0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
28 sierpnia 2022

Prywatyzacja wojny. Jak słabość państw powoduje, że najemnicy wracają do gry — od Mali po Ukrainę

Walcząca w Ukrainie Grupa Wagnera to wielki rosyjski wojenny biznes - działa w kilkunastu krajach i zatrudnia tysiące najemników. Ale z najemników korzysta dziś wiele krajów, także USA. Dlaczego? Ponieważ państwa w XXI w. stają się coraz słabsze - i dotyczy to także supermocarstw

Wydrukuj

W 1995 roku w czasie wojny domowej w małym Sierra Leone w Afryce Zachodniej walczący o przetrwanie dyktator wynajął południowoafrykańską firmę Executive Outcomes — założoną przez dawnego dowódcę wojskowego z RPA z czasów apartheidu — próbując uratować swoją władzę.

Najemnikom wystarczyło kilka samolotów i około 200 żołnierzy. Błyskawicznie odparli armię rebeliantów liczącą ponad 10 tys. wojowników — gorzej wyszkolonych i dowodzonych.

Okazało się, że niewielka grupa doświadczonych zawodowców — z których większość miała lata stażu w armii i służbach specjalnych rasistowskiego reżimu rządzącego RPA — może zdziałać na polu walki cuda.

Żołnierze firmy Executive Outcomes, naturalnie, nie chcieli być nazywani najemnikami. Firma wolała nazywać się „private military company”, czyli „prywatna firma wojskowa”.

Jej sukces był początkiem spektakularnego powrotu najemników na wojskową scenę w XXI w.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Najemnicy wracają

W XV i XVI w. najemnicy stanowili trzon wielu armii europejskich, a ich menedżerowie i dowódcy — nazywani we Włoszech „kondotierami” — robili wielkie majątki i spektakularne polityczne kariery. Później jednak absolutne monarchie i państwa narodowe chciały mieć pełną kontrolę nad swoimi armiami: najemnicy zawsze istnieli, ale stanowili margines — byli szemranymi figurami, zatrudnianymi przez republiki bananowe i operetkowe dyktatury.

W XXI w. na pierwszych stronach gazet pojawili się podczas amerykańskiej okupacji Iraku, w którym wybuchła wojna domowa.

W 2006 roku, u szczytu antyamerykańskiego powstania, firmy takie jak Blackwater USA i czy Triple Canopy (od 2014 połączyły się w Constellis Group) zatrudniały 25 tys. żołnierzy.

Prywatni „military contractors” stanowili 16 proc. sił okupacyjnych w Iraku. Powierzano im najbardziej odpowiedzialne zadania.

Najemnicy pilnowali czterech amerykańskich generałów, szefa administracji amerykańskiej w Iraku L. Paula Bremmera III, strzegli składów z amunicją i baz wojskowych. USA, podobnie jak Rosja, nie podpisały traktatu ONZ z 1989 roku zakazującego korzystania z usług najemników.

Pomagamy rozwiązywać problemy wojskowe

Słowo „najemnicy” było wówczas używane niechętnie. Brzmiało źle. W 1999 roku tak wyjaśnił to były brytyjski podpułkownik Tim Spicer, założyciel jednej z firm ich zatrudniających (który m.in. zarabiał pieniądze w Iraku), londyńskiej gazecie „The Daily Telegraph":

„Słowo »najemnik« przywołuje na myśl dość bezwzględnych osobników, którzy mają kryminalne, psychotyczne skłonności. W ogóle tacy nie jesteśmy. Pomagamy przyjaznym, sensownym rządom rozwiązywać problemy wojskowe”.

(Niedługo później ten sam Spicer rozważał pomoc w „rozwiązaniu problemu” rebelii krwawemu zairskiemu dyktatorowi Mobutu.)

Rządy zachodnie także były przychylne. Na fali fascynacji prywatyzacją usług państwowych w latach 90. brytyjski sekretarz spraw zagranicznych Jack Straw rozważał nawet możliwość użycia prywatnych firm wojskowych przez ONZ w celu „stabilizowania stref konfliktu”.

W 2002 roku rząd Stanów Zjednoczonych wynajął około 40 najemników firmy DynCorp do ochrony afgańskiego prezydenta Hamida Karzaja. Już latem 2003, wkrótce po inwazji na Irak, Pentagon zatrudnił niewielki kontyngent najemników z RPA i Nepalczyków z brytyjskiej firmy „Global Risk Strategies” do ochrony szefa sił okupacyjnych, gen. Jaya Garnera.

Outsourcing w siłach zbrojnych zaczął się już wcześniej, chociaż nie dotyczył żołnierzy. W latach 90. armia amerykańska oraz wiele armii zachodnich sprywatyzowało dużą część usług, z których korzystały — od sprzątania po logistykę i transport. Było to zgodne z dominującym w tamtych czasach przekonaniem, że prywatne firmy wykonają powierzoną im pracę lepiej i taniej niż państwo.

Brakuje żołnierzy? Wynajmij

Najważniejszym powodem zatrudnienia najemników w Iraku było wyczerpanie możliwości mobilizacyjnej armii amerykańskiej. Amerykanie ze względów politycznych nie mogli wysłać do Iraku więcej żołnierzy. Nie mogli także przywrócić poboru (przed podobnym dylematem stoi dziś Władimir Putin, który również cierpi na niedobór żołnierzy w regularnej armii; do tej kwestii jeszcze wrócimy).

Świat dowiedział się, jak wielu najemników służy w Iraku, po tragicznych wydarzeniach w Falludży. 31 marca 2004 w mieście — wówczas jednym z głównych ośrodków powstania Irakijczyków przeciwko amerykańskiej okupacji — czterech najemników, którzy eskortowali ciężarówkę z zaopatrzeniem i kateringiem do amerykańskiej bazy wojskowej, zostało zastrzelonych w zasadzce. Ich ciała zostały przywiązane do samochodów, przeciągnięte po ulicach miasta, podpalone i rozdarte na części, które wywieszono na moście w akompaniamencie radosnych okrzyków tłumu.

16 września 2007 r. najemnicy z firmy Blackwater eskortujący konwój z ambasady amerykańskiej w Bagdadzie wpadli w panikę i otworzyli ogień do cywilów na placu Nisour w Bagdadzie. Zginęło ok. 20 osób. Czterech sprawców skazano na kary więzienia po długim i trudnym procesie; wszystkich ułaskawił w 2020 roku prezydent USA Donald Trump.

20 tys. najemników

Pierwsza dekada XXI w. przyniosła rozkwit firm zatrudniających najemników. O ile w latach 90. tym biznesem zajmowało się tylko kilka firm na całym świecie (chociaż trudno to policzyć), po ataku na Irak i Afganistan ich liczba szybko wzrosła. W 2006 działało około 25 takich biznesów w Wielkiej Brytanii i 30 w Stanach Zjednoczonych, a także po kilka we Francji i w Niemczech.

Niektóre z nich rozrosły się spektakularnie. Blackwater, firma założona w roku 1996, po dekadzie zatrudniała 20 tys. najemników, miała wielką bazę wojskową w Północnej Karolinie, a także prywatne lotnisko i całą skomplikowaną bazę logistyczną i ciężkie uzbrojenie — łącznie z helikopterami szturmowymi. Zwykle zatrudniała byłych amerykańskich żołnierzy. W slangu amerykańskich sił zbrojnych w Iraku wyrażenie „gone to Blackwater” oznaczało przejście z armii do prywatnej firmy, w której mogli zarobić nawet 1000 dol. tygodniowo.

Z jakich krajów, poza USA, najczęściej pochodzą najemnicy? W latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku ich głównymi eksporterami były Republika Południowej Afryki oraz kraje byłego Związku Radzieckiego, w tym Rosja.

W RPA wielu białych pracowników sił bezpieczeństwa i wojska straciło pracę po upadku apartheidu w 1994 roku. Liberalne podejście władz umożliwiło powstanie na terenie tego kraju firm, które de facto zajmowały się eksportem najemników do różnych krajów — przede wszystkim afrykańskich. Mimo kolejnych zakazów legislacyjnych (od 1998 roku) RPA nadal pozostaje jednym z głównych eksporterów w tym biznesie. Już w 2004 roku podczas próby zamachu stanu w Gwinei Równikowej dużą część najemników mających go dokonać stanowili żołnierze z RPA.

Podobna była geneza rosyjskich najemników. Pod koniec lat 80. XX w. siły zbrojne i siły bezpieczeństwa Związku Radzieckiego zatrudniały ponad 4 miliony ludzi. Pod koniec lat 90. Rosja miała ich w służbie mniej niż 1,5 miliona. Pozostali musieli szukać innego zajęcia. Za każdym razem typowa kariera najemnika prowadziła go od formalnych sił zbrojnych aż do prywatnej firmy, w której można było znacznie lepiej zarobić.

Grupa Wagnera, żołnierze Putina

Wojny w Ukrainie (od 2014), a także w Syrii, Libii, krajach Sahelu czy Mozambiku, stały się doskonałym biznesem dla rosyjskich najemników z Grupy Wagnera (na zdjęciu operator Sewa Security w Republice Środkowoafrykańskiej - pod takim szyldem „wagnerowcy" występowali w tym kraju).

Ich szefem nie jest żaden Wagner. Pierwotnym dowódcą grupy najemników, która walczyła wspólnie z separatystami i Rosjanami w Donbasie w 2014 roku i rozrosła się w wielkie międzynarodowe przedsiębiorstwo, był eks-dowódca z rosyjskich sił specjalnych Dimitrij Utkin. Zafascynowany historią i etosem nazizmu, wybrał na patrona swojego oddziału ulubionego kompozytora Hitlera — Ryszarda Wagnera.

W 2015 roku grupa Wagnera zaczęła działać w Syrii, wspierając prezydenta Baszara al-Asada, walczącego wówczas z rebelią — a przy okazji przejmując pola naftowe i gazowe dla rosyjskich oligarchów. W 2016 roku Utkin nagrodzony został za to rosyjskimi wojskowymi honorami oraz wydanym na jego cześć bankietem na Kremlu. Rok później Amerykanie nałożyli na niego sankcje.

Związki grupy Wagnera z Kremlem są niejasne, ale nikt nie ma wątpliwości, że bardzo bliskie.

Formalnie oczywiście nie jest to część sił zbrojnych Rosji. Rosyjscy dyplomaci zaprzeczają, że najemnicy Wagnera mają z ich państwem cokolwiek wspólnego — tak było np. w 2021 roku, kiedy w Libii odnaleziono tablet świadczący o używaniu nielegalnych min przeciwpiechotnych przez grupę Wagnera. Niekiedy przyznają jednak, że grupa Wagnera działa na rzecz Rosji — na przykład 1 maja 2022 minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow w wywiadzie dla włoskiej telewizji, potwierdził że „wagnerowcy” zapewniają „usługi związane z bezpieczeństwem rządowi Mali” i że zostali także „zaproszeni przez władze libijskie na zasadach komercyjnych, tak jak w Mali”.

Status prawny najemników jest również niejasny. Teoretycznie prawo zabrania obywatelom rosyjskim zatrudniania się w takim charakterze. Równocześnie jednak inne ustawodawstwo zezwala państwowym przedsiębiorstwom w Rosji na tworzenie faktycznych prywatnych armii. Potwierdzono także przypadki współdziałania rosyjskich najemników z rosyjskim wojskiem — na podstawie specjalnych kontraktów pomiędzy ministerstwami oraz strategicznymi przedsiębiorstwami państwowymi. W praktyce te relacje można sobie wyobrazić jako gęstą sieć powiązań pomiędzy prywatnymi i państwowymi przedsiębiorstwami oraz państwem rosyjskim. Cała ta sieć realizuje interesy Putina.

Ilu najemników liczy grupa Wagnera? Według szacunków BBC w 2020 roku, przed rozpoczęciem inwazji Putina na Ukrainę, przez szeregi tej organizacji przewinęło się ponad 10 tys. osób. Około tysiąca „wagnerowców” walczyło w szeregach generała Haftara w Libii w 2020. Zasilili „Libijskie Arabskie Siły Zbrojne” generała Chalify Haftara, Libijczyka z amerykańskim paszportem, kontrolującego dużą część terytorium kraju.

“To jest struktura, której celem jest promowanie interesów państwa poza granicami naszego kraju” — tak opisał działanie grupy dziennikarzowi BBC jeden z byłych najemników.

Konkurs piękności im. Putina w Bangui

Faktycznym szefem grupy Wagnera, a raczej jej zwierzchnikiem, jest Jewgienij Prigożyn, bliski Kremlowi oligarcha. Prigożyn zawsze zaprzeczał jakimkolwiek związkom z grupą . „Legenda Wagnera jest tylko legendą” – odpisał w 2022 roku na pytanie dziennikarzy „New York Timesa”.

To bardzo barwna postać i człowiek realizujący dla Putina rozmaite dyskretne przedsięwzięcia na styku prywatnego biznesu i państwowej polityki. Prigożyn jest np. sponsorem oraz szefem organizacji Internet Research Agency, wielkiej rosyjskiej farmy trolli internetowych, zajmującej się między innymi sianiem dezinformacji w krajach Zachodu. Prowadzi interesy na całym świecie: jest właścicielem kopalni w Sudanie, pól naftowych w Syrii, ma także udziały np. w spółkach górniczych czy logistycznych w Republice Środkowoafrykańskiej. Jego interesy ukryte są za siecią spółek z podstawionymi udziałowcami i nazwami, które nic nie mówią — jak M Finans czy Lobaye Invest.

Za to — i wiele innych rzeczy — Prigożyn stał się celem sankcji rządu amerykańskiego: Amerykanie nakładali na niego sankcje wielokrotnie, podobnie jak Unia Europejska (precyzując, że zrobiła to właśnie za Grupę Wagnera).

Nie przeszkodziło mu to rozwijać działalności: sponsorował także produkcje filmowe, w tym afrykańskie filmy akcji mające wychwalać bohaterstwo najemników. Zorganizował także konkurs piękności w Bangui, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, w której rosyjscy najemnicy dopuścili się wielu okrucieństw.

Zbrodniarze za pieniądze

W roku 2020 dziennikarze BBC dotarli do dwóch byłych żołnierzy grupy Wagnera, którzy przed kamerami opowiedzieli, że „wagnerowcy” zabijają jeńców wojennych. „Nikt nie chce jednej więcej gęby do karmienia” — mówili. Śledztwo BBC potwierdziło także zarzuty o intencjonalnym zabijaniu cywilów, przynajmniej w Libii i krajach Sahelu.

W 2017 syryjska opozycja ujawniła nagranie, na którym najemnicy Wagnera torturują — z użyciem młota — i zabijają bezbronnego Syryjczyka.

Obcięli mu ręce i głowę łopatą, a potem podpalili zwłoki.

Według organizacji Human Rights Watch w latach 2019–2020 Grupa Wagnera używała na masową skalę w Libii zakazanych przez prawo międzynarodowe min przeciwpiechotnych.

W sierpniu 2021 roku BBC poinformowało że w Libii odnaleziono tablet pozostawiony pozostawiony przez jednego z najemników. Informacje w tablecie sugerowały, że to żołnierze grupy Wagnera z próbowali zaminować przedmieścia Trypolisu.

Lista zbrodni grupy Wagnera potwierdzonych przez organizacje międzynarodowe, jest już długa. W 2018 roku trójka rosyjskich dziennikarzy, którzy prowadzili śledztwo w Republice środkowoafrykańskiej na ich temat, została zamordowana. Ich zabójcy nigdy nie zostali złapani.

„Wagnerowcy” zaliczali także spektakularne porażki. Do jednej z największych doszło 7 lutego 2018 w Syrii, nieopodal miasta Chuszam w prowincji Dajr az-Zaur. Rosyjscy najemnicy znaleźli się wówczas w grupie syryjskich żołnierzy oraz zatrudnionych przez syryjskiego dyktatora wojowników z Afganistanu i Iraku, którzy próbowali przekroczyć nieformalną linię podziału pomiędzy rebeliantami i siłami Asada, ustaloną przez Stany Zjednoczone i Rosję. Amerykanie odpowiedzieli uderzeniem rakietowym: nie wiadom,o ilu najemników z grupy Wagnera zginęło. Szacunki organizacji międzynarodowych mówią o co najmniej 200 a być może nawet 600 zabitych. Także podczas wojny w Ukrainie w 2022 roku Ukraińcy wielokrotnie chwalili się sukcesami odniesionymi nad rosyjskimi najemnikami — ale trudno to zweryfikować. 15 sierpnia 2022 Ukraińcy poinformowali o zniszczeniu bazy wagnerowców w Popasnej w obwodzie ługańskim.

Przeczytaj także:

14 grudnia 2016

Nasza klęska w Aleppo

Najemnicy potrzebni wówczas, kiedy państwo słabnie

Dlaczego u progu XXI w. nawet wielkie mocarstwa tak chętnie prywatyzują wojnę? Czemu najemnicy zawdzięczają tak spektakularny powrót? Podsumujmy krótko:

Po pierwsze — nawet superpotęgi cierpią na deficyt żołnierzy, głównie dlatego, że zrezygnowały z poboru i ze względów politycznych nie chcą go przywrócić. Bardziej opłaca się zatrudniać najemników niż narazić się własnej opinii publicznej, z którą musi się liczyć nawet Putin.

Po drugie, najemnicy są wygodni do prowadzenia wojen, które Anglosasi nazywają „proxy wars” — konfliktów pomiędzy mocarstwami, w których jednak nie walczą one bezpośrednio, ale poprzez strony trzecie i na terytorium państw trzecich. Kiedy najemnicy popełnią zbrodnię albo stają się niewygodni, łatwo się od nich odciąć.

Po trzecie wreszcie, najemnicy są ratunkiem dla państw słabych — zbyt słabych, aby samodzielnie zorganizować, wyposażyć i wyszkolić własne armie. Na styku państwa z prywatnym biznesem — w tym zwłaszcza biznesem wojennym — zarabia się najlepiej.

Po czwarte, najemnicy nie podlegają kontroli i różnym prawnym ograniczeniom, które obowiązują regularne armie (np. nie muszą przestrzegać Konwencji Genewskich). Są anonimowi i nie trzeba wypłacać emerytur wdowom po poległych.

Po piąte wreszcie — jak pokazuje przykład wojny w Syrii czy w Libii, ale także wojna w Ukrainie — coraz większą rolę w konfliktach odgrywają grupy zbrojne, które nie są państwami. W Syrii walczyło kilkanaście ugrupowań rebeliantów o różnym politycznym i religijnym profilu, a po stronie Asada — różne oddziały najemników obok regularnej armii. W takim skomplikowanym i pełnym przemocy świecie, w którym wiele państw nie kontroluje dużych części swojego terytorium, najemnicy mają się świetnie — i na pewno nie raz jeszcze o nich usłyszymy.

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne