„Kuria nie miała zamiaru zawiadomić prokuratury o przestępstwach pedofilskich. Zrobiła to tylko dlatego, że ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski upublicznił historię o działaniach pedofilskich księdza Stanisława P. Jego czynów kuria dłużej ukrywać nie mogła” – twierdzi prokurator Marcin Stępień, który doprowadził do bezprecedensowego procesu o tuszowanie pedofilii
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyTo mogłaby być pokazowa sprawa dla polskiego Kościoła katolickiego. Na ławie oskarżonych o zaniechanie i niezawiadomienie na czas prokuratury o czynach pedofilskich swoich podwładnych zasiada biskup największej i najliczniejszej diecezji w Polsce.
Proces – jakżeż symbolicznie! – rozpoczął się 18 lutego, kiedy katolicy obchodzą Środę Popielcową. Biskup tarnowski Andrzej Jeż nie posypał jednak głowy popiołem. Dziś, 2 marca na drugą rozprawę (w Sądzie Rejonowym w Tarnowie) nawet nie przyszedł. Sala sądowa była właściwie pusta; nie było tam twarzy polskiego Kościoła katolickiego, która powiedziałaby „przepraszam”. Nie było miejscowych hierarchów. Nie było woli odpokutowania za grzechy. Nawet kiedy do sumienia księży próbowała odwoływać się sędzia, kler pozostawał niewzruszony. Nie wiedział. Nie pamiętał. Nie skojarzył.
Biskupa przed sądem broni adwokacka triada, na czele której stoi były minister sprawiedliwości w pierwszym rządzie Donalda Tuska, Zbigniew Ćwiąkalski. Pomaga mu m.in. Monika Brzozowska-Pasieka, która razem z Ordo Iuris broniła przed sądem prolife'owego aktywistę, a ostatnio – jako wiceprezeska stowarzyszenia „Wolność i Własność” reprezentowała środowisko skrajnej prawicy, które walczyło o zniesienie przepisów dot. Strefy Czystego Transportu w Krakowie.
Andrzejowi Jeżowi grozi nawet trzy lata więzienia. Sprawa dotyczy zwłoki w zawiadomieniu prokuratury o przestępstwach pedofilskich dokonywanych przez dwóch księży z diecezji, Stanisława P. i Tomasza K. Gdyby biskup powiadomił prokuraturę o sprawie wtedy, kiedy przesłał dokumenty w sprawie księży do Watykanu, nawet 23 osoby z ok. setki pokrzywdzonych mogłaby dociekać sprawiedliwości przed sądem.
Zwłoka kościoła i zawiadomienie prokuratury z przeszło rocznym opóźnieniem spowodowało przedawnienie się zarzutów, które potwierdził sąd.
Prokuratura, opracowując akt oskarżenia bazuje na nowelizacji Kodeksu karnego z 2017 roku, który nałożył na obywateli obowiązek niezwłocznego informowania śledczych o przestępstwach pedofilii. Proces tyczy się bliżej niesprecyzowanego określenia „niezwłoczne”, które dla prokuratury oznacza tak szybko, jak to możliwe. Dla biskupa – po tym, jak przestępstwo potwierdzi na drodze wewnętrznego postępowania.
Kuria, o czym pisaliśmy w relacji z przebiegu pierwszej rozprawy, broni się, że zanim powiadomiła prokuraturę, musiała uwiarygodnić otrzymane informacje. Stąd zwłoka. Druga rozprawa kładzie się jednak cieniem na tym toku obrony.
W Sądzie Rejonowym w Tarnowie 2 marca przesłuchiwano Roberta Kantora, kanclerza kurii tarnowskiej, a do niedawna (kwiecień 2015 – maj 2023), delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży diecezji tarnowskiej. Kantor jest drugą osobą w kurii, zaraz po biskupie Andrzeju Jeżu. To on składał formalne zawiadomienie do prokuratury ws. dwójki duchownych dopuszczających się czynów pedofilskich. To on badał ich sprawy, wreszcie – to jemu biskup nakazał przeprowadzić kwerendę ok. dwóch tysięcy tomów akt księży z diecezji, pod kątem wykorzystywania seksualnego małoletnich.
Jeszcze zanim zaczął pełnić prominentne funkcje w kurii, Kantor, profesor prawa, był sędzią Sądu Kościelnego. Orzekał w sprawie księdza Stanisława P. – któremu sąd ostatecznie udowodnił skrzywdzenie nawet 95 dzieci. Mężczyzna był przenoszony z parafii do parafii, a o krzywdzie, jaką wyrządzał dzieciom w okolicach Tarnowa, napisał najpierw ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, a potem Szymon Piegza w Onecie.
„To, o czym będę pisał, wydarzyło się ponad 20 lat temu, kiedy miałem ok. 13 lat. W naszej parafii był wikary, ksiądz Stanisław P. Jego pobyt był dziwnie krótki — około jednego roku, może trochę więcej, gdy inni byli po dwa lata. [...] Po jednej z mszy ks. Stanisław zaprowadził ministrantów pod wikarówkę. Zaprosił mnie do swojego pokoju. Nie bardzo chciałem iść, ale pamiętam, jak się wstydziłem powiedzieć »nie«! W swoim pokoiku posadził mnie na kolanach i włożył mi prawą rękę do spodni” – opisywał jeden z pokrzywdzonych przez księdza, którego cytuje dziennikarz Onetu.
Robert Kantor badał przypadki pedofilii Stanisława P. 13 lat temu, w latach 2010-2013. Jak wyznał dziś przed sądem, zarzuty pojawiły się wówczas trzy: dwa z nich dotyczyły jeszcze roku 2002, kiedy ksiądz miał sadzać na kolanach dzieci podczas lekcji religii, dotykać ich pośladków i krocza. Ostatnie, z 2010 roku – zostało wycofane przez osobę pokrzywdzoną, której, jak dowiedzieliśmy się podczas rozprawy, duchowny najprawdopodobniej zapłacił pieniądze.
Zgłoszeń w sprawie księdza było więcej, ale nigdy nie zostały skonkretyzowane. Duchowny został jednak skazany w wewnętrznym postępowaniu kościelnym – które trwało trzy lata i które prowadził Kantor. Ksiądz w 2013 roku stwierdził winę ks. Stanisława, nałożył na niego 10-letni zakaz sprawowania sakramentów z wyjątkiem odprawiania mszy w domu emerytów, bezterminowy zakaz katechizowania oraz pracy z dziećmi i młodzieżą, zakaz przyjmowania urzędów kościelnych oraz zobowiązał księdza do poddania się terapii.
Dlaczego sprawa wróciła po latach? W kwietniu 2019 roku do diecezji tarnowskiej została przesłana dokumentacja z Ukrainy – potwierdzająca, że ks. Stanisław wysłany do Kamieńca Podolskiego przez ówczesnego biskupa, Andrzeja Skworca na przełomie 2003-2008 roku, również dopuszczał się molestowania chłopców. Ukraińscy duchowni powiadomili swoją policję, a do Polski wysłali transkrypcję ich zeznań. To ta sprawa jest najbardziej obciążająca dla biskupa tarnowskiego i mocno podnoszona dziś przez prokuratora.
Jeśli bowiem kuria miała wiedzę o przypadkach pedofilii ks. Stanisława P., skazała go za to w wewnętrznym postępowaniu, to dlaczego w 2019 roku potrzebowała aż roku na „uwiarygodnienie” informacji – zwłaszcza że w tym czasie jedynie przesłuchała księdza i wysłała dokumenty do Watykanu?
Kantor, zapytany o to przed sądem przyznał, że kiedy trafiła do niego teczka z udokumentowanymi przestępstwami seksualnymi na chłopcach z Ukrainy, których dokonywał Stanisław P., nie pamiętał o wcześniejszym wyroku ws. pedofilii, który sam wydawał. Twierdził, że nie skojarzył ze sobą tych spraw i tego nazwiska. „Ta sprawa wyleciała mi z pamięci. Dopiero potem uzmysłowiłem sobie, że nie jest to osoba święta” – wyznał ks. Kantor. Zwlekał, bo chciał uwiarygodnić informację – których dostają wiele i nie zawsze znajdują one potwierdzenie w rzeczywistości.
Biskup, za pośrednictwem kanclerza Kantora, złożył zawiadomienie dopiero w sierpniu 2020 roku. Przypadkiem zbiegło się to z upublicznieniem tej historii przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który wprost napisał, że kuria sprawę ukrywa. Kantor dwa tygodnie później zawiadomił prokuraturę o molestowaniu, a sam pozwał Isakowicza-Zaleskiego. Jak dziś przyznał, „wskutek nacisków, mediów i aparatu państwowego, poszedł na ugodę i wycofał pozew, zobowiązując Isakowicza do wydania oświadczenia”.
Sąd Kościelny dopiero w 2023 roku zakończył badać sprawę księdza Stanisława, wydalając go ze stanu duchownego. A organy ścigania, choć potwierdziły, że duchowny molestował seksualnie przynajmniej 93 dzieci, nie skazały go z uwagi na przedawnienie się sprawy. Sędzia podczas rozprawy odwoływała się do sumienia kanclerza. Pytała, czy nie czuł ludzkiej powinności dotyczącej zgłoszenia sprawy prokuraturze już w 2013 roku, kiedy jako sędzia potwierdził, że ksiądz Stanisław dopuszczał się molestowania seksualnego dzieci. I czy później, już w 2019, kler nie powinien był oddać tej sprawy w ręce wymiaru sprawiedliwości od razu, nie oglądając się na Watykan. Dostrzec, że oprócz prawa kościelnego, obowiązuje ich również prawo stanowione.
Ksiądz jednak rozkładał ręce. Mówił, że do samego końca nie miał przekonania, czy sprawę w ogóle powinno się zgłaszać, bo „prawo nie działa wstecz”.
Innego zdania jest jednak prokurator Marcin Stępień. Tuż po rozprawie dziennikarzom powiedział krótko: „Kuria fizycznie nie mogła już dłużej ukrywać czynów księdza. One trafiły do prokuratury w dużej mierze dzięki ks. Tadeuszowi Isakowiczowi, który ten skandal upublicznił. Ta koincydencja czasowa w moim przekonaniu nie jest przypadkowa” – przekazał prokurator.
Biskup Andrzej Jeż jest również oskarżony o zwłokę w informowaniu prokuratury o przewinieniach ks. Tomasza K. Jak wyznał dziś kanclerz, kuria od lat wiedziała o niemoralnym postępowaniu księdza. Duchowny już w 2010 roku został upomniany za niewłaściwe, dwuznaczne SMS-y wysyłane do części parafian. Kuria wysłała go na urlop, potem ksiądz zaczął pracę w szpitalu powiatowym w Bochni, z której został zwolniony i skierowany do Domu Księży Emerytów w Tarnowie.
Ksiądz został odsunięty od obowiązków duszpasterskich, a wcześniej pobity — najprawdopodobniej przez adresatów seksualnych wiadomości albo rodziców pokrzywdzonych. Jak się potem okazało, wiadomości wysyłał przez kolejne lata, aż w 2018 skazano go dekretem skazującym, a sprawa – tak jak wszystkie dotyczące pedofilii i molestowania nieletnich przez duchownych, trafiła do kościelnego tajnego archiwum.
Historia wróciła, bo w 2021 do kurii zgłosił się mężczyzna molestowany przez wikariusza, którego sprawa była analizowana przez Sąd Kościelny. Została zgłoszona prokuraturze, gdyż okazało się, że kiedy chłopiec był upijany, a potem wykorzystywany seksualnie na terenie parafii, nie miał jeszcze 15 lat. Wymiar sprawiedliwości sprawę jednak umorzył z powodu przedawnienia się czynów.
Robert Kantor podczas poniedziałkowej rozprawy przyznał jasno: winy biskupa nie widzi. Orzekł, że najważniejszy element art. 240 kodeksu karnego tyczy się zabezpieczenia małoletnich. A to – odsuwając od pracy z dziećmi i młodzieżą – kuria zrobiła.
„Od 2015 roku przyczepia nam się łatkę pedofilów. Jako księża ciągle jesteśmy z nimi utożsamiani” – narzekał na wokandzie ksiądz, odpowiadając na pytanie prokuratury, dotyczące wyzwisk, jakie padają pod adresem duchownych. „Jeżeli jest zgłoszony przypadek molestowania nieletniego przez duchownego, to w kościele wszystkie takie osoby są napiętnowane. Prawo kanoniczne jest w tym zakresie bardziej jednoznaczne niż prawo karne, tu nie ma domniemania niewinności” – zapewniał kanclerz. Biografia Stanisława P., przenoszonego od parafii do parafii, a nawet z Polski do Ukrainy, zdaje się jednak tej tezie przeczyć.
Sąd zaplanował kolejną rozprawę ws. Andrzeja Jeża na najbliższy czwartek, 5 marca. Wysłuchiwać wówczas będzie Wiktora Skworca, byłego biskupa tarnowskiego (poprzednika Jeża) i metropolitę katowickiego, który odpowiadał za ukrywanie księdza Stanisława P. i przenoszenie go do kolejnych parafii.
Skworc, po tym, jak rodzice dzieci molestowanych na lekcji religii pojawili się u niego, nie poinformował o historii Watykanu, tylko skierował księdza na urlop. Potem przez lata, mimo wiedzy o molestowaniu, zezwalał na nauczanie przez księdza Stanisława religii w szkołach. Dopiero po 18 latach od pierwszych oskarżeń o pedofilię – a po publikacji tekstu ks. Isakowicza-Zaleskiego, Skworc przyznał się do winy i przeprosił ofiary księdza Stanisława.
Kościół
Prawa człowieka
Wiktor Skworc
Andrzej Jeż
molestowanie przez księdza
molestowanie seksualne
pedofila w Kościele
pedofilia
tarnów
Watykan
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze