Prawie 80 lat temu skrawek przedwojennej polskiej Grodzieńszczyzny wrócił do Polski po korekcie granicy ze Związkiem Radzieckim. Pamięć o przesunięciu, jego skutkach i o tych, co zostali po drugiej stronie, wciąż żyje.
Na zdjęciu głównym: Kamień upamiętniający przesunięcie granicy z tablicą pamiątkową. Droga między Kuźnicą a wsią Nowodziel. Fot. Andrzej Goworski.
Jedziemy od Kuźnicy do Bobrownik wzdłuż granicy z Białorusią. Żołnierze uprawiają jogging, na wzgórzach obraca się radar, koncertina lśni jak anielski włos. Ten wąski skrawek ziemi przez cztery lata – od lipca 1944 r. do 16 maja 1948 r. – był częścią ZSRR, by następnie znaleźć się w granicach Polski. Dla jednych cud, dla innych początek nowych zakazów. Szukając śladów tamtych wydarzeń, odkrywamy, że pamięć o krzywdach przenosi się na kolejne pokolenia jak cecha dziedziczona.
Na mapie to trójkąt równoramienny. Podstawa to droga Białystok–Bobrowniki. Lewy bok to trasa nr 19, od Białegostoku do Kuźnicy. Prawy bok – granica, częściowo wyznaczona przez rzekę Świsłocz. Na wyjeździe z Sokółki znak: Kuźnica 15 km, Mińsk 324 km. W Kuźnicy granica na wyciągnięcie ręki, ale my skręcamy na południe, w kierunku Nowodziel i Szymaków. Przy nowej, ale wąskiej szosie kamień. Upamiętnia historię, która i nas interesuje. Czytamy:
„W tym miejscu w latach 1944–48 przebiegała narzucona przez aliantów granica między Polską a ZSRR. 15–16 maja 1948 r., w Zielone Świątki, nastąpiło niewielkie przesunięcie granicy na wschód. W gminie Kuźnica do macierzy powróciły wsie: Nowodziel, Tołcze, Szymaki, Klimówka, Dubnica. Niestety, 19 miejscowości z naszej wspólnoty parafialno-gminnej oraz Kresy Wschodnie pozostały poza Polską”.
Pomnik odsłonięto w 2021 r. Obok stoi katolicki krzyż ustawiony w 2008 r. Na tabliczce napis: „Spotkała się tutaj procesja mieszkańców wsi Nowodziel, śpiewających Godzinki i idących […] z podziękowaniem za cudownie odzyskaną wolność oraz procesja mieszkańców Kuźnicy z księdzem proboszczem Janem Malinowskim na czele”.
Historycznie ta część Sokólszczyzny to już nie Podlasie, a Grodzieńszczyzna. W odróżnieniu od obecnych czasów w dwudziestoleciu międzywojennym nie było to pogranicze. Z Sokółki czy Krynek do najbliższej granicy – wówczas z Niemcami pod Rajgrodem – było 60–70 km. Do granicy z Litwą – 80–90 km.
W sierpniu 1939 r. sygnatariusze paktu Ribbentrop-Mołotow zakwestionowali tę polityczną kartografię. We wrześniu na krótko wkroczyli Niemcy, a 17 września weszła Armia Czerwona. Zagarnięte ziemie Moskwa nazwała Zachodnią Białorusią i wcieliła do Białoruskiej SRR. Nie na długo – w czerwcu 1941 r. nastał „drugi Niemiec”, jak powiedział jeden z naszych rozmówców. A po trzech latach „znów Ruscy”.
Za każdym razem pojawienie się Sowietów było jak przyjazd cyrku – z muzyką, tańcami; dopiero po czasie pokazywali prawdziwe oblicze. Natomiast wejście Niemców było majestatyczne i okrutne jak z Wagnera.
Kolejna zmiana wydarzyła się 27 lipca 1944 r., kiedy rząd ZSRR podpisał z PKWN tymczasowe porozumienie o nowej granicy. Białostocczyznę i trzy rejony obwodu brzeskiego włączono do Polski. 9 września 1944 r. rząd BSRR i PKWN podpisały umowę o przesiedleniach. Przykładowo ze wsi Ozierany Małe do ZSRR wyjechało siedem rodzin; ich domy i ziemię przejęło państwo polskie.
Granica pozostawała płynna. Piotr Eberhardt, geograf i badacz migracji, pisał: „[w okolicach Krynek] odcinek o długości 25 km i szerokości od 1 do 6 km był labilny aż do 1948 r. Mieszkańcy […] nie wiedzieli, czy zostaną obywatelami Polski, czy ZSRR”.
Ostateczne porozumienie polsko-radzieckiej komisji z 30 kwietnia 1947 r. odbiegało od uzgodnień jałtańskich. Układ przewidywał możliwość odchyleń od linii Curzona od 5 do 8 kilometrów na korzyść Polski. Tymczasem w powiecie sokólskim 16 maja 1948 r. dokonano przesunięcia ledwie o 200–3000 metrów na wschód. Przyłączono wówczas kilkanaście wsi wyłącznie w celu wyprostowania pasa granicznego i nie miało to podłoża ekonomicznego ani nie uwzględniało składu religijno-narodowościowego tamtejszej ludności. Przykładem są przyłączone do Polski katolickie wsie bliżej Kuźnicy, w tym Szymaki, oraz leżące na południe od Krynek wsie prawosławne.
Stukamy w drzwi. — Kto tak ładnie puka? — w progu staje Wacław Ropucha, dawny organista miejscowego kościoła. Zaprasza do środka. Wnętrze nieogrzewane, ściany obwieszone dywanami i obrazami religijnymi, mini-ołtarzyk ze świecami, gliniane skrzaty, kogutki, na poduszkach pluszaki.
— Będę miał 90 lat od września — mówi Ropucha i zaczyna opowieść od wybuchu wojny. — Bardzo bałem się tych Niemców, bo straszyli [nimi] — wspomina. Krzywdy rodzinie nie zrobili, ale aresztowali innych za ubój zwierząt. Zapamiętał też Polkę z Warszawy, Helenę Nitubską, która była tłumaczką i dała mu cztery „cegiełki” cukru.
Pamięta też Żydów. — Była taka stara Astera i dziewczynka Dunia. Pasła z mamą krowy. Ich mieli zabrać. Ciocie [polskie mieszkanki] prosiły [kobietę]: zostawcie dziecko, my je wychowamy. Nie zgodziła się. Nie chciała ginąć sama.
Potem Sowieci. — Leżał u nas w przybudówce bojec [czerwonoarmista] z ranioną nogą, dawał cukierki. Potem katiusze, strzały, ogień jak języki — mówi Wacław Ropucha. Front przeszedł i zaczęła się szkoła. Wtedy też wieś przeszła pod jurysdykcję radziecką. Władze zadecydowały, że polskie dzieci nie rozpoczną edukacji. — Nie trzeba. Polacy i tak umieją — parafrazuje pan Wacław.
Zapamiętał też żart, który mógł mieć poważne konsekwencje. W szkole powieszono hasło „My leninowskie wnuki”, a ktoś dopisał „pod chwostom [ogonem] suki”. On sam uczył się w domu z polskich elementarzy.
Potem opowiada historię z 4 grudnia 1944 r. W domu matka z siostrą czymś się gorączkowo zajmowały. Jemu kazali udawać chorego. — Nakrajali kartofli, obłożyli mnie, chusteczką głowę związali. A przychodzą sołdaty”. Tymczasem pod łóżkiem Wacka schowany był Jan, młody mężczyzna z pobliskiego dworu. Później przez dwa miesiące ukrywał się w ich stodole. Czternastoletnia siostra nosiła mu jeść. — Mama mówi: Józiu, idź tam, coś prosiaki nie jedzą. To Józia chodziła do tych prosiaków — mówi Ropucha. Niosła jajecznicę, a czasem żeberka w kapuście. W soboty przychodziły też siostry Jana, przynosiły bieliznę. Pan Wacław zapamiętał lnianą koszulę z niebieskimi guzikami.
Zanim Szymaki wróciły do Polski, u Ropuchów kwaterował radziecki „naczalnik”, oficer wojsk pogranicznych. Miał synka w wieku Wacława i chłopcy razem pojechali na defiladę do Grodna. — Siedziałem tam wśród żon naczalników. Rzeka, duże budynki. Nie widziałem nigdy takiego miasta — wspomina pan Wacław. Po przesunięciu granicy oficer z rodziną wyjechał na wschód.
Wydarzenia towarzyszące korekcie miały uroczysty przebieg. Już wcześniej ksiądz Krawiec z kościoła w Klimówce (po stronie radzieckiej, 550 metrów od domu Wacława Ropuchy) stawiał na Boże Ciało jeden z ołtarzy na pagórku tuż przy Bieliminach – wsi, która od 1944 r. należała do Polski.
Dzięki temu ludzie z czterech wiosek jednej parafii, przeciętej granicą, mogli się spotkać dokładnie przy miedzy, nie przekraczając linii.
16 maja, w dniu przesunięcia, do Szymaków dotarła procesja, potem dołączyła „polska szkoła” z Bielimin. Procesja doszła do kaplicy. Ksiądz zaśpiewał „Święty Boże, święty mocny”. — Ludzie poklękali. Wszyscy, nikt głosu nie wydobył. Tak czekali – wspomina Ropucha. Potem witali się, całowali, pozdrawiali po polsku. „Szymaki wróciły do macierzy”, ale sąsiednie Grzebienie i Czarnowszczyzna „odeszły na tamtą stronę”.
Efekty odczuli od razu. — O Jezu, dobrze było, potem mądrze było. Pszenicę dawali nam — mówi pan Wacław o pomocy z Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy (UNRRA), zorganizowanej na rzecz pomocy obszarom wyzwolonym w Europie i Azji po zakończeniu II wojny światowej. W nowej szkole pojawiła się nauczycielka Zofia Męczyńska, dzieci dostawały do chleba marmoladę i konserwy. — Mówili, że z żab — wspomina Ropucha.
Wacław wskazuje przez okno – 200 metrów od jego domu jest teraz granica, którą znów zamknęli. — Jestem najbliższym sąsiadem Łukaszenki. Mam tam rodzinę, Grodno znam, potem jeździłem do Odelska, gdzie moja siostra jest pochowana. Aż zamknęli Kuźnicę — mówi. Na pytanie o przyszłość kręci głową: — Nie znoszę polityki.
Opuszczamy katolickie wsie i jedziemy za Krynki do prawosławnych. W cerkwi w Jurowlanach próbujemy odczytywać archiwalia wygrzebane m.in. ze stron Archiwum Państwowego w Białymstoku i lokalnych mediów. To w większości skany pism z lat 1945–1949 ludzi mieszkających w pobliżu granicy.
26 listopada 1945 r. Wiktoria Ignatowicz z Miszkienik Małych (od 1944 r. po polskiej stronie) pisze zielonym atramentem do starosty w Sokółce: „proszę o […] zwrócenie odebranych mi dwóch mych koni (mały czarny 6 miesięcy, czerwony łysy 1 rok) odebranych przez radzieckich strażników”. Sołtys zaświadcza, ale „Matejko Naczelnik” z Urzędu Wojewódzkiego odpowiada: „kierować do Ministerstwa Spraw Zagranicznych”. Jeszcze bardziej przejmujące jest podanie Stefana Kamińskiego z Jurowlan (od 1944 r. po polskiej stronie): „Mam tylko jedną krowę, która przeszła granicę i znajduje się po sowieckiej stronie.
Jestem biedny, pracuję jako pastuch, rodzina 7 osób, dzieci 5, muszę wypraszać mleko”.
Są też pisma urzędowe. W tajnym okólniku z 1946 r. wojewoda białostocki alarmuje starostów, że ludność „samowolnie przesiedla się” (z ZSRR do Polski). Nakazuje więc ogłosić, że przesiedlenie nastąpi dopiero po ustaleniu granicy. A zatem zmianę rozważano już wcześniej.
Najbardziej spektakularny jest meldunek starosty sokólskiego z 28 stycznia 1946 r. do wojewody białostockiego o incydencie na granicy polsko-radzieckiej na wysokości Szymaków: „sowiecki patrol” w sile 10 ludzi swobodnie przekracza granicę, „ścigając bandę”. Zostaje zatrzymany przez polskie wojsko, ale po kilku godzinach przyjeżdżają z BSRR posiłki – 50 żołnierzy pod dowództwem pułkownika – i odbijają swoich. Polacy nie mogli stawić oporu – „Sowieci przewyższali liczebnie i uzbrojeniem”.
Inne pisma dotyczą sytuacji po korekcie granicy. Przykładowo starosta sokólski donosi o mieszkańcach Ozieran i Chomontowiec, że „powrócili do Polski w związku z delimitacją” i prosi o karty przesiedleńcze, dające uprawnienia do zapomogi. Ale Państwowy Urząd Repatriacyjny nie czuje się kompetentny.
Są też ślady zwykłego życia. Jarosław Szczur z Nowego Dworu (po polskiej stronie) kupił aparat fotograficzny, ale mieszka w strefie przygranicznej i nie może go używać. Pisze więc podanie o zezwolenie. Jest 3 października 1949 r. Czy dostał zgodę? Nie wiemy.
Jedziemy przez wioski, wypytując, gdzie możemy porozmawiać z miejscowymi nestorami. Dopiero w Chomontowcach kierują nas do domu sołtysa, którego ojciec, Walenty Lewczuk, w maju 1948 r. miał osiem lat. To człowiek zamknięty, sprawia wrażenie nieufnego, ale godzi się odpowiedzieć na pytania. Mówi nam na „ty” i my też przyjmujemy tę konwencję. Rozmowa jest po polsku, z nielicznymi wstawkami rosyjskimi. Walenty pamięta dokładnie noc, kiedy dokonano przesunięcia granicy. — Nie spaliśmy, cała wieś strażowała, chodziło się po wiosce w tym czasie. Nie przewieźli nas — wspomina Lewczuk. Obawiali się, aby ich siłą nie zabrali do ZSRR.
Najbardziej zaskakują jednak wspomnienia pierwszych tygodni po przesunięciu granicy. — Jak przyszli Polacy, to nie było wolno trzymać ni psa, ni koguta. Bo szczekał, bo piał. Dziesiąta godzina i nie miał prawa nikt wyjść na podwórko. Młodzieży zakazali śpiewać.
Wcale nie było lepiej za Polaków — mówi Lewczuk.
Wszystko za sprawą decyzji dowódcy strażnicy w pobliskiej Jeryłówce. Nie pamięta też, żeby do jego wsi trafiły dary z UNRRA. Pytamy o rodzinę po białoruskiej stronie: — Miałem. Raz byłem.
Gdy parę godzin później wracamy przez Chomontowce, zatrzymuje nas Lewczuk. — Weź jajek — mówi i pomaga nabrać wytłaczankę.
Z jajkami na podłodze wracamy do Bielska Podlaskiego. Na głos układamy sobie to, co usłyszeliśmy.
Granica jest konstrukcją – przesuwają ją, prostują, narzucają. W 1948 roku zrobili to nie dlatego, że ktoś był Polakiem czy Białorusinem, katolikiem czy prawosławnym. Po prostu „żeby było prosto”.
Zderzamy to, co jest na tabliczce na kamieniu w Nowodzielu, z tym, co mówią ludzie. Pomnik: „cudownie odzyskana wolność”. Ludzie: strata sąsiadów, pól, koni. Zmiana granicy nie przyniosła automatycznie zmiany na lepsze.
W oficjalnych uroczystościach pod pomnikiem nie ma prawosławnych, Tatarów, nie ma tych, którzy w 1948 r. nie czuli radości. Jest za to patos, który przesłania to, co naprawdę zapamiętali ludzie: kto spał w stodole, kto dał cukier, kto przeszedł granicę, kto został.
Ale najważniejszy wniosek przychodzi już w domu. W białoruskiej „Naszej Niwie” znajdujemy wzmiankę: mieszkańcy Chomontowiec w marcu 2025 r. protestowali przeciwko planom polskiej Straży Granicznej, która chciała postawić u nich wieżę obserwacyjną. W komentarzach ktoś napisał: „Wszystkich sygnatariuszy wysiedlić na Białoruś”. I wtedy przypomina nam się Walenty i jego opowieść o polskim dowódcy strażnicy w Jeryłówce. Za Polaków nie było lepiej? Trudno się dziwić...
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Komentarze