01 listopada 2020

Politycznym dziadersom nie mieści się w głowach, że "nasze drogie panie" chcą władzy [ROZMOWA]

"Kobiety nie chcą być stawiane przez mężczyzn na piedestale. Chcą władzy i są gotowe o władzę walczyć w sposób bezkompromisowy" – socjolożka dr Elżbieta Korolczuk komentuje słowa premiera Morawieckiego i marszałka Grodzkiego

Sebastian Klauziński, OKO.press: Jest 1 listopada, więc chciałbym porozmawiać z panią o politycznych dziadach.

Dr Elżbieta Korolczuk*, socjolożka: Bardzo piękne określenie ukuła chyba Sylwia Chutnik – "dziadersi". Odnosi się nie tyle do wieku, ile do pewnego rodzaju mentalności, która zakorzeniła się w poprzedniej epoce i nie może się od niej oderwać. Dla politycznych dziadersów kobiety to kwiatek u kożucha umilający życie: "całujemy panie w rączki", ale do władzy się oczywiście nie nadają, bo – jak wiadomo – ich macice wędrują, wpadają w histerię.

No dobrze, to niech zostaną dziadersi. W piątek premier Mateusz Morawiecki, komentując prezydencki projekt ustawy o aborcji, mówił tak: "Rozumiem gniew, zaniepokojenie. Rozumiem zwłaszcza kobiety. To one przeżywały, szczególnie w pierwszej fazie pandemii, ogromnie trudny czas. To wasze, drogie panie, mieszkania i domy zamieniały się czasami w biura, restauracje, sale szkoleniowe, szkoły, przedszkola (...) Trzeba rozmawiać, propozycja jest bardzo otwarta i taka, która myślę, że uspokaja przede wszystkim nasze panie, nasze kobiety, nasze mamy, córki, siostry".

Na drugą nóżkę marszałek Senatu Tomasz Grodzki w czwartkowym orędziu mówił: "To kobiety sprawiają, że nasze codzienne życie toczy się harmonijnie i gładko w sposób trochę jakby niezauważalny, a dopiero gdy nasza babcia, mama, żona, córka czy partnerka musi z jakichś powodów się wyłączyć, dostrzegamy, że bez kobiet nasza egzystencja staje się trudna, bezbarwna i irytująca".

Naczynia się same nie zmywają, koszule nie prasują, a obiad nie pojawia się w magiczny sposób sam na stole. Wow!

Na ulicach mamy rewolucję, a dwóch ważnych polityków – mimo że stoją po dwóch stronach barykady – mówi o kobietach w bardzo podobny sposób. Dlaczego?

Obaj odwołują się do myślenia o kobiecości, które dla młodego pokolenia kobiet jest równie odległe, co życie na Marsie. Czyli takiej wizji, w której kobiety nie powinny być zbyt stanowcze, nie powinny mówić wprost, czego żądają. Kobiety to przede wszystkim łagodność, delikatność. De facto to antyteza męskości, czyli – w tej wizji – decyzyjności, władzy, stanowczości. Kobiety mają wpływać na dobrą atmosferę, dbać i kochać. A mężczyźni je za to wielbią. Ta wizja jest bardzo mocno zakorzeniona w tym, co prof. Anna Titkow opisuje jako tradycyjny "kontrakt płci w Polsce".

Kiedy ja robiłam badania z matkami i córkami, to kobiety z tego starszego pokolenia, urodzone zwykle zaraz po wojnie, nawet jeżeli były niezależne finansowo i życiowo od partnerów, bardzo często uznawały taką wizję albo za obowiązującą, albo taką, co do której kobiety powinny udawać, że się z nią zgadzają.

W ramach tej wizji

starsze pokolenie kobiet uważało, że można coś wynegocjować i uzyskać tylko udając głupszą, niż się jest.

Natomiast młode pokolenie, szczególnie najmłodsze kobiety, kompletnie to odrzuca. Taka wizja zupełnie nie pasuje do ich doświadczeń i potrzeb.

Niech mi pani to wyjaśni, bo nie rozumiem. Patrzę na kobiety, które teraz walczą na ulicach. Ostatnie, co by mi przyszło do głowy to nazywanie ich "naszymi drogimi paniami". Czy polityczni dziadersi nie widzą tego, że to kobiety robią teraz rewolucję?

Myślę, że nawet jeżeli to widzą, to wkładają całą tę aktywność – dokładnie tak jak marszałek Grodzki – w ramę historyczno-martyrologiczną. W orędziu, które pan przytoczył, marszałek powiedział też, że: "w najtrudniejszych momentach naszej historii to właśnie one [kobiety], kultywując język, tradycje i obyczaje ratowały tożsamość i istnienie naszego narodu". To jest wizja, w której do kobiet można się odwołać w momencie kryzysu jako tych osób, które będą ratowały państwo, naród (w sensie biologicznym i kulturowym), będą przekazywały wartości, m.in. religijne. To model romantyczny, rodem z XIX wieku. Dla młodych kobiet jest nieatrakcyjny i politycznie zupełnie przestarzały.

Co do Morawieckiego, to sądzę, że miał to być gest uspokajający. On mówi przede wszystkim do swojego elektoratu. Zdaje sobie sprawę, że większość kobiet, które wychodzą na ulice, to nie są jego wyborczynie. Premier udaje, że chce uspokojenia sytuacji, że ma coś do zaoferowania.

Typowa strategia tego rządu: rozpalamy ognisko, dolewamy benzynę, a potem mówimy: "przecież my tutaj możemy upiec razem kiełbaski, będzie wspaniale!".

Sztuczne uspokajanie sytuacji, która tak jakby przyszła z zewnątrz, jakby to nie Jarosław Kaczyński podjął decyzję o głosowaniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

Wrócę jeszcze do opozycyjnych dziadersów. Co oni mają w głowach? Niech te nasze panie już protestują, załatwią, co mają załatwić i do domu, do pilnowania domowego ogniska?

Nawet nie to. Myślę, że wspomniany już marszałek Grodzki naprawdę nie rozumie tej zmiany. Nie rozumie, że

dzisiejsze kobiety nie chcą działać na zapleczu, nie chcą być stawiane przez mężczyzn na symbolicznym piedestale. One chcą władzy i są gotowe o władzę walczyć w sposób bezkompromisowy. To jest coś, co nie mieści się dziadersom w głowach.

A przecież jakby się przyjrzeć temu z historycznej perspektywy, to kobiety bardzo często stały na czele rewolucji. W rewolucji francuskiej były intelektualistki, ale były także kobiety idące z ludem, walczące o chleb. Są więc dwie tradycje, które mogą uzasadnić kobiece zaangażowanie, ale proszę zauważyć, że w tej tradycji intelektualnej, tradycji klasy wyższej, trzeba zachować kobiecie decorum. Żeby móc się wypowiadać, trzeba być kobietą kobiecą. Natomiast w tradycji ludowej uzasadnieniem kobiecego zaangażowania jest walka o rodzinę.

W jednym i drugim myśleniu – pomimo walki o prawa wyborcze, seksualne itd. – brak miejsca na uznanie, że kobiety mogą występować jako grupa, mieć własną podmiotowość, myśleć o sobie niezależnie od mężczyzn. Nie być żonami, matkami, przyjaciółkami, tylko grupą, która ma swoje własne interesy polityczne i zamierza uzyskać władzę.

Żeby nie było, że pastwię się tylko nad Morawieckim i Grodzkim, to przed naszą rozmową szukałem dziadersów samorządowych. Wielu burmistrzów, wójtów i prezydentów wyrażało w ostatnich dniach troskę i solidarność z "naszymi drogimi paniami".

To taki ciekawy gest, prawda? Niby wyrażenie solidarności, ale jednocześnie gest upupiający. Jakby mówili: "No tak, uznajemy, że macie swoje racje i tak dalej, ale pamiętajcie, że tak naprawdę jesteście naszymi drogimi paniami. Nie stańcie się tymi strasznymi wiedźmami, które obcinają facetom jaja".

Właśnie wróciłem z mojego rodzinnego Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie odbywają się teraz chyba największe protesty, jakie widziało to miasto. Niesamowite było organizowanie się i samopomoc kobiet. Od organizacji samych protestów, przez przygotowywanie banerów, ulotek, szycie maseczek. Mężczyźni też oczywiście biorą udział w demonstracjach, ale wszystko od początku do końca koordynują kobiety. Większość tych, z którymi rozmawiałem, po raz pierwszy w życiu angażuje się politycznie.

To było widać już przy czarnych protestach, a teraz to się jeszcze wzmocniło. W ciągu ostatnich lat mamy w ogóle do czynienia z normalizacją protestów ulicznych jako pewnego rodzaju zaangażowania politycznego. To przez wiele lat w Polsce kulało. Protesty kojarzyły się głównie z rolnikami czy górnikami palącymi opony. Dzięki obecnemu rządowi mocno się to zmieniło.

Jak się popatrzy na to, kto buduje instytucjonalne społeczeństwo obywatelskie, to też są w większości kobiety. To widać zwłaszcza na poziomie małych miasteczek i wsi, gdzie to kobiety robią stowarzyszenia, organizują się, zawiązują koalicję wokół takich rzeczy jak sprzeciw wobec budowy przemysłowych kurników czy ferm norek.

Mnie to nie dziwi, bo kobiety od dłuższego czasu były rdzeniem lokalnego organizowania się, stanowią większość osób zatrudnionych w trzecim sektorze.

Coraz częściej wchodzą też do lokalnej polityki, chociaż głównie tam, gdzie nie ma za dużo władzy i pieniędzy, np. w ciągu ostatniej dekady bardzo dużo kobiet zostało sołtyskami.

Natomiast bardziej zabetonowane są te wyższe poziomy, gdzie są pieniądze i władza, a co za tym idzie, realny wpływ na rzeczywistość jest większy.

Jaki jest los politycznych dziadersów? Są niereformowalni czy coś może zmienić ich myślenie i zaczną traktować kobiety podmiotowo?

To bardzo trudne pytanie. Porównując czarne protesty z 2016 roku z tymi obecnymi - widać, że w najmłodszym pokoleniu jest masa fantastycznych kobiet, które mają potencjał na liderki, mają świetne kompetencje, potrafią przemawiać i mają polityczną intuicję. Pytanie, co się z tymi kobietami teraz będzie działo.

Partie polityczne są mocno zabetonowane. Tylko w Lewicy jest grupa młodych kobiet, które wyszły z protestów, NGO-sów i przeszły do polityki. Ale Lewica ma osiem czy dziesięć procent poparcia. W innych ugrupowaniach, jak chociażby w Koalicji Obywatelskiej, młodość reprezentują w większości ludzie po czterdziestce, którzy od dwóch dekad już są w partii.

Jeszcze gorzej jest w mediach. Doprowadzała mnie do szału sytuacja, kiedy wszyscy pytali: gdzie są młodzi? Dlaczego się nie angażują? Dlaczego nie walczą o Trybunał Konstytucyjny? Ale w momencie, kiedy ci ludzie w ilościach setek tysięcy się ruszają, to nie mówi się im: dobrze, to chodźcie do mediów, powiedzcie, co macie do powiedzenia, spróbujmy oddać wam głos.

W głównych mediach stosunek do młodych jest właśnie trochę taki jak stosunek dziadersów do kobiet. "Fajnie, że jesteście. Chodźcie, proszę, tutaj macie takie miejsce z boku, wspierajcie nas, ale wiecie – nie macie własnej podmiotowości, nie jesteśmy zainteresowani tym, czego wy naprawdę chcecie".

Bardzo bym chciała, żeby to zostało przełamane, żeby znalazła się przestrzeń dla tego nowego pokolenia, a szczególnie dla młodych kobiet. Niech one w końcu zaczną być traktowane jako podmiot polityczny, a nie jako „nasze panie“ albo materiał na mit.

Dr Elżbieta Korolczuk – socjolożka, pracuje na Uniwersytecie Södertörn w Sztokhomie, wykłada w Ośrodku Studiów Amerykańskich na Uniwersytecie Warszawskim. Bada ruchy społeczne, społeczeństwo obywatelskie, kategorię płci oraz rodzicielstwo, w tym nowe technologie reprodukcyjne. Wydała m.in. książki Civil Society revisited: Lesssons from Poland wydana z Kerstin Jacobsson (Berghahn Books, 2017) i Matki i córki we współczesnej Polsce (Universitas, 2019). Działa w Warszawskim Strajku Kobiet, jest honorową członkinią Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci” i członkinią rady Fundacji „Akcja Demokracja”.

Udostępnij:

Sebastian Klauziński

Dziennikarz zespołu śledczego. Pracował w „Gazecie Wyborczej” i „Newsweeku”. Od 2018 roku w OKO.press. Finalista Nagrody Radia ZET oraz Nagrody im. Dariusza Fikusa za cykl tekstów o “Układzie wrocławskim”. Trzykrotnie nominowany do nagrody Grand Press.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne