"Od dwóch lat mamy wojnę pomiędzy politykami a trzecią władzą. W tej wojnie agresorem są politycy, trzecia władza broni swojej niezależności, która jest podstawą państwa prawa. Władza polityczna krok po kroku rozmontowuje mechanizmy państwa prawa, atakując także osobiście sędziów i chroniącą ich niezawisłość KRS" - pisze prof. Marcin Matczak.

Długo myślałem o sprawie sprzeciwu KRS wobec powołania asesorów i widzę ją tak: głównym agresorem jest Zbigniew Ziobro, którego celem jest przejęcie całkowitej kontroli nad sądami. Niestety, elementem tego planu, oprócz przejęcia Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, KRS oraz mianowania prezesów sądów, jest także pomysł Ziobry na powoływanie asesorów – młodych sędziów „na próbę”. Myśli, że jeśli będzie ich powoływał i obserwował w czasie próbnego bycia sędziami, uzyska na nich większy wpływ niż na starszych sędziów – będą mi przecież coś zawdzięczali, a jak opanuje KRS, to ich powołanie będzie od niego zależne.

W sytuacji takiej permanentnej wojny działa KRS. Ma miesiąc na ocenę dokumentacji prawie 300 asesorów, których powołał Zbigniew Ziobro.

KRS może podjąć dwie decyzje – albo wyrazić sprzeciw wobec tych powołań, albo milczeć i wtedy wszystkie te osoby zaczną orzekać.

Resort sabotuje

Od samego początku prace KRS nad oceną asesorów są przez Ministerstwo sabotowane: najpierw KRS nie dostaje dokumentacji, która powinna być dostępna elektronicznie, żeby można ją było szybko analizować. Następnie, po specjalnej prośbie, dostaje te dokumenty w wersji wydrukowanej. W tej dokumentacji są braki – nie ma aktualnych zaświadczeń o stanie zdrowia asesorów i są inne nieprawidłowości.

KRS staje przed trudną decyzją

Jeśli Rada poprosi o uzupełnienie, prawdopodobnie nie zdąży wydać stanowiska – oczywiście ktoś powie, że po wezwaniu termin nie będzie płynął. Tak, tak by było w normalnym kraju. A u nas Minister, który uważa, że może oceniać nawet wyroki sądów, uzna żądanie KRS za niezasadne i stwierdzi ostatecznie, że termin upłynął, a sprzeciwu KRS nie ma, więc asesorzy mogą orzekać.

Jeśli KRS się nie wypowie, Minister powie publicznie, że KRS jest właściwie niepotrzebna, albo że jest leniwa, albo że nie pracuje. Wytknie także, że zatwierdził asesorów mimo braków w dokumentacji, co go dyskwalifikuje. Naprawdę, tego ministra na to stać.

Ponadto brak sprzeciwu KRS oznaczałby, że wszyscy asesorzy zaczną orzekać.

A co do ich niezawisłości jest ciągle konstytucyjna wątpliwość. Wprawdzie po wyroku TK, który usunął asesorów z sądów jako niemających gwarancji niezawisłości, wiele w prawie zmieniono, ale powoływanie asesorów przez Ministra Sprawiedliwości wciąż budzi kontrowersje. W normalnym kraju KRS mogłaby zapytać TK – ale, wiadomo, jest wojna, TK został zdobyty przez polityków, nie ma sensu pytać.

KRS nie prosi więc o uzupełnienie, tylko wyraża sprzeciw wobec wszystkich – z powodu braków formalnych.

Z jednej strony surowa, być może nieproporcjonalna decyzja. Z drugiej strony nie zamyka asesorom drogi do zawodu, bo mogą się odwołać do SN.

KRS oczywiście zostaje natychmiast zaatakowana przez Zbigniewa Ziobrę, oskarżona o działanie na szkodę Polski, o realizację interesów korporacyjnych, o wszelkie zło. Zastanawiam się, dlaczego takich oskarżeń nie było, kiedy prezydent Duda odmawiał powołania sędziów przestawionych przez KRS, nie podając powodów i nie dając im jasnej drogi odwoławczej. Dlaczego wtedy minister Ziobro nie oskarżał prezydenta o działanie na szkodę Polski?

Wojna trwa zatem w najlepsze

A Minister Sprawiedliwości zaczyna używać asesorów jak Niemcy w 1109 roku użyli dzieci głogowskich – jako zakładników, jako żywych tarcz, bo przecież młodych żal.

To, że asesorowie są elementem układanki Ziobry, która ma na celu przejęcie pełnej kontroli nad sądami, jakoś wszystkim umyka. A asesorowie są niewinnymi ofiarami wojny o państwo prawa, wojny, której KRS ani nie rozpoczęła, ani nie chciała.

Wojny, w której KRS została postawiona pod ścianą i zaszczuta permanentnymi atakami, stopniową likwidacją gwarancji państwa prawa i obawą o dalsze ataki.

W normalnym kraju do tej sytuacji nigdy by nie doszło – normalnemu ministrowi sprawiedliwości, któremu leży na sercu rzeczywista poprawa efektywności wymiaru sprawiedliwości nigdy nie przyszłoby do głowy wykorzystywanie asesorów jako żywych tarcz w jego walce o władzę – zamiast zmieniać ustawę pod siebie i walczyć o wpływ polityczny poprzez mianowanie asesorów, powołałby sędziów na kilkaset istniejących wakatów.

W normalnym kraju zmianę ustawy dotyczącej asesorów można by zaskarżyć do niezależnego TK i KRS nie musiałaby mieć w tyle głowy kwestii konstytucyjności ich powołania. W normalnym kraju….

Niestety, nie żyjemy już w normalnym kraju, i ani KRS, ani – co oczywiste – asesorzy, nie są temu winni.


Najpierw sądy, potem media. Nie pozwólmy na to władzy.
OKO.press utrzymuje się dzięki Waszym wpłatom.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press