"Nie walczymy o podwyżki, bo już je dostaliśmy, choć nasze wynagrodzenia nadal są grubo poniżej średniej krajowej" - mówi OKO.press Ewa, rezydentka pediatrii. "Większość szpitali jest w tragicznym stanie. Czasami wręcz sypią się ściany, odpadają od nich tynki, toalety nie spełniają norm sanitarnych, a jedzenie na większości oddziałów jest po prostu okropne"

W sobotę, 1 czerwca o 13:00 – czyli już teraz – rozpoczyna się pod Ministerstwem Zdrowia strajk lekarzy-rezydentów. Marsz pod hasłem „6,8 proc na zdrowie!” przejdzie Traktem Królewskim pod budynek Sejmu RP. Porozumienie Rezydentów działające przy Ogólnopolskim Związku Zawodowym Lekarzy podkreśla, że demonstracja o charakterze „apolitycznym”, tj. ukierunkowana na poprawę warunków pracy lekarzy oraz polepszenie dramatycznej sytuacji pacjentów. Data nie jest przypadkowa – pisze na Twitterze Jakub Kosikowski, aktywista PR OZZL – wyznaczono ją tak, by uniknąć wciągnięcia w spór partyjny związany z kampanią do Parlamentu Europejskiego.


Oglądaj relację live OKO.press z protestu


Rezydenci wychodzą na ulicę, bo nie zgadzają się również na stosowany przez rząd przelicznik PKB, który sprawia, że do służby zdrowia trafi w tym roku 10 mld zł mniej niż powinno na mocy zawartego w 2018 roku porozumienia.

„W związku z tym, że procent PKB przeznaczany na zdrowie jest niewystarczający do zaspokojenia bieżących potrzeb, warunki w jakich leczymy pacjentów są nieraz koszmarne” – mówi OKO.press Ewa, rezydentka pediatrii.

„Większość szpitali jest w naprawdę tragicznym stanie. Czasami wręcz sypią się ściany, odpadają od nich tynki, toalety nie spełniają norm sanitarnych, a jedzenie na większości oddziałów jest po prostu okropne, zupełnie nienadające się do dietetycznego wspierania osób chorych. A dieta ma przecież duży wpływ na powrót pacjenta do zdrowia”.

Lekarze chcą też ograniczenia papierologii, którą są obciążeni.

„Mając około 15 minut na przyjęcie pacjenta w przychodni, 10 minut musimy poświęcić na uporanie się z papierami. Na oględziny pacjenta zostaje więc 5 minut, to skandalicznie mało. Nie muszę chyba dodawać, jakie są tego konsekwencje”.

OKO.press przypomina historię protestów lekarzy i wyjaśnia, o co chodzi w dzisiejszej demonstracji.

Trzy lata protestów

Protesty lekarzy-rezydentów rozpoczęły się na szerszą skalę latem 2016 roku. Przedstawiciele PR OZZL domagali się wtedy zwiększenia dostępności do specjalizacji, podniesienia wynagrodzeń, przestrzegania przez państwowe placówki prawa pracy, likwidacji umów śmieciowych, nałożenia limitów godzin nakładanych na dyżury oraz – przede wszystkim –  zwiększenia nakładów na służbę zdrowia z 4,5 proc. do 6,8 proc. PKB, żeby przybliżyć Polskę do standardów europejskich.

Według danych Eurostatu za 2016 rok, Polska ma prawie najniższe nakłady na ochronę zdrowia per capita w całej Unii Europejskiej. Za nami plasują się tylko Bułgaria i Rumunia.

Źródło: Eurostat

Rezydenci nie domagają się podwyżek, bo te niedawno dostali – na mocy porozumienia “Na zdrowie” z 8 lutego 2018 roku, wypracowanego z ministrem Łukaszem Szumowskim, który miesiąc wcześniej przejął resort zdrowia z rąk Konstantego Radziwiłła. Było ono wynikiem dwóch lat nieustających nacisków wywieranych na rząd przez Krajową Izbę Lekarską i OZZL.

Treść porozumienia z 8 lutego można znaleźć na profilu fb PR OZZL.

Ministerstwo, podpisując porozumienie, zobowiązało się do udzielenia 700 zł brutto miesięcznie podwyżki dla lekarzy realizujących tzw. specjalizacje priorytetowe (anestezjologia i intensywna terapia, chirurgia onkologiczna, chirurgia ogólna, onkologia kliniczna, choroby wewnętrzne, hematologia, geriatria, kardiologia dziecięca, medycyna rodzinna, pediatria, psychiatria, ortodoncja, stomatologia dziecięca) oraz dodatkowych 600 zł brutto miesięcznie dla lekarzy specjalizacji niepriorytetowych.

Wynagrodzenie dla rezydentów specjalizacji priorytetowych miało więc wynieść finalnie 4700 zł brutto (ok. 3340 zł netto) miesięcznie, natomiast dla pozostałych specjalizacji – 4000 zł brutto (ok. 2850 zł netto) miesięcznie w pierwszych trzech latach rezydentury. Dla rezydentów po tym okresie, kwotę tę podniesiono dodatkowo o 600 zł brutto w przypadku specjalizacji priorytetowych oraz 500 zł brutto w przypadku specjalizacji niepriorytetowych.

Z tego zobowiązania rząd się wywiązał. Przykładowo, rezydent specjalizacji psychiatrycznej na czwartym roku specjalizacji zarabia aktualnie 5300 zł brutto (ok. 3760 zł netto) miesięcznie, natomiast jego kolega-dermatolog – 4700 zł brutto ( ok. 3340 zł netto) miesięcznie. Podwyżki obowiązują od zeszłego roku. Ministerstwo zrealizowało też postulat włączenia do kosztów programu specjalizacji 40 godzin płatnych dyżurów pełnionych przez rezydentów, żeby placówki kształcące rezydentów dysponowały nieco większym budżetem ułatwiającym proces ich wdrażania.

Do 2028 roku ma przestać obowiązywać także klauzula “opt-out” (§ 9. postanowienia), pozwalająca na – niekiedy mordercze – przekraczanie kodeksowych limitów czasu pracy.

Dopuszczalny tygodniowy wymiar pracy wynosić ma nie więcej niż 48 godzin. To ważne zobowiązanie.

Z uwagi na niedostateczną liczbę lekarzy-specjalistów, dyżury są dziś zdecydowanie zbyt częste i nierzadko 24-godzinne, co przekłada się na notoryczne przepracowanie lekarzy i obniżenie jakości świadczonych przez nich usług.

Żeby wprowadzenie klauzuli stało się realne, lekarzom należałoby ułatwić dostęp do specjalizacji, ponieważ w tym momencie wielu z nich może zapomnieć o kształceniu w wymarzonym kierunku. By zrealizować cel zawarty w §9, należałoby całkowicie zreformować system kształcenia młodych lekarzy, a ministerstwo nie podejmuje póki co w tym kierunku żadnych zdecydowanych kroków.


Przez papierologię mam 5 minut na jednego pacjenta. Tynki odpadają od ścian

Rozmawiamy z Ewą, rezydentką specjalizacji pediatrycznej:

Dlaczego strajkujecie? Rozumiem, że nie jest to kolejny protest pt. “Nie mamy za co żyć?”

Nie walczymy o podwyżki, bo podwyżki już dostaliśmy, chociaż nasze wynagrodzenia nadal lokują się grubo poniżej średniej krajowej. Chodzi nam głównie o to, że rząd nie wywiązał się z postulatów, które wynegocjowaliśmy.

To znaczy?

To znaczy, że nic nie wskazuje na to, żeby rząd aktywnie dążył do przeznaczenia 6,8 proc. PKB na służbę zdrowia, a takie były założenia podpisanego porozumienia. Ministerstwo miało też ograniczyć zbędną papierologię, która – poza niedoborem specjalistów – stanowi główną przyczynę horrendalnych kolejek.

Problemu kadrowego w polskiej służbie zdrowia nie da się rozwiązać tak łatwo, jednak próby rozwiązania problemów z przesadnie rozbudowaną biurokracją powinny zostać powinny stanowić w tym momencie jeden z ministerialnych priorytetów.

Jakiego rodzaju jest to papierologia? Jak wygląda w praktyce?

W tym momencie, przyjmując pacjenta do szpitala czy w poradni, musimy wypełniać cały plik dokumentów, przy czym na samego pacjenta zostaje nam bardzo niewiele czasu.

Mając około 15 minut na przyjęcie pacjenta w przychodni, 10 minut musimy poświęcić na uporanie się z papierami. Na oględziny pacjenta zostaje więc 5 minut, to skandalicznie mało. Nie muszę chyba dodawać, jakie są tego konsekwencje.

A jak proponowaliście to zmienić? Bo jakiś wywiad z pacjentem chyba musicie przeprowadzić? Albo wypisać mu L4.

Tak, ale nie chodzi tylko o wywiad. Przy przyjęciu mamy jeszcze do wypełnienia różne ankiety, moim zdaniem nie do końca potrzebne, jak choćby skala żywienia pacjenta. Znacznie efektywniej byłoby wykorzystać ten czas na bardziej szczegółowe badanie. Zwłaszcza w przypadku dzieci ma to niebagatelne znaczenie. Małe dzieci nie odpowiedzą na pytania, nie zakomunikują szczegółowo objawów. Do wszystkiego trzeba dojść w drodze badania, posiłkując się szczątkowymi informacjami udzielonymi przez rodziców.

Biurokracja to jednak tylko jedna z bolączek. Najbardziej dotkliwe są zbyt małe nakłady na służbę zdrowia. W związku z tym, że procent PKB przeznaczany na zdrowie jest niewystarczający do zaspokojenia bieżących potrzeb, warunki w jakich leczymy pacjentów są nieraz koszmarne.

Większość szpitali jest w naprawdę tragicznym stanie. Czasami wręcz sypią się ściany, odpadają od nich tynki, toalety nie spełniają norm sanitarnych, a jedzenie na większości oddziałów jest po prostu okropne, zupełnie nienadające się do dietetycznego wspierania osób chorych. A dieta ma przecież duży wpływ na powrót pacjenta do zdrowia.

Do tego dochodzi brak funduszy na rozbudowę, niewystarczająca liczba sal przekładająca się na to, że nie możemy zagwarantować pacjentowi łóżka, że rodzice, którzy przebywają w szpitalu z dzieckiem muszą przysypiać na krześle. Nie powinno tak być. Nie w Europie.

A jakie nastroje panują w Waszych szeregach? Czy większość rezydentów popiera protest?

Tak, zdecydowanie. Ludzie go popierają, ale wydaje mi się, że jest o nim mniej głośno niż poprzednio.

Sama usłyszałam po raz pierwszy o protestach na czwartym roku studiów, jeszcze za ministra Radziwiłła. Wtedy było naprawdę źle. Stawka godzinowa dla lekarza-rezydenta wynosiła ok. 14 zł brutto za godzinę. Teraz jest trochę lepiej.

Wynagrodzenia są nieco wyższe, jednak warunki pracy nie zmieniły się w zauważalny sposób.

Pacjenci wciąż narzekają. Mają poczucie, że płacą wysokie składki zdrowotne, a nie dostają w zamian usług publicznych na oczekiwanym poziomie. Nie dziwię się ich frustracji.

Warunki pracy to jedno, ale lekarzy specjalistów wciąż jest jak na lekarstwo. Za mało się ich kształci, za mało się ich zatrudnia, część wyjeżdża na Zachód w poszukiwaniu lepszej przyszłości, część lekarzy w ogóle nie dostaje się na specjalizacje, bo jest na nich za mało miejsc.

Z czego wynika utrudniony dostęp do specjalizacji? Dlaczego niektóre z nich są tak hermetyczne?

Chodzi o to, że konsultanci wojewódzcy niektórych specjalizacji sztucznie wydają zapotrzebowanie na np. jedną rezydenturę na całe województwo w sytuacji, w której do takiego specjalisty czeka się nawet 3 lata. Przykład – endokrynolog. Bardzo zamknięta specjalizacja. Większość pacjentów jest zmuszona leczyć się prywatnie.

Co masz na myśli, mówiąc “sztucznie”? Czy zapotrzebowanie się w jakiś sposób markuje?

Być może “sztucznie” to niewłaściwe słowo. Bardziej adekwatnie byłoby “odgórnie” i “niezgodnie z realnym zapotrzebowaniem”. Po prostu, konsultant wojewódzki decyduje o tym, ile potrzeba nowych miejsc na specjalizacji w danym roku. Dostanie się na specjalizację z endokrynologii prawie graniczy z cudem.

A ile miejsc jest na niej rocznie?

Różnie. W zależności od tego, ile “rzucą” konsultanci w danym województwie. Na endokrynologii czy dermatologii – często zero. A kolejki do tych specjalistów są gigantyczne.

Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje? Ochrona własnych interesów?

Tak sądzę. Że to w dużej mierze kwestia zamkniętego grona, które chce zabezpieczyć swoje specjalizacyjne interesy. Ludzie są czasem tak zdeterminowani, że robią specjalizację na wolontariacie. Oznacza to pracę za darmo przez co najmniej 5 lat.

Da się tak? Brzmi szokująco.

Tak, podpisuje się wtedy specjalną umowę, ale po pierwsze nie każdy może sobie na to pozwolić z powodów finansowych, a po drugie – co może zabrzmieć kuriozalnie – wtedy wciąż nie jest łatwo dostać takie miejsce!

Dlaczego?

Bo nie zależy im na nowych rezydentach. Lekarze takich specjalności zarabiają sporo, otwierając prywatne praktyki. Dodatkowo, placówki otrzymują dodatki tylko do dyżurów pełnionych przez rezydentów w ramach limitu miejsc wyznaczonego z poziomu województwa.

Co sądzisz o ostatnich zmianach w kwestii odpowiedzialności karnej lekarza za zdrowie pacjenta?

Tak, to również ważne zagadnienie. Rząd chce, by w życie weszła nowa ustawa, która oznacza, że za nieumyślne spowodowanie śmierci lekarzowi grozi bezwzględna kara więzienia. Jest to oczywiście równoważne z tym, że część lekarzy może rezygnować z podejmowania się ciężkich operacji ze strachu przed taką odpowiedzialnością.

Mają do tego prawo? Możecie odmówić leczenia?

Zawsze można powiedzieć, że w danym przypadku w grę wchodzi wyłącznie leczenie paliatywne, bo pacjent nie kwalifikuje się do operacji ze względu na zbyt duże ryzyko. To trudny temat. I jedna z kropli, które przelały czarę goryczy.

Rozmawiasz ze mną, więc nie jesteś dziś na proteście

Nie jestem. Obowiązki mi nie pozwoliły. Ale kibicuję kolegom będącym tam, na miejscu.


NIK alarmuje: system trzeba zmienić

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała niedawno raport, w którym wyszczególniła 32 rekomendacje mające przyczynić się do poprawy tragicznej sytuacji w służbie zdrowia. Wskazywała m.in. na:

  • konieczność rozbudowy programu profilaktyki zdrowotnej,
  • urealnienie wyceny świadczeń zdrowotnych,
  • wprowadzenie zasady odpłatności za jakość leczenia i jego efekt, a nie za samo wykonanie procedury medycznej,
  • uwzględnienie w algorytmie podziału środków pomiędzy oddziały wojewódzkie NFZ większej liczby czynników oddziałujących na system zdrowia w regionie,
  • wprowadzenie skutecznych sposobów zwalczania zakażeń szpitalnych,
  • wzmocnienie zewnętrznego nadzoru instytucjonalnego nad wydatkowaniem środków, usprawnienie funkcjonowania pozasądowego dochodzenia przez pacjentów roszczeń czy powołanie do życia planu rozmieszczenia szpitali, który ułatwi dystrybucję środków.

Raport NIK i szczegółową relację z panelu dyskusyjnego można przeczytać pod tym adresem.

Realizacja porozumienia to fikcja

Wszystkie te działania wymagają nakładów pieniężnych. Nie będzie łatwo je pozyskać z uwagi na niewypełnianie przez rząd postanowień porozumienia zawartego w lutym 2018 z OZZL. 17 marca bieżącego roku Naczelna Izba Lekarska opublikowała oświadczenie, w którym wzywa Ministerstwo Zdrowia do wywiązania się ze złożonych obietnic. W oświadczeniu czytamy, że porozumienie “Na zdrowie!” zakładało coroczne przeznaczenie na ochronę zdrowia 6% produktu krajowego brutto, z zastrzeżeniem, że wysokość środków przeznaczonych na finansowanie ochrony zdrowia w latach 2018-2023 nie może być niższa niż:

  • 4,78 proc. produktu krajowego brutto w 2018 roku;
  • 4,86 proc. produktu krajowego brutto w 2019;
  • 5,03 proc. produktu krajowego brutto w 2020;
  • 5,30 proc. produktu krajowego brutto w 2021;
  • 5,55 proc. produktu krajowego brutto w 2022;
  • 5,80 proc. produktu krajowego brutto w 2023 roku.

Równo rok po podpisanym porozumieniu prezes NIL Andrzej Matyja wystąpił do Ministra Łukasza Szumowskiego z prośbą o wyczerpującą informację w związku ze stanem realizacji postanowień. Treść zapytań odnosiła się głównie do szczegółowych danych o części PKB przeznaczanej w latach 2018 i 2019 na ochronę zdrowia oraz przelicznika, na bazie którego jest ona szacowana.

Okazało się, że Ministerstwo Zdrowia przyjmuje do wyliczania środków na 2019 rok PKB z 2017 roku. Porozumienie nie precyzowało bowiem, że dane dotyczące PKB stosowanego do wyliczeń muszą dotyczyć tego samego roku, co wypłacanie środków. Ministerstwo sprytnie wykorzystało więc nieostrość tego sformułowania i zdecydowało się oprzeć wyliczenia w oparciu o PKB sprzed dwóch lat, co w samym 2019 roku daje na ochronę zdrowia prawie 10 mld zł mniej niż zakładały deklaracje zawarte w porozumieniu.

Oświadczenie Naczelnej Izby Lekarskiej w sprawie niespełnienia rządowych obietnic można przeczytać pod tym adresem.

Rząd twierdzi, że miejsce w ogonie Europy to sukces

Jednocześnie, Ministerstwo zachowuje pokerową twarz, utrzymując, że założenia zostały zrealizowane w 100 proc. Pod koniec stycznia wiceminister zdrowia, Sławomir Gadomski, odtrąbił na posiedzeniu senackiej komisji zdrowia ogromny sukces rządu PiS, podkreślając, że środki przeznaczone na ochronę zdrowia w 2019 roku wyniosą 97,6 mld zł, czyli o 7,6 mld zł więcej niż w 2018 roku i o ponad 1,2 mld zł więcej niż wartość referencyjna określona w tzw. “ustawie 6 procent” – referuje Puls Medycyny.

Z interpretacją tej sytuacji w kategoriach sukcesu zdecydowanie nie zgadza się prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski, który w wywiadzie udzielonym TOK.FM z 31 maja stwierdził, że pod względem nakładów, Polska może rywalizować z Albanią.

Ogon Europy, wespół z Bułgarią i Rumunią, ciężko nazwać sukcesem.

Aktywiści Porozumienia Rezydentów deklarują, że protest jest dla nich ostatnim krzykiem rozpaczy. Jeśli rząd nadal będzie szukał kruczków, które pozwolą mu uchylać się od realizacji złożonych obietnic, najbardziej ucierpią na tym pacjenci.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym