie, Kambodży i Indonezji” – pisze Oxfam.

30 centów za godzinę

Ile zarabiają pracownicy takich fabryk? Według danych zebranych przez Oxfam, najgorzej jest w Bangladeszu. Średnia stawka za godzinę pracy to zaledwie 30 centów. 43 centy na godzinę zarabia jedna z bohaterek opisanych w raporcie – Fatima. Pracuje sześć dni w tygodniu, często na nadgodziny, ale wciąż ledwo wystarcza jej nawet na jedzenie. Mieszka w pokoju bez mebli z dwoma innymi osobami.

Żeby zarobić tyle, ile zarabiają szefowie firm, dla których szyje, musiałaby pracować 4 tysiące lat.

Inna bohaterka - Ma Thae Thae Mar – pracuje w fabryce na przedmieściach Mandalay w Mjanmie. Zarabia nieco ponad 4 dolary za ośmiogodzinny dzień pracy. To wystarcza na jedzenie dla niej i jej dziecka. Nie jest w stanie pokryć innych wydatków, jak konieczne naprawy w domu – w tym przeciekającego dachu.

W innych krajach nie jest lepiej – w Indonezji za godzinę pracy można dostać średnio 60 centów, w Indiach 80, a w Kambodży i Chinach – około 90.

Jak się okazuje, również fabryki w Stanach Zjednoczonych płacą swoim pracownikom grosze – choć są to wyższe stawki niż w Indiach czy Bangladeszu. „Los Angeles Times” w 2017 roku wyliczało, że tamtejsza fabryka Dream High Fashion płaci pracownikom 51 centów za każdy uszyty t-shirt. Po 5 centów za zszycie jej z każdej strony, po 3 za rękawy, 10 za obszycie wokół szyi, 21 centów za końcowe przeszycie i 4 za dołożenie metki.

List w kieszeni

W 2016 roku świat obiegła informacja o listach schowanych w kieszeniach ubrań Zary w Stambule. „Zrobiłam/em ubranie, które chcesz kupić, ale nikt mi za to nie zapłacił” – pisali pracownicy tureckiej fabryki odzieży na karteczkach.

Chodziło o fabrykę Bravo Tekstil, zatrudniającą 155 osób, która z dnia na dzień została zamknięta, sprzęt przejęty przez komorników, a pracownicy zwolnieni bez wypłacenia należnych pieniędzy. Szyli ubrania nie tylko dla Zary, ale też dla marek Next i Mango. Inditex wydał oświadczenie, w którym tłumaczył, że płacił właścicielowi fabryki i to on nie wynagrodził pracowników.

Firma obiecała także, że w porozumieniu z pozostałymi markami stworzy mechanizm pomocowy dla poszkodowanych. Skończyło się jednak na zapowiedziach.

Po roku pracownicy opublikowali petycję, w której napisali: „Od sierpnia 2016 r. nasz przedstawiciel związkowy, przy wsparciu kampanii Clean Clothes Campaign i IndustriAll Global Union, negocjuje z tymi markami. Przez 12 miesięcy z cierpliwością i nadzieją czekaliśmy na zakończenie tych negocjacji. Aby zapobiec jakimkolwiek zakłóceniom w negocjacjach, znosiliśmy je w milczeniu. Jednak po całym roku marki zadeklarowały, że zapłacą tylko nieco ponad jedną czwartą naszego roszczenia. Innymi słowy, marki zaakceptowały swoją odpowiedzialność, ale uznały, że nie zasługujemy na więcej niż ochłapy”.

Fast fashion i wyzysk dzieci

Problemem są nie tylko warunki pracy i wynagrodzenia pracowników. Ale również to, kto przy produkcji ubrań pracuje.

International Labour Organisation podaje, że na całym świecie 160 milionów dzieci jest zatrudnionych w zbyt młodym wieku, do zbyt ciężkiej lub nielegalnej pracy. Przemysł tekstylny jest tym, który bardzo często wykorzystuje dzieci przy każdym z etapów produkcji ubrań – od pracy przy nasionach bawełny, przez ich uprawę, zbiór, przędzenie, aż po szycie.

W 2014 roku raport przygotowany przez Centrum Badań nad Korporacjami Wielonarodowymi i India Committee of the Netherlands opisywał, jak rodziny z małych wiosek południowych Indii chętnie wysyłają swoje córki do pracy w przędzalniach. Nie bez powodu: rekruterzy obiecują dobrze płatną pracę, komfortowe zakwaterowanie, trzy pożywne posiłki dziennie oraz możliwość szkolenia i nauki, a także ryczałtową wypłatę po upływie trzech lat. „W rzeczywistości pracują w przerażających warunkach, które są równoznaczne ze współczesnym niewolnictwem” – czytamy w raporcie.

Jak podkreślają autorzy, nie ma mechanizmów nadzoru ani kontroli społecznej. Nie ma także związków, które mogłyby pomóc im w negocjowaniu lepszych warunków pracy. Piszą: „To bardzo nisko wykwalifikowani pracownicy bez głosu, więc są łatwym celem”.

Chińskie obozy reedukacji

„Zaniepokojeni i zaniepokojone sytuacją we Wschodnim Turkiestanie, wzywamy marki odzieżowe do podjęcia natychmiastowych działań i całkowitego odcięcia się oraz potępienia pracy przymusowej w tym regionie. Nie możemy godzić się na to, aby rachunek ekonomiczny był ważniejszy od podstawowych praw człowieka” – tak brzmi list otwarty opublikowany na portalu WTV w sprawie sytuacji Ujgurów, mniejszości mieszkającej w Chinach. A dokładnie – w regionie Sinciang, czyli włączonym do Chin w 1949 roku Wschodnim Turkiestanie.

Zaniepokojeni i zaniepokojone sytuacją we Wschodnim Turkiestanie, wzywamy marki odzieżowe do podjęcia natychmiastowych działań i całkowitego odcięcia się oraz potępienia pracy przymusowej w tym regionie. Nie możemy godzić się na to, aby rachunek ekonomiczny był ważniejszy od podstawowych praw człowieka, takich jak:

prawo do życia, wolność i bezpieczeństwo osobiste, zakaz tortur, wolność sumienia i wyznania, wolność słowa, prawo do sądu, prawo do prywatności, wolność zgromadzeń i stowarzyszeń. Wzywamy również do zapewnienia pełnej transparentności łańcuchów dostaw oraz produkcji, aby zagwarantować, że funkcjonowanie międzynarodowych korporacji nie będzie opierać się na prześladowaniach i niewolniczej pracy Ujgurów.

Jeśli chcesz dopisać się do listu otwartego lub masz pytania dotyczące tekstu, napisz na adres: [email protected]

Od 2017 roku w Sinciangu istnieją tzw. obozy reedukacyjne dla Ujgurów i innych mniejszości. Cel? Kulturowe ludobójstwo. Chińczycy chcą, żeby żyjące na terenie ich kraju mniejszości nie miały swojej kultury, języka i nie czuły żadnej odrębności. Władze nazywają to „walką z ekstremizmem i terroryzmem”. I choć mowa tu o „reedukacji”, to prawda o obozach nie ma z edukacją nic wspólnego.

„Przyklejeni do krzeseł, powtarzaliśmy nasze lekcje jak papugi. Uczyli nas wspaniałej historii Chin – wyczyszczonej i wyidealizowanej wersji” – mówiła „Guardianowi” jedna z osób, które przeżyły obóz dla Ujgurów. Organizacje humanitarne oskarżają Chiny o łamanie praw człowieka, przemoc, gwałty, a także przymusową pracę.

I to właśnie ten ostatni punkt bezpośrednio wiąże się z fast fashion.

Niewolnicza praca Ujgurów

Ujgurzy są zmuszani do pracy przy zbiorze bawełny i produkcji materiałów, z których korzystają marki na całym świecie.

„Grupa H&M jest głęboko zaniepokojona informacjami przekazywanymi przez organizacje humanitarne dotyczącymi przymusowej pracy i dyskryminacji mniejszości w Sinciangu. Zakazujemy jakiejkolwiek formy pracy przymusowej w naszym łańcuchu dostaw, niezależnie od kraju i regionu” – takie oświadczenie wydała szwedzka firma.

W czerwcu francuska prokuratura rozpoczęła postępowanie wobec czterech firm: Inditexu, a także Uniqlo, Skechers i SMCP. Zawiadomienie w ich sprawie złożyła Ujgurka, która przeżyła obóz, ze wsparciem antykorupcyjnego stowarzyszenia Sherpa, kolektywu Ethique sur Etiquette oraz Uyghur Institute of Europe. „To śledztwo potwierdza, że można pociągnąć do odpowiedzialności firmy, które wzbogacają się poprzez łamanie praw człowieka, a następnie importować swoje produkty do krajów takich jak Francja” – powiedział w rozmowie z „New York Times” William Bourdon, zaangażowany w sprawę prawnik.

Pożar w Dhace

Fabryka Tazreen Fashion w Dhace, stolicy Bangladeszu. Ponad 1600 pracowników. To tutaj swoje ubrania produkowała marka C&A, amerykański Walmart, francuski Carrefour i szwedzka IKEA, a także Korpus Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych.

W 2012 roku - prawdopodobnie z powodu zwarcia i niezabezpieczonych przewodów - w fabryce wybuchł pożar. Ogień zajmował kolejne sterty ubrań, rozprzestrzeniając się bardzo szybko. Ci, którzy pracowali na niższych piętrach, zaczęli wyskakiwać przez okna. Takiej ucieczki nie przeżyło 12 osób. O wiele więcej zginęło w płomieniach. W sumie – przynajmniej 117 osób. Ponad 200 zostało rannych.

Proces wypłacania odszkodowań i zaległych wypłat zakończył się dopiero w 2016 roku. Jak informuje inicjatywa Clean Clothes, do funduszu na rzecz poszkodowanych dołożyła się tylko część marek, które współpracowały z fabryką.

Katastrofa Rana Plaza

2013, fabryka Rana Plaza niedaleko Dhaki w Bangladeszu. Tutaj zaopatrywały się m.in. H&M, Primark, a także Mango. Później okazało się również, że ubrania w Rana Plaza szyła polska firma LPP, właściciel m.in. marek Reserved i Cropp.

24 kwietnia wieżowiec, w którym powstawały ubrania, runął. W katastrofie zginęło 1135 osób, a ponad 2,5 tys. odniosło obrażenia. „Independent” poinformował dwa lata później, że aż 41 osób zostało oskarżonych o morderstwo. Właściciel fabryki trafił do aresztu. Jak się okazało, cztery z ośmiu pięter Rana Plaza były budowane bez pozwolenia. Sam budynek stał na bagnach, bez stabilnego podłoża. Tragedię można było przewidzieć.

Z całej historii wynikł jeden pozytyw: po tej katastrofie ponad setka światowych marek dołączyła porozumienia, mającego na celu ochronę przeciwpożarową oraz zwiększenie bezpieczeństwa budynków fabryk w Bangladeszu. Jednak porozumienia to wciąż trochę za mało.

Również ogłoszenie się „zrównoważoną” marką to za mało. W ten sposób docieramy do kolejnego problemu fast fashion – środowiskowego.

Jak przemysł odzieżowy zanieczyszcza środowisko i utrudnia walkę ze zmianą klimatu? W jaką stronę zmierza fast fashion? O tym napiszemy w drugiej części artykułu.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne