Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Włodek / ...

„Nie przyznaję się do postawionych mi zarzutów” – ogłosił biskup Andrzej Jeż pierwszego dnia swojego procesu. W Sądzie Rejonowym w Tarnowie w środę (18 lutego 2026) rozpoczął się bezprecedensowy w historii polskiego Kościoła proces.

Biskup tarnowski Andrzej Jeż jako pierwszy hierarcha w kraju został oskarżony przez prokuraturę o to, że wiedział o pedofilii wśród księży w swojej diecezji. Chodzi o przynajmniej sto skrzywdzonych dzieci przez dwóch duchownych. Biskup, zamiast niezwłocznie zgłosić sprawę organom ścigania, zrobił to dopiero po czasie, kiedy Watykan potwierdził zarzuty.

Zwłoka, która według prokuratury mogła trwać od kilku miesięcy, do kilku lat, może biskupa zaprowadzić do więzienia. Za niezawiadomienie o przestępstwie (art. 240 Kodeksu karnego) księdzu grozi bowiem do trzech lat pozbawienia wolności.

Przeczytaj także:

Co jest ważniejsze? Prawo kościelne czy stanowione

„Jestem oskarżony za gorliwość. Gdybym w ogóle nie zgłosił sprawy prokuraturze, całego tego procesu by nie było” – twierdzi Jeż. Biskup tarnowski ma 63 lata. Od 14 kieruje diecezją tarnowską, jedną z największych diecezji w Polsce.

Jeż (z wykształcenia prawnik) był pierwszą osobą przesłuchiwaną przed sądem w tej sprawie. Oskarżony został już przed dwoma laty, w 2024 roku. I dziś nie przyznaje się do winy.

18.02.2026 Tarnow , Sad Rejonowy . Biskup Andrzej Jez (z tylu) przed rozpoczeciem procesu . Ordynariusz diecezji tarnowskiej jest oskarzony o niezawiadomienie na czas organow scigania o przestepstwach pedofilskich podleglych mu ksiezy .
fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.pl
Biskup Andrzej Jeż (z tyłu) oraz jego obrońcy, w tym np. były minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski. Fot. Jakub Włodek/Agencja Wyborcza.pl

„Pedofilia jest naganna i z całą stanowczością należy z nią walczyć. To grzech, z którego kościół musi się oczyścić” – rozpoczął swoje wystąpienie przed sądem Jeż. Ale potem przez kilkadziesiąt minut wyliczał: że biskup o wszystkim dowiaduje się ostatni; że długo nie wiedział o przypadkach pedofilii, a kiedy już taka wiadomość do niego dotarła, chciał najpierw, zanim zweryfikuje je prokuratura, poddać oskarżenie osądowi Watykanu. A na analizę sprawy w Stolicy Apostolskiej czekał nawet rok.

To istotne rozróżnienie, na którym m.in. swój akt oskarżenia opiera prokuratura. Jak mówi bowiem prokurator Marcin Stępień, ksiądz mógł równolegle zawiadomić o sprawie i Watykan, i organy ścigania. Tymczasem oczekiwanie na decyzję Stolicy Apostolskiej pozbawiło – ze względu na przedawnienie – 23 ofiary księży możliwości dociekania przed sądem sprawiedliwości, a przede wszystkim ścigania ich oprawców. „Gdyby działał niezwłocznie, tych zarzutów by dziś nie było” – mówi prokurator Stępień.

„Nie wiedziałem”. Tak broni się biskup

Biskupa bronią m.in. mecenas Zbigniew Ćwiąkalski (b. minister sprawiedliwości w pierwszym rządzie Donalda Tuska) oraz mecenas Monika Brzozowska-Pasieka (która ostatnio broniła przeciwników Strefy Czystego Transportu w Krakowie). Przygotowany przez nich Andrzej Jeż próbował bronić się niewiedzą i brakiem osobistego uczestnictwa w sprawach o pedofilię. Przeprosił ofiary, ale nie wprost, zaznaczając jedynie, że „przepraszał w komunikatach”.

Biskup Jeż podawał, że w kwietniu 2015 roku powołał kościelnego delegata ds. molestowania małoletnich w diecezji (był to Robert Kantor, potem ks. Węgrzyn), który miał badać przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci i który ma pełną władzę i autonomię w przyjmowaniu zgłoszeń i badaniu ich – a więc nie musi o nich nawet informować biskupa. A ten, powołując delegata, chciał naprawdę problem pedofilii rozwiązać.

„Nikt do mnie bezpośrednio się nie zwracał, jeśli chodzi o osoby pokrzywdzone czy osoby z nimi związane” – twierdził Jeż. Dodał, że diecezja próbowała skontaktować się z ofiarami księży pedofilów z diecezji i zachęcać ich do zgłoszenia sprawy policji i prokuraturze – ale ci nie chcieli tego zrobić.

„Chyba głównie ze strachu przed ostracyzmem w swoim środowisku nie dokonywały tych zgłoszeń, obawiały się swojego środowiska” – twierdził biskup. Opowiadając o trosce, jaką kościół stara się objąć osoby skrzywdzone, przywołał rekolekcje terapeutyczne, które organizuje diecezja, właśnie dla osób skrzywdzonych seksualnie. „Od łez do łaski” – tak nazwano ten program. Przyznał, że co dziesiąta osoba, która się na rekolekcjach pojawia, to człowiek pokrzywdzony przez kler.

Biskup (prawnik z wykształcenia) próbował też twierdzić, że nie miał pojęcia o nowelizacji artykułu 240 Kodeksu karnego, które nastąpiło 13 lipca 2017 roku i nałożyło obowiązek „niezwłocznego” informowania o przestępstwach, w tym przypadkach pedofilii. „Dopiero w 2018, 2019 roku ta świadomość pojawiła się z całą wyrazistością” – mówił, dodając, że Konferencja Episkopatu Polski dopiero w 2019 roku wydała wytyczne w tej sprawie dla kościoła. I znowu: dochodzi tu do sporu między prawem kościelnym a stanowionym, obowiązującym wszystkich Polaków.

„Misja w Ukrainie to była zsyłka za pedofilię”. Wiedział, czy nie wiedział?

Sprawa, w której oskarżony jest Andrzej Jeż, dotyczy dwóch duchownych:

  • Stanisława P., który latami molestował dzieci (pokrzywdzonych jest przynajmniej 95 osób), w każdej z 11 parafii, do których go przenoszono. Dotykał krocza i genitaliów, imitował stosunek płciowy. Nigdy nie odpowiedział za wieloletnie molestowania – bowiem prokuratura potwierdziła, że czyny się przedawniły. Sprawa trafiła tam w 2020 roku. Siedem lat wcześniej wydalono go ze stanu duchownego.
  • Tomasza K., który przez kilka lat dokonywał przestępstw pedofilii w parafii w Mogilnie, w której służył. Również nie odpowiedział przed sądem za te czyny – znowu z powodu przedawnienia sprawy.

Dlaczego sprawa Stanisława P. trafiła do sądu dopiero w 2020 roku? Stało się to z powodu tzw. sprawy ukraińskiej. Ksiądz, po kolejnych przenosinach z parafii do parafii, został skierowany do pracy duszpasterskiej w Ukrainie. W marcu 2019 roku do diecezji trafiła dokumentacja, w językach ukraińskim i polskim, która opisywała przypadki nadużyć seksualnych księdza podczas misji w Ukrainie.

„Długo czekaliśmy na informację zwrotną ze Stolicy Apostolskiej. Równolegle zdecydowaliśmy się na odtajnienie dokumentacji procesu kościelnego z 2013 skazującego Stanisława P. I to w niej znaleźliśmy dokument z Prokuratury Okręgowej w Opolu z 2010 roku, która zdaniem Prokuratury Rejonowej w Tarnowie już posiadała wszelkie znamiona zgłoszenia sprawy organom ścigania” – wyjaśniał przed sądem Jeż.

Ale bronił się, że nie tylko on mógł to zrobić, bowiem strona ukraińska aż dwa razy zawiadomiła policję o pedofilii polskiego księdza. „Jednak z powodu braku reakcji różnych władz ścigania, podjąłem decyzję, wbrew opinii wielu prawników, o zgłoszeniu sprawy prokuraturze. Był to sierpień 2020 roku” – relacjonował biskup.

Pobity, wyzywany od pedofilii, zatrzymany za narkotyki

Podobną linię obrony – „nie tylko ja, ale wszyscy wiedzieli” – Andrzej Jeż obrał w przypadku drugiego księdza. Jak ujawnił przed sądem, ksiądz Tomasz K. dwanaście lat temu, w 2014 roku, wylądował na policji. Został pobity przez jednego z parafian, który nazywał go pedofilem. „Policja nic z tym nie zrobiła, choć czerwone lampki wówczas powinny się im zapalić” – bronił się biskup Jeż, któremu, jak wynika z dokumentacji, również lampki się nie zapaliły. Przyznał, że Tomasz K. jest również „w kolizji z prawem” za posiadanie narkotyków.

Biskup Jeż prokuraturę o wykorzystywaniu seksualnym przez Tomasza K. powiadomił jednak tuż przed końcem 2021 roku, kiedy do kurii zgłosił się mężczyzna będący ofiarą księdza. Nie miał wtedy 15 lat. „Od razu nakazałem poinformować o tym odpowiednie organy” – przekonuje biskup.

Ćwiąkalski: To kozioł ofiarny

„Osobiście uważam, że mamy tutaj do czynienia ze swego rodzaju sytuacją kozła ofiarnego” – twierdził w rozmowie z dziennikarzami Zbigniew Ćwiąkalski, obrońca biskupa. „Trzeba było kogoś pierwszego oskarżyć, zarzucić mu, że nie zgłosił sprawy niezwłocznie. Tyle że kodeks nie określa, co właściwie to ”niezwłocznie„ znaczy” – twierdził. Bronił postawy biskupa, że słusznie najpierw poczekał na informację w sprawie procesu w Watykanie. „Zawiadomienie organów ścigania o przestępstwie niepopełnionym jest przestępstwem. Więc gdybym ja otrzymał informacje, że ktoś popełnił jakieś przestępstwo i przekazał to dalej, ale nie sprawdził, czy rzeczywiście tak było, to odpowiadałbym karnie” – twierdził mec. Ćwiąkalski.

I dodawał: „Jako karnista mogę powiedzieć, że najczęściej osoba pokrzywdzona składa zawiadomienie. Nie przełożony danego księdza, bo przecież on jest zainteresowany tym, żeby zataić te wiadomości”.

Ćwiąkalski, pytany, czy doszło tutaj do uznania wyższości prawa kościelnego nad stanowionym, powiedział, że to zadanie bardziej dla filozofów prawa. „Według polskiego prawodawstwa przestępstwo należy zgłosić. Ale czy niezwłocznie również oznacza, że najpierw można wyczerpać drogę kościelną i potwierdzić, że doszło do popełnienia przestępstwa, zweryfikować doniesienie i dopiero potem powiadomić prokuraturę? W naszej opinii właśnie tak” – odparł mecenas.

18.02.2026 Tarnow , Sad Rejonowy . Biskup Andrzej Jez przed rozpoczeciem procesu . Ordynariusz diecezji tarnowskiej jest oskarzony o niezawiadomienie na czas organow scigania o przestepstwach pedofilskich podleglych mu ksiezy .
fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.pl
Biskup Andrzej Jeż i mężczyzna z obrazkiem, który chciał go w ten sposób wesprzeć. Fot. Jakub Włodek/Agencja Wyborcza.pl

Andrzej Jeż nie zgodził się odpowiadać na pytania prokuratury (do czego miał prawo). „Szkoda, bowiem miałem do oskarżonego wiele pytań. Ale skorzystał z przysługującemu mu prawa” – mówi OKO.press prokurator Marcin Stępień.

Pierwsza rozprawa biskupa Jeża toczyła się w blasku fleszy, ale bez udziału publiczności. Sąd nie zezwolił na obecność na sali księży oraz mężczyzny, który z podobiznami Jezusa w dłoni, przyszedł wesprzeć biskupa.

Nie pozwolił również na przysłuchiwanie się rozprawie pani Lilianie, mieszkance diecezji tarnowskiej, która jak wyznała dziennikarzom, również była molestowania w dzieciństwie przez księdza. To ona, wychodząc z sali podeszła do Andrzeja Jeża. Ale ten nawet na nią nie spojrzał.

Biskup nie chciał rozmawiać z dziennikarzami po rozprawie. „Sapienti sat”, rzucił tylko pytany, czy rzeczywiście czuje się kozłem ofiarnym.

Sąd wyznaczył kolejną rozprawę na 2 marca.

;
Na zdjęciu Angelika Pitoń
Angelika Pitoń

Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".

Komentarze