Co w tym życiorysie jest ważniejsze: moment błędu i upadku czy wydobycie się z tego i lata zaangażowania na rzecz wolności? Według mnie zasługi Wałęsy jako przywódcy Solidarności wielokrotnie przewyższają szkody, jaką wyrządziła działalność „Bolka”

„Prawdziwa historia Lecha Wałęsy to historię młodego robotnika, który w grudniu 1970 z dnia na dzień staje się jednym z liderów strajku, po czym trafia do więzienia, tam przeżywa załamanie, zgadza się współpracować z tajną policją i podejmuje tę współpracę, a potem powoli, ale konsekwentnie z tego się wydobywa. Zrywa z SB i przystępuje do opozycji jako jeden z pierwszych robotników w Gdańsku. A w sierpniu 1980 staje na czele wielkiego ruchu wolnościowego, który przyniósł Polsce wolność” – podsumowuje Jan Skórzyński w rozmowie z OKO.press.

Prof. Skórzyński przeanalizował dwie teczki TW Bolka znalezionych po śmierci b. szefa MSW Czesława Kiszczaka w jego domu. Teczki przejął rok temu IPN i były dostępne dla historyków.


Rola Lecha Wałęsy w najnowszej historii Polski jest od wielu lat podważana przez polityków PiS i związane z tą partią media i nawet część historyków. OKO.press opisało ten proces wymazywania, wygumkowywania przywódcy Solidarności.

Najnowszą okazją do wzmożenia tych zabiegów stała się konferencja IPN, podczas której eksperci grafolodzy potwierdzili, że doniesienia Tajnego Współpracownika SB Bolka z początku lat 70. XX w. znalezione w tzw. teczkach Kiszczaka, były pisane ręka Lecha Wałęsy.

Sławomir Cenckiewicz, główny tropiciel rzekomej zdrady Lecha Wałęsy, napisał z tej okazji pełen oszczerstw i insynuacji tekst – 14 mitów Lecha Wałęsy.

Historyk dziejów najnowszych Polski, autor monografii „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzej Friszke przeprowadził dla OKO.press analizę tego tekstu. „Sławomir Cenckiewicz wyprowadza swoje rojenia z wybranych dokumentów, omijając inne oraz szukając takich świadków, którzy poprą prokurowane przez niego zarzuty. Mało rozumie z dziejów i ducha „Solidarności” – napisał.

Tekst prof. Friszke okazał się jednym z najbardziej czytanych w historii OKO.press.

Na koniec tego mini-cyklu publikujemy relację prof. Jana Skórzyńskiego – Prawdziwa historia Lecha Wałęsy. Opracowaliśmy ją na podstawie rozmowy z profesorem.


Współpraca była faktem

Przeczytałem całą teczkę TW „Bolka”, przeanalizowałem każdy dokument i napisałem obszerny artykuł naukowy na ten temat, opublikowany w piśmie „Wolność i Solidarność”.

Nie da się zaprzeczyć, że współpraca Lecha Wałęsy z SB była faktem. Historycy, którzy się tym zajmują, którzy mieli do czynienia z tymi dokumentami, nie potrzebowali ekspertyz grafologicznych.

W badaniach historycznych takich ekspertyz raczej się nie robi. Wystarczy profesjonalna krytyka źródła, zewnętrzna i wewnętrzna, aby stwierdzić, że te dokumenty nie mogły być sfałszowane – jest ich zbyt dużo, kilkaset stron, są zbyt szczegółowe, dobrze osadzone w miejscu i czasie.

Zawierają także cechy, dzięki którym można zidentyfikować ich autora. Są napisane w stylu charakterystycznym dla Lecha Wałęsy, takiego, jakiego znamy z późniejszych lat. Zresztą to są bardzo ciekawe teksty z punktu widzenia historyka, dowodzące żywej inteligencji autora i zmysłu obserwacji.

Nie znamy motywów podjęcia przez Lecha Wałęsę współpracy z tajną policją PRL. Możemy się ich tylko domyślać.

Dramat Grudnia. Lęk robotnika

Na początek warto sobie uświadomić sytuację, w jakiej znalazł się 27-letni robotnik w grudniu 1970 r., gdy rozpoczyna się jego rola informatora. To było zaraz po krwawym stłumieniu protestów robotniczych. W Gdańsku i Gdyni to były dni terroru. Władza brała odwet na zbuntowanych „robolach”. Tysiące ludzi siedziało w aresztach, było maltretowanych, torturowanych, pozbawionych jakiejkolwiek opieki prawnej i medycznej. SB zabrała Wałęsę z domu, 19 grudnia wieczorem. Miał prawo nie być pewnym czy jeszcze wróci. Wykonał wtedy dramatyczny gest zdejmując swoją obrączkę i zostawiając żonie, żeby miała z czego żyć, gdyby go zabrakło.

Został przewieziony na komendę milicji. Nie wiemy dokładnie, co tam się z nim działo. Sam nie był bity, ale z całą pewnością wiedział, albo nawet widział, że inni zatrzymani są bici. Pierwszym, najbardziej naturalnym motywem zgody na współprace mógł więc być zwykły strach.

Na komendzie Wałęsa złożył szczegółowe zeznanie o tym, co sam robił w czasie tych dni strajkowych, ale nie obciążał innych, mówił jedynie o sobie. Zapis tego przesłuchania to bardzo ciekawe źródło historyczne o przebiegu wydarzeń grudniowych, którego wcześniej nie znaliśmy.

Lech Wałęsa był jednym z przywódców tamtego strajku. Był we wszystkich komitetach strajkowych Stoczni Gdańskiej i to jako jedna z kilku najbardziej czynnych osób. Dwa dni po zakończeniu strajku zostaje aresztowany.

A zatem Służba Bezpieczeństwa już wiedziała kim on jest, zidentyfikowało go jako przeciwnika. Nie jest anonimowym, zatrzymanym przypadkowo na ulicy człowiekiem, jak to pokazał w swoim filmie Andrzej Wajda.

Można zatem zrozumieć lęk młodego człowieka, który nagle wyskoczył przed szereg, wysforował się na czoło, stał się reprezentantem załogi, po tym natychmiast trafił za kraty. A bezpiece tym bardziej zależało, by wydobyć z niego informacje o strajku i nakłonić do współpracy.

Postępowali tak z większością zatrzymanych – udało im się w tych dniach zwerbować ponad 100 osób.

Jak wpłynąć na władze

Drugim motywem podjęcia współpracy mogło być, naiwne oczywiście, przekonanie, że on będzie mógł jakoś wpływać na postępowanie władz, jeżeli będzie ich informował, jeśli pozyska ich zaufanie.

Wałęsa bardzo silnie przeżył dramat Grudnia 1970, było to dla niego przeżycie traumatyczne, zginęli przecież jego koledzy. Napisał zresztą w swojej autobiografii, o tym jaki straszny i samotny był ten Grudzień. Miał poczucie, że stała się tragedia. I że trzeba wszystko zrobić , by do niej nie doszło jeszcze raz.

Jak tego można było uniknąć? Przekonując władzę do różnych posunięć pozytywnych, które poprawią los robotników, warunki pracy i płacy. Wówczas nie będzie powodu do ponownego krwawego protestu.

Jeszcze innego wytłumaczenia można szukać w postawie życiowej Wałęsy, która była zawsze postawą aktywną. To nie jest człowiek, który biernie czeka na rozwój wypadków. Tym bardziej po Grudniu, gdy mogło się wydawać, że otwiera się pole dla społecznej aktywności.

Znienawidzony Gomułka upadł, powołano nowe kierownictwo partii i państwa. Nowy I sekretarz Gierek wywarł dobre wrażenie na robotnikach, pojechał do strajkującego Szczecina, 25 stycznia był w Gdańsku.

Wałęsa uczestniczył w spotkaniu z szefem partii jako jeden z delegatów wybranych przez załogę, razem z Anną Walentynowicz. Wałęsa wspomina w swojej autobiografii to spotkanie i słynny dialog: „Pomożecie?”. „Pomożemy”.

Choć tej odpowiedzi robotników tak naprawdę nie było. To była manipulacja propagandy post factum. Historycy przesłuchali nagranie z tego spotkania i stwierdzili, że żadna odpowiedź na pytanie Gierka „No to jak, pomożecie?” nie pada. Były tylko oklaski. Sala nie była wroga, klaskała, ale nie było aktywnego poparcia dla szefa partii.

Wałęsa z nadzieją powitał – jak wielu ludzi w Polsce –  nowe władze.

Toteż mógł mieć nastawienie pozytywistyczne: róbmy dobrą robotę, pilnujmy spraw na dole, ci na górze wiedzą co robią.

Taka postawa zaznacza się od pewnego momentu w jego informacjach dla SB.

Półtora roku aktywnej współpracy

Tych donosów jest dużo, jest to współpraca aktywna przez pierwsze półtora roku. „Bolek” przekazuje wiele informacji personalnych, które bez wątpienia mogły ludziom zaszkodzić. Bierze za to pieniądze.

Ale współpraca z SB zaczyna zmieniać charakter od połowy 1972, a już wyraźnie w 1973 roku. Kurczą się doniesienia zawierające informacje, na których policji zależało, o tym kto knuje lub pomstuje przeciwko władzy.

Raporty „Bolka” coraz częściej przybierają formę zażaleń na sytuację w Stoczni z punktu widzenia robotników.

Teksty doniesień inteligentnie napisane, stanowią coś w rodzaju krótkich memoriałów o tym, co trzeba poprawić, zmienić, żeby ludzie byli zadowoleni, żeby praca szła do przodu, żeby nie było marnotrawstwa.

Ten styl informowania spotyka się z niezadowoleniem SB, która obsztorcowuje współpracownika, zaleca aby nie umieszczał w swych doniesieniach ogólnych uwag o sytuacji w stoczni czy w kraju, żeby swoje opinie zachował dla siebie, bo one nikogo nie interesują. Ale Wałęsa z uporem robi swoje.

Donosy na system

Staje się coraz bardziej niesfornym współpracownikiem, który mówi bezpiece w dużej mierze to, co sam chce, a nie to czego oni oczekują. Podejmowane z nim przez oficerów wyższej rangi rozmowy dyscyplinujące nie skutkują.

Od 1974 r. właściwie przestaje donosić na konkretnych ludzi, a donosić na system, w którym ludzka praca jest marnowana, króluje dezorganizacja, a obiecywane reformy nie następują.

W istocie zaczyna pełnić rolę reprezentanta interesów załogi. Być może jest przekonany, że SB stanowi kanał informacyjny do władz wyższych lub że to jest ta realna władza, że oni mogą coś zmienić w zakresie pracy stoczni, wpłynąć na dyrekcję.

Jednocześnie od 1973 Wałęsa zaczyna unikać spotkań z SB. Nie przychodzi na spotkanie lub przychodzi i mówi, że nic się nie wydarzyło ciekawego. Wymiguje się od współpracy.

Niemal w każdym meldunku z lat 1974- 75 są uwagi, że nie widzi niczego ważnego, co mogłoby zainteresować organa bezpieczeństwa.

Pytany o to, co mówią koledzy, twierdzi, że nawet jeśli ktoś coś powie w żartach, to nie można brać tego na serio. Zaczyna wręcz tłumaczyć robotników gardłujących na stoczni, o których policja wiedziała od innych informatorów.

W grudniu 1975 roku współpraca się kończy

Można powiedzieć, że ku obopólnemu zadowoleniu. Równolegle bowiem z pracą dla bezpieki Wałęsa rośnie jako jeden z najbardziej zadziornych pracowników w Stoczni.

Wiemy z doniesienia innego informatora, że już

w 1974 r. mówi kolegom, że trzeba pozbyć się ze związków zawodowych „czerwonych pająków”, czyli komunistów, którzy dbają tylko o własny interes – domy, samochody i wczasy zagraniczne.

Jego zdaniem, usamodzielnienie się związków może wywalczyć następny strajk, a z powodu pogarszających się coraz szybciej warunków życiowych „powtórka grudnia 70 roku” jest pewna. Trzeba to będzie wykorzystać do zbudowania związków na wzór państw zachodnich.

Na początku 1976 roku na zebraniu związkowym zaatakował „związki manekinów”. Skrytykował też dyrekcję za złą organizację pracy, niebezpieczne warunki, przedterminowe wodowanie statków na pokaz, wyniszczającą, „głupią robotę”.

Nie oszczędził też władz, mówił, że „Gierek oszukał naród, nie dotrzymał obietnic, robi co chce, nie pytając klasy robotniczej”.

Za to wystąpienie zostaje wyrzucony ze Stoczni. SB nie próbuje się temu przeciwstawić. Najwyraźniej bezpieka uznała, że stał się większym problemem niż pożytkiem.

Wróg nr 1

Na tym przeważnie urywa się opowieść o kontaktach Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa, ale ważne jest, co było dalej.

Latem 1978 roku, kilka tygodni po ich powstaniu, Wałęsa wstępuje do Wolnych Związków Zawodowych. A nie jest to liczna grupa, około 20 osób. Wiadomo, że był stoczniowcem, więc jest bardzo ważnym nabytkiem dla WZZ. Wałęsa pracuje w kolejnych zakładach, z których go wyrzucają za działalność opozycyjną.

I w tym momencie SB zgłasza się do niego i próbuje odnowić współpracę. Staje się znowu dla nich interesujący. Jest policyjny raport z tej rozmowy, z którego wynika, że  kategorycznie odmawia. Wyrzuca za drzwi oficerów, którzy do niego przychodzą – już po raz drugi od 1976 r.

W 1978 r. SB zakłada mu zatem SOR (Sprawę Operacyjnego Rozpracowania), co oznacza, że traktuje go jako opozycjonistę, przeciwnika systemu. Wałęsa jest inwigilowany, zatrzymywany w aresztach i poddany wszelkim innym szykanom jako uczestnik działań antypaństwowych.

Od tej pory aż do 1989 r. był z całą pewnością uważany przez bezpiekę za przeciwnika reżimu, a od 1980 roku za wroga numer jeden systemu komunistycznego w Polsce.

IPN teraz niczego nowego nie ujawnił. Ogłosił tylko ekspertyzę grafologiczną potwierdzającą, że doniesienia „Bolka” są pisane ręką Wałęsy. Dokumenty są znane od wiosny ubiegłego roku, to dwie teczki TW „Bolek” znalezione w domu generała Kiszczaka. Jeżeli ktoś się tym interesował, to mógł do nich zajrzeć, od dawna były dostępne.

Stan wojenny kluczowy

Prawdziwa historia Lecha Wałęsy to zatem historię młodego robotnika, który w grudniu 1970 z dnia na dzień staje się jednym z liderów strajku, po czym trafia do więzienia, tam przeżywa załamanie, zgadza się współpracować z tajną policją i podejmuje tę współpracę, a potem powoli, ale konsekwentnie z tego się wydobywa. Zrywa z SB i przystępuje do opozycji jako jeden z pierwszych robotników w Gdańsku. A w sierpniu 1980 staje na czele wielkiego ruchu wolnościowego, który przyniósł Polsce wolność.

Bardzo ważny moment , potwierdzający całkowite zerwanie związków z SB, to początek stanu wojennego, gdy próbowano go szantażować jego przeszłością. Gdy był internowany w Arłamowie, odwiedzali go tam oficerowie SB, którzy z nim się kontaktowali na początku lat 70. Dając sygnał, że te teczki są i można je ujawnić. Wałęsa się tego nie przestraszył. I wygrał, tych teczek nie użyto przeciwko niemu.

Słabość czy siła Wałęsy

Są tacy, którzy twierdzą, wbrew znanym nam faktom, że Wałęsa nigdy się nie wydobył  z tego załamania, że jego dawne – lub wciąż aktualne – związki z SB w sposób decydujący wpływały na prowadzoną przez niego politykę. Żadne dokumenty źródłowe jednak nie potwierdzają takich supozycji.

Przypadek Lecha Wałęsy nie jest wyjątkowy. Znamy z historii Polski wiele osób, które dokonywały fałszywych wyborów w jakichś momentach swojego życia, a potem potrafiły z tym zerwać i pójść w zupełnie innym kierunku.

Mówię na przykład o ludziach zaangażowanych w system stalinowski, służących komunizmowi jako nadworni filozofowie czy poeci, którzy potem stali się ważnymi postaciami opozycji antykomunistycznej. Inni, warszawscy intelektualiści, próbowali podjąć rodzaj gry z SB, udzielając jednych informacji, ukrywając inne. Po czym byli aktywnymi opozycjonistami.

Co w tych życiorysach jest ważniejsze: moment błędu i upadku czy wydobycie się z tego i lata zaangażowania na rzecz wolności?

Według mnie zasługi Wałęsy jako przywódcy Solidarności wielokrotnie przewyższają szkody, jaką wyrządziła działalność „Bolka”.

Można zaryzykować hipotezę, że tamto doświadczenie w jakimś sensie go wzmocniło, przygotowało na kontakty z policją. Zetknięcie się twarzą w twarz ze Służbą Bezpieczeństwa było dla każdego szokiem, o czym dziś nie mają pojęcia młodzi, zapalczywi historycy, którzy tak chętnie wydają dziś sądy moralne na temat tamtych czasów.

Ten, kto przez to przeszedł, był bardziej uodporniony na konfrontację z reżimem komunistycznym, niż ten, kto nigdy takiego doświadczenia nie miał.

Może więc nie ma przypadku w tym, że dwaj najważniejsi przywódcy strajków sierpniowych 1980 roku – Lech Wałęsa w Gdańsku i Marian Jurczyk w Szczecinie, mieli za sobą epizod współpracy z SB w latach 70. Zwłaszcza, że zdołali się z tego samodzielnie wyrwać.

Polityka wypiera historię

W istocie w dzisiejszym sporze o Lecha Wałęsę nie chodzi tylko o niego. Tu kończy się historia, a zaczyna się polityka.

Ci, którzy są przeciwnikami ewolucyjnego sposobu wyjścia z komunizmu, jaki Polska przeprowadziła w 1989 r, na zasadzie kompromisu z poprzednim reżimem, bez rewolucyjnych wstrząsów i załatwiania porachunków, będą uważali, że tak się stało, bo Wałęsa, który był przywódcą obozu demokratycznego i współautorem tego wynegocjowanego końca PRL, był w przeszłości uwikłany.

Ci, którzy uważają, że ten wynegocjowany upadek komunizmu był naszym wielkim sukcesem i otworzył drogę do upadku komunizmu we wszystkich innych krajach Europy Środkowo Wschodniej, które poszły tą samą drogą (z wyjątkiem Rumuniii), nie będą dawać wiary teoriom spiskowym z tajną policją w roli głównej. I dlatego ta dyskusja szybko się nie zakończy, bo ona jest motywowana poglądami politycznymi, a nie faktami historycznymi.

Jan Skórzyński – historyk i politolog, profesor Collegium Civitas, redaktor naczelny pisma naukowego „Wolność i Solidarność”. Autor wielu książek, m.in.: Rewolucja Okrągłego Stołu (2009), Zadra. Biografia Lecha Wałęsy (2009), Siła bezsilnych. Historia Komitetu Obrony Robotników (2012), Krótka historia Solidarności 1980-1989 (2014)


OKO sprawdza, czy politycy mówią prawdę o historii.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Historyk i politolog, wykładowca Collegium Civitas. W PRL uczestnik ruchu opozycyjnego, jeden z założycieli Samorządu Studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Członek Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Pracował w redakcjach „Przeglądu Katolickiego”, „Tygodnika Solidarność”, „Spotkań”, był zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” i szefem dodatku „Plus-Minus” (2000-2006). Jest redaktorem naczelnym pisma naukowego „Wolność i Solidarność”.
Napisał m.in. „Rewolucję Okrągłego Stołu”, biografię Lecha Wałęsy, historię Komitetu Obrony Robotników, „Krótką historię Solidarności 1980-1989”. Ostatnio wydał „Nie ma chleba bez wolności. Polski sprzeciw wobec komunizmu 1956-1980”. Jego książki były trzykrotnie nominowane do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego.


Masz cynk?