Apelując o referendum prezydent Duda nie wyobrażał sobie, by zmiany w oświacie podejmowane były bez uwzględnienia opinii rodziców, nauczycieli i ekspertów. Ich głos - mówił - "musi być wysłuchany", bo naród to najwyższy suweren. Tak było w 2015 r. Dziś Duda nie słyszy głosu prawie miliona obywateli podpisanych pod wnioskiem o referendum ws. reformy edukacji

Referendum referendum nierówne. Świeżo po objęciu urzędu prezydenta, 20 sierpnia 2015 roku, Andrzej Duda na prośbę ówczesnej wiceprezes PiS Beaty Szydło zaproponował referendum poświęcone m.in. obniżeniu wieku szkolnego, czyli reformie edukacyjnej wprowadzanej przez rząd PO-PSL. Duda chciał, by rozszerzyć referendum uchwalone jeszcze na wniosek Bronisława Komorowskiego lub zorganizować jego drugą turę.

  • Przeczytaj o zakończonym klapą wyborczym manewrze referendalnym Komorowskiego

    Pomiędzy pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich 2015 roku, stojący w obliczu porażki Bronisław Komorowski zaproponował przeprowadzenia ogólnopolskiego referendum. Chciał przeciągnąć na swoją stronę wyborców Pawła Kukiza, dlatego wybrał dwa pytania kluczowe dla Kukiz 15:

    • Czy wprowadzić jednomandatowe okręgi wyborcze do Sejmu?
    • Czy utrzymać finansowanie partii politycznych z budżetu państwa?

    Komorowski dorzucił jeszcze trzecią, miłą dla ucha każdego wyborcy propozycję:

    • Czy wprowadzić ogólną zasadę rozstrzygania spraw podatkowych na korzyść podatnika, gdy pojawiają się wątpliwości, co do wykładni przepisów prawa podatkowego.

    Senat większością PO-PSL przepchnął nocą 21 maja 2016 roku wniosek Komorowskiego (senatorowie PiS nie wzięli udziału w głosowaniu) i wyznaczył referendum na 6 września 2015 roku. Nie dało to Komorowskiemu wzrostu poparcia w II turze. Samo referendum okazało się także klapą, frekwencja wyniosła zaledwie 7,8 proc.

Duda chciał zapytać obywateli o trzy kwestie, w których PiS dążyło do zatrzymania zmian wprowadzanych przez poprzednie władze:

  • Czy wprowadzać obowiązek szkolny dla sześciolatków?
  • Czy podwyższać wiek emerytalny?
  • Czy prywatyzować lasy państwowe? Prezydent argumentował, że pod trzema wnioskami o zadanie takich pytań w referendum zebrano łącznie 6 mln podpisów. W tym  – 900 tys. – zebrało Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców Elbanowskich w 2013 roku, które od wielu lat sprzeciwiało się posyłaniu sześciolatków do szkół.

„Nie można ignorować głosu prawie miliona obywateli” – powiedział prezydent.

Duda: opinia rodziców musi być wysłuchana

Dziś, gdy rząd PiS blokuje referendum ws. reformy edukacji, pod którym podpisało się 910 tys. obywateli i obywatelek (niemal dokładnie tyle, co w 2013 roku), prezydent milczy i nie odpowiada na apele ZNP, organizacji rodziców, a także list Pawła Kukiza.

Prezydent najwyraźniej zapomniał o swojej własnej argumentacji z 20 sierpnia 2015: „Zmiany w systemie oświaty winny być wprowadzane z poszanowaniem środowisk związanych ze szkołą, nauczycieli i specjalistów, a także rodziców, którzy najlepiej znają indywidualne potrzeby i możliwości swoich dzieci.

Opinia rodziców domagających się prawa do decydowania o kształcie systemu edukacji w Polsce musi być wysłuchana”.

Tamto orędzie zakończył słowami: „Wierzę, że to społeczeństwo jest najwyższym suwerenem, a głos narodu musi być wysłuchany”.

Kiedy PiS słucha woli narodu?

Selektywne podejście do głosu suwerena ma nie tylko prezydent Andrzej Duda. Cały PiS był w kłopocie, gdy okazało się, że pospieszna (w dwa miesiące) akcja zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum ws. reformy edukacji zakończyła się sukcesem. Pętlę poszanowania „woli narodu” i uznania referendum za „kanon demokracji” zawiązali sobie na szyi jeszcze jako opozycja. Gdy w 2013 roku Platforma odrzucała wniosek o referendum ws. sześciolatków zgłoszony przez Elbanowskich, Jarosław Kaczyński mówił z sejmowej mównicy, że „konstytucyjnych mechanizmów demokracji, które są niewygodne dla władzy, po prostu się nie stosuje.

Trudno wyobrazić sobie sprawę bardziej nadającą się do powszechnego głosowania, niż kwestie związane z relacją rodzice – dzieci i prawem rodziców, żeby o swoich dzieciach decydować”.

Dlatego kiedy Komitet Referendalny 20 kwietnia 2017 roku złożył w Sejmie niemal dwa razy więcej podpisów niż wymagane ustawą 500 tysięcy, minister edukacji Anna Zalewska zapowiedziała, że uszanuje podpisy, bo „jest zwolenniczką wypowiedzi obywateli”. W następnym zdaniu powiedziała jednak coś dokładnie przeciwnego:

Miliona podpisów nie uznała za „wolę narodu”, lecz „dobrze zorganizowaną akcję polityczną”.



PiS bardzo szybko zrozumiał, że wniosku o referendum nie może po prostu odrzucić w Sejmie, dlatego przygotował skromny arsenał „technicznych” przeciwności. Min. Zalewska twierdziła, że:

  • jest już za późno, by podważać podjęte decyzje;
  • pytanie referendalne jest zbyt ogólne.

Marszałek Sejmu konsekwentnie odkłada na później wprowadzenie wniosku pod obrady, tymczasem kończy się rok szkolny, co zmniejsza szanse reakcji nauczycieli. PiS mógłby się obawiać protestów, bo wychodzi na jaw skala komplikacji, chaosu i zwolnień wywołanych przez reformę.



Referendum utopiłoby reformę

Na temat referendum obywatele jasno wypowiedzieli się w sondażach. Z sondażu IPSOS dla OKO.press (17-20 marca 2017) wynika, że na pytanie o referendum 52 proc. odpowiedziało „tak” (czyli, że są przeciw reformie), a 43 proc. – „nie” (reszta nie miała zdania).

W innym pytaniu sondażu OKO.press daliśmy badanym do wyboru trzy opcje:

  • 27 proc. było za tym, by zgodnie z planami rządu reforma weszła w życie od 1 września 2017;
  • 30 proc. było za odłożeniem jej o rok i przedyskutowaniem;
  • 34 proc. było za tym, by wcale jej nie wprowadzać.
  • Główne zarzuty wobec reformy

    To, co budzi największy społeczny sprzeciw, to:

    • likwidacja 3-letnich gimnazjów i powrót do 8-letniej szkoły podstawowej, co spowoduje skrócenie edukacji ogólnej o rok – ze szkodą dla uczniów zwłaszcza z domów i środowisk o mniejszym kapitale kulturowym;
    • pracę, jak szacuje ZNP, może stracić kilkadziesiąt tysięcy nauczycieli zwalnianych z wygaszanych gimnazjów;
    • ci, którym pracę uda się znaleźć w podstawówkach (rzadziej – liceach), żeby uzbierać jeden etat, czyli 18 godzin lekcyjnych w tygodniu, będą musieli krążyć między kilkoma placówkami;
    • zamiast uczyć umiejętności program nauczania kładzie nacisk na opanowanie szczegółowej wiedzy z powiększonej liczby przedmiotów, osłabnie podejście interdyscyplinarne;
    • ograniczona zostaje m.in. rola projektu edukacyjnego jako nowoczesnej metody nauczania uczącej pracy zespołowej i budującej kapitał społeczny;
    • ograniczanie nauczania indywidualnego dla dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi – te dzieci zamiast w szkole, będą – zgodnie z rozporządzeniem o nauczaniu indywidualnym – mogły uczyć się tylko w domu
    • likwidacja gimnazjów pozbawia mniejsze miejscowości quasi centrów kultury i życia społecznego, podobnie działa polityka ograniczania szkolnych bibliotek;
    • rozbite zostaną zespoły nauczycielskie a ich dorobek zmarnowany. Dotyczy to nie tylko gimnazjów (zwłaszcza samodzielnych), ale także wielu podstawówek, które będą musiały de facto podzielić się tworząc „filie”, a to one stanowią o jakości uczenia.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym