0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by Khaled DESOUKI / AFPPhoto by Khaled DESO...

Od ponad trzech lat w 50-milionowym Sudanie trwa niemal zapomniana przez świat krwawa wojna domowa. Przypomnijmy pokrótce, skąd się wzięła.

W 2019 roku Sudańczycy obalili trzydziestoletnie dyktatorskie rządy Omara al-Baszira. Na chwilę zapanował optymizm, szybko jednak przyćmiony powracającym autorytaryzmem i walką frakcji politycznych o władzę. Paramilitarne Siły Szybkiego Wsparcia, czyli Rapid Support Forces (RSF), początkowo współpracowały z państwowymi Siłami Zbrojnymi Sudanu. Próba połączenia obu formacji się nie powiodła. Ostatecznie to między nimi w kwietniu 2023 roku wybuchła wojna domowa, która trwa do dziś i doprowadziła do najpoważniejszego kryzysu humanitarnego na świecie.

Konflikt zmusił 11,5 mln osób do ucieczki z domów. Ponad połowa mieszkańców kraju potrzebuje pomocy humanitarnej. Wsparcie z zagranicy jest nieustannie niewystarczające.

19 lutego 2026 roku Hala al-Karib, aktywistka i działaczka humanitarna, wystąpiła przed Radą Bezpieczeństwa ONZ ze sprawozdaniem na temat sytuacji w Sudanie.

„Przez ponad 1000 dni wojny, pomimo wielu ostrzeżeń, Rada [Bezpieczeństwa – red.] nie podjęła odpowiednich kroków. Każda czerwona linia – oblężenia, przymusowe wysiedlenia, głód, masowe gwałty – została przekroczona. W momencie gdy mijamy punkt, od którego nie ma już odwrotu, jestem tutaj z dwoma przesłaniami. Po pierwsze: z każdym kolejnym dniem wojny życie sudańskich kobiet i dziewczynek jest niszczone, a ich ciała podlegają brutalnej przemocy. Po drugie: najgorsze zbrodnie, jakich dokonano w tej wojnie, mogą się powtórzyć. A cenę zapłacą za to cywile” – mówiła al-Karib.

W OKO.press rozmawiamy o zawiedzionych nadziejach aktywistów oraz o zapomnianym przez świat aspekcie tej wojny: przemocy seksualnej i jej ofiarach.

Jakub Szymczak, OKO.press: Aktualnie jest pani w Ugandzie. Jak wygląda dziś pani relacja z Sudanem?

Hala al-Karib, dyrektorka regionalna Inicjatywy Strategicznej na rzecz Kobiet w Rogu Afryki, aktywistka działająca na rzecz zwalczania przemocy seksualnej w Sudanie: Jestem Sudanką. Cała moja praca dotyczy Sudanu. Sudan jest moim życiem. Na szczęście to, że dostęp do kraju jest trudny, nie oznacza, że razem z moją organizacją jesteśmy od niego odcięci. Mamy zespoły, które działają na miejscu. Nie straciliśmy dostępu do Sudanu, chociaż straciliśmy nasze biuro w [stolicy] Chartumie po wybuchu wojny w kwietniu 2023 roku. W tej chwili nasze główne biuro znajduje się we wschodnim Sudanie, w Kassali. Dążymy do uzyskania dostępu do biura w Chartumie.

Co czuła pani, gdy w 2019 roku, po 30 latach rządów, upadł dyktator Omar al-Baszir?

Byłam bardzo podekscytowana i szczęśliwa. Byliśmy częścią rewolucji. Bardzo ciężko pracowaliśmy, żeby właśnie tak się stało. Pilnowaliśmy, żeby kobiety były obecne na pierwszej linii, wspieraliśmy ich prawa. Niemniej było dla mnie jasne, że etap przejściowy musi wiązać się z niestabilnością. Mówimy w końcu o reżimie totalitarnym, który trwał 30 lat, demoralizował społeczeństwo i grał na podziałach między ludźmi. Niestety od początku było jasne, że transformacja demokratyczna będzie wyzwaniem. Sudańskim ruchom prodemokratycznym brakowało przywództwa, były zbyt rozproszone. Ponadto sąsiedzi Sudanu nie patrzą przychylnie na demokratyczne rządy.

Dlaczego aktywiści nie stworzyli ruchu politycznego?

Różnorodne ruchy połączył jeden cel: obalenie al-Baszira. Gdy to się udało, okazało się, że ruchy sprzeciwiające się dyktaturze nie miały jednej wizji Sudanu i nie wiedziały, co robić po osiągnięciu pierwotnego celu. Każdy szedł w swoją stronę i był powiązany z innym sojusznikiem w regionie. Szybko doszło do ostrych podziałów.

Wiele fantastycznych rzeczy działo się wśród oddolnych grup społecznych – komitetów oporu czy grup kobiecych. Było w tym wiele spontaniczności i entuzjazmu, ale brakowało doświadczenia, wizji i liderów.

Przeczytaj także:

Jak wyglądały prawa kobiet przed wojną domową?

Wojskowy zamach stanu miał miejsce w październiku 2021 roku. Natychmiast rozpoczęły się represje wobec ruchów kobiecych i wobec kobiet na ulicach. Przemoc wobec kobiet nigdy nie ustała. Przed zamachem stanu trwały ataki na oddolny ruch demokratyczny na ulicach i zabijanie aktywistek. Ale po październiku 2021 roku zabijanie aktywistek i przemoc seksualna wobec kobiet stały się częścią codziennej walki.

Elity wykorzystały oddolną pracę kobiet, a potem przejęły władzę i całkowicie odwróciły się do nich plecami.

Niestety nie otrzymałyśmy wsparcia – społeczność międzynarodowa, ludzie dysponujący pieniędzmi i wpływami byli znacznie bardziej zainteresowani wspieraniem przyszłych rządzących. W tym sensie rok 2019 nie przyniósł żadnej zmiany.

Główna broń wojny

Jakie były największe wyzwania dla kobiet w trakcie rządów al-Baszira?

Sudan miał i ma jedne z najgorszych na świecie ram prawnych dla praw kobiet. Przez chwilę, w 2019 roku, myślałyśmy, że coś się zmieni, że kobiety zostały wzmocnione politycznie. Byłyśmy ciągle na ulicach, ciągle protestowałyśmy, żeby doprowadzić do zmian. Niestety zmiany nie poszły w kierunku, którego sobie życzyłyśmy.

Po zamachu stanu wszystko się zmieniło: życie bardzo się zbrutalizowało, a kobiety padały ofiarą poważnych nadużyć i przemocy. Potem, w trakcie wojny, zamknięto nawet niewielkie przestrzenie działalności obywatelskiej i weszliśmy w całkowicie nową fazę. Dziś jest gorzej niż kiedykolwiek. Przemoc seksualna jest główną bronią tej wojny.

Jak wykorzystywana jest przemoc seksualna w konflikcie sudańskim?

Przy grabieżach. Przy zagarnianiu ziemi. Do zastraszania społeczności, odbierania im sprawczości i rugowania kobiet z przestrzeni publicznej. Jako narzędzie czystek etnicznych przeciwko konkretnym grupom. W tej wojnie przemoc seksualna jest narzędziem do osiągania okrutnych celów.

W jaki sposób wykorzystuje się przemoc seksualną, by zagrabić ziemię?

Gdy armia wchodzi na nowe terytorium, żołnierze masowo chodzą od drzwi do drzwi. Gwałcą kobiety i mężczyzn. Ludność traci wówczas sprawczość, traci nie tylko własną ziemię, ale też chęć do walki. Udokumentowaliśmy przypadki gwałtów zarówno na pięcio- i sześcioletnich dziewczynkach, jak i na starszych kobietach, nawet siedemdziesięcioletnich.

Gdy wiadomo, że nadchodząca grupa zbrojna stosuje takie metody, ludzie w panice uciekają. Przejęcie ziemi staje się wtedy łatwiejsze.

Jakie stoją przed wami wyzwania w dokumentowaniu tych zbrodni?

Niestety nie mamy dostępu do wszystkich miejsc w kraju. Na szczęście mamy wielu aktywistów, którzy pracują anonimowo i wykonują niezwykłą pracę. To osoby z lokalnych społeczności, dzięki czemu łatwiej jest im dotrzeć do ofiar. Pomagają nam też lokalne sieci lekarzy i położnych. Szkolimy tych, którzy mają rozmawiać z ofiarami, bo to bardzo trudne i delikatne rozmowy. Od gotowości ofiar do współpracy zależy, czy będziemy w stanie dokumentować zbrodnie.

Dlatego zadajemy proste pytania. Wyjaśniamy, dlaczego historie ocalonych są ważne. Gdy tylko pozwalają na to warunki, zapewniamy ofiarom niezbędne wsparcie i usługi. Dzięki temu część ofiar jest bardzo otwarta na współpracę.

W zeszłym roku głośnym echem odbiły się zbrodnie w al-Faszir. Czy doszło do większej liczby podobnych masakr, o których społeczność międzynarodowa nic nie wie?

Al-Faszir nie było pierwszą zbrodnią tego rodzaju. Już w czerwcu 2023 roku doszło do zbrodni RSF w al-Dżunajnie w Darfurze. Napastnicy masowo dopuszczali się przemocy seksualnej wobec lokalnej społeczności Massalitów. Kobiety były gwałcone na oczach swoich rodzin. Ojcowie byli zmuszani do patrzenia, jak gwałcone, a następnie zabijane są ich nieletnie córki.

Podobnie działo się w wielu innych miejscach – w obozie dla uchodźców Zamzam, w prowincji al-Dżazira, w wielu częściach Darfuru. Mówimy tutaj o setkach tysięcy przypadków napaści seksualnych. To przytłaczające.

Jakie są konsekwencje takich ataków dla lokalnych społeczności?

Jest ich cała lista. Ogromna liczba niechcianych ciąż. Młode dziewczyny, często nieletnie, są zmuszane do małżeństw z rebeliantami z RSF. Nie mają wyboru, rodziny godzą się na to z pistoletem przy głowie. Dzieci z takich ciąż są często porzucane i umierają. Mamy ekstremalny wzrost liczby chorób przenoszonych drogą płciową.

To katastrofa, której nie poświęca się wystarczającej uwagi.

Co można zrobić, by zminimalizować skutki tych zbrodni, gdy nastąpi już pokój?

Najpierw musi nastąpić ten pokój. Ważne jest także to, jak do niego dojdzie. Proces pokojowy będzie musiał uwzględnić rozliczenie krzywd i wymierzenie sprawiedliwości. Pokój osiągnięty kosztem ofiar nie jest pokojem.

Poza pracą Międzynarodowego Trybunału Karnego potrzebujemy też instytucji bliższej Sudanowi. Trybunału hybrydowego, który połączy instytucje międzynarodowe i lokalne. Ludzie muszą zobaczyć, że ich krzywdę traktuje się poważnie. Konieczne są też bezpłatny dostęp do opieki nad zdrowiem psychicznym i seksualnym, praca na rzecz lokalnych społeczności oraz reparacje. Niestety, na razie to się nie dzieje.

W raportach pani organizacji czytałem też o problemie niewolnictwa kobiet. Czy to powszechny problem? Co o nim wiemy?

W jednej z wiosek w Darfurze skontaktował się z nami lokalny lider. Przekazał, że RSF trzyma tam kilkadziesiąt kobiet w uwłaczających warunkach na farmie. Spotykamy się z kobietami, które mówią nam, że były przetrzymywane jako niewolnice seksualne. Słyszymy też o pracy przymusowej. To niestety powszechne i zwykle dzieje się na terenach kontrolowanych przez RSF.

Żołnierze Sudańskich Sił Zbrojnych również popełniają zbrodnie wobec kobiet. Kobiety najpierw piętnuje się jako kolaborantki RSF, a następnie są karane. Jest to jednak nieporównywalne z szokującą skalą zbrodni RSF.

Wojna inna niż poprzednie

Czy da się coś zrobić już teraz, by zapobiec rozprzestrzenianiu się przemocy seksualnej na taką skalę?

Priorytetem jest zatrzymanie tej wojny. Kryzys w Sudanie nie dzieje się sam z siebie. Może trwać, ponieważ możliwy jest ciągły napływ broni z sąsiednich krajów. Wojny i rebelie to dla Sudanu nic nowego. Mamy za sobą dekady takich doświadczeń. Obecna wojna jest jednak inna. Zniknęła jakakolwiek ochrona przesiedlonych i cywilów.

Wsparcie Zjednoczonych Emiratów Arabskich dla RSF i udział innych aktorów międzynarodowych zmieniły charakter tej wojny. Broń płynie ze wszystkich stron: z Etiopii, z Czadu. Mamy najemników z całego regionu, wśród bojowników jest wielu obywateli innych krajów. Na przykład drony obsługują najemnicy z Kolumbii.

Dopóki społeczność międzynarodowa, w tym Unia Europejska, nie zajmie twardego stanowiska i nie postawi sprawy jasno, rozwiązanie tego kryzysu będzie się oddalało, a Sudan i sąsiednie kraje będą cierpieć.

Dlaczego społeczność międzynarodowa nie chce jasno potępić ZEA za wsparcie dla RSF?

Sądzę, że interesy ekonomiczne stawia się ponad życie Sudańczyków.

Jak wygląda dziś życie sudańskich uchodźców w sąsiednich krajach?

Sytuacja jest ekstremalnie zła. Żyjemy w czasach, w których prawa uchodźców nie są szanowane. Ludzie nie otrzymują odpowiedniego wsparcia, a środków na pomoc brakuje. Szczególnie trudna jest sytuacja uchodźców w Egipcie, którzy doświadczają poważnych naruszeń i presji ze strony władz. W innych krajach również walczą o przetrwanie.

Państwa afrykańskie są bardzo biedne, a znalezienie w nich pracy jako uchodźca jest niezwykle trudne. Dlatego wiele osób wraca do Sudanu, do miejsc, w których walki ustały. Alternatywy są jeszcze gorsze: libijskie pustynie albo przepełnione łodzie na Morzu Śródziemnym w drodze do Europy. To ogromne ryzyko.

Czego doświadczają ludzie po powrocie do Sudanu?

Powracający nie otrzymują żadnego wsparcia. Sudan nie dostaje od społeczności międzynarodowej wystarczającej pomocy humanitarnej, brakuje żywności i dostępu do usług zdrowotnych. Ludzie po prostu próbują odbudować życie po tym, jak zostało całkowicie zniszczone.

A jak dziś wygląda życie przeciętnego mieszkańca Sudanu?

Nie jest łatwo, ale nie ma innego wyjścia niż próbować dalej. Sudańczycy polegają na sobie nawzajem i na własnych sieciach wsparcia sprzed wojny. To właśnie pozwala nam przetrwać od początku konfliktu. Ale robimy to z konieczności, bo nie otrzymujemy żadnego zewnętrznego wsparcia.

Sudański dom w ogniu

Wielokrotnie mówiła pani, że tragedie Sudanu to nie tylko liczby, ale przede wszystkim ludzie. Słyszała pani z pewnością tysiące historii. Czy są takie, które szczególnie utkwiły pani w pamięci?

Nigdy nie zapomnę pracy z matkami, które same były ofiarami, a następnie były świadkami przemocy wobec swoich córek. Mimo to są w stanie wyjść poza swój ból i szukać pomocy dla swoich córek. Jedna z takich matek opowiadała nam, że jej 19-letnia córka odebrała sobie życie. Została z 14-latką i 16-latką.

Prosty apel takiej osoby: „Potrzebuję, żebyście mi pomogli”, jest do głębi przejmujący.

Nigdy nie zapomnę kobiety w wieku sześćdziesięciu lat, która próbowała bronić swojej córki. Sama skończyła zgwałcona. Nigdy nie zapomnę matki, która jest nauczycielką w szkole i wynegocjowała z napastnikami, by zgwałcili ją, a nie jej 14-letnią córkę. Została zgwałcona przez siedmiu mężczyzn.

To są rzeczy, które nigdy mnie nie opuszczą. I jednocześnie musimy pamiętać, że chodzi nie tylko o same kobiety, ale też o społeczności po prostu rozrywane na strzępy.

Jaki jest najlepszy realistyczny scenariusz dla Sudanu na najbliższe miesiące?

Sudan potrzebuje poważnych negocjacji między stronami konfliktu. Dotychczas do nich nie doszło, bo brakuje bezstronnych negocjatorów. Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt czy Arabia Saudyjska nie mogą występować w roli mediatorów, ponieważ są współodpowiedzialne za to, co się dzieje. I powinny zostać za to rozliczone.

W tym momencie nie widzę nikogo poza Unią Europejską, kto mógłby odegrać taką rolę. Ale UE przez ponad trzy lata nie wykazała w tej sprawie woli politycznej, co jest bardzo smutne. Sudan, czy szerzej Afryka, nie są daleko. W dzisiejszym świecie jesteśmy sąsiadami. A sytuacja w Afryce ma wpływ na Europę, choćby przez migrację.

Jeśli płonie dom sąsiada, a Europa nie reaguje, ogień w końcu może rozprzestrzenić się dalej. Nie da się przed nim schować ani udawać, że go nie ma. Europa powinna pomóc w gaszeniu tego pożaru.

Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze