Zebraliśmy już ponad milion!

Dołącz do zbiórki „Pomóżmy Ukraińcom"

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Andrzej GoworskiFot. Andrzej Goworsk...

Na zdjęciu głównym: Kamień upamiętniający przesunięcie granicy z tablicą pamiątkową. Droga między Kuźnicą a wsią Nowodziel. Fot. Andrzej Goworski.

Jedziemy od Kuźnicy do Bobrownik wzdłuż granicy z Białorusią. Żołnierze uprawiają jogging, na wzgórzach obraca się radar, koncertina lśni jak anielski włos. Ten wąski skrawek ziemi przez cztery lata – od lipca 1944 r. do 16 maja 1948 r. – był częścią ZSRR, by następnie znaleźć się w granicach Polski. Dla jednych cud, dla innych początek nowych zakazów. Szukając śladów tamtych wydarzeń, odkrywamy, że pamięć o krzywdach przenosi się na kolejne pokolenia jak cecha dziedziczona.

„Tylko w polu biały krzyż”

Na mapie to trójkąt równoramienny. Podstawa to droga Białystok–Bobrowniki. Lewy bok to trasa nr 19, od Białegostoku do Kuźnicy. Prawy bok – granica, częściowo wyznaczona przez rzekę Świsłocz. Na wyjeździe z Sokółki znak: Kuźnica 15 km, Mińsk 324 km. W Kuźnicy granica na wyciągnięcie ręki, ale my skręcamy na południe, w kierunku Nowodziel i Szymaków. Przy nowej, ale wąskiej szosie kamień. Upamiętnia historię, która i nas interesuje. Czytamy:

„W tym miejscu w latach 1944–48 przebiegała narzucona przez aliantów granica między Polską a ZSRR. 15–16 maja 1948 r., w Zielone Świątki, nastąpiło niewielkie przesunięcie granicy na wschód. W gminie Kuźnica do macierzy powróciły wsie: Nowodziel, Tołcze, Szymaki, Klimówka, Dubnica. Niestety, 19 miejscowości z naszej wspólnoty parafialno-gminnej oraz Kresy Wschodnie pozostały poza Polską”.

Pomnik odsłonięto w 2021 r. Obok stoi katolicki krzyż ustawiony w 2008 r. Na tabliczce napis: „Spotkała się tutaj procesja mieszkańców wsi Nowodziel, śpiewających Godzinki i idących […] z podziękowaniem za cudownie odzyskaną wolność oraz procesja mieszkańców Kuźnicy z księdzem proboszczem Janem Malinowskim na czele”.

Żeby było prosto

Historycznie ta część Sokólszczyzny to już nie Podlasie, a Grodzieńszczyzna. W odróżnieniu od obecnych czasów w dwudziestoleciu międzywojennym nie było to pogranicze. Z Sokółki czy Krynek do najbliższej granicy – wówczas z Niemcami pod Rajgrodem – było 60–70 km. Do granicy z Litwą – 80–90 km.

W sierpniu 1939 r. sygnatariusze paktu Ribbentrop-Mołotow zakwestionowali tę polityczną kartografię. We wrześniu na krótko wkroczyli Niemcy, a 17 września weszła Armia Czerwona. Zagarnięte ziemie Moskwa nazwała Zachodnią Białorusią i wcieliła do Białoruskiej SRR. Nie na długo – w czerwcu 1941 r. nastał „drugi Niemiec”, jak powiedział jeden z naszych rozmówców. A po trzech latach „znów Ruscy”.

Za każdym razem pojawienie się Sowietów było jak przyjazd cyrku – z muzyką, tańcami; dopiero po czasie pokazywali prawdziwe oblicze. Natomiast wejście Niemców było majestatyczne i okrutne jak z Wagnera.

Kolejna zmiana wydarzyła się 27 lipca 1944 r., kiedy rząd ZSRR podpisał z PKWN tymczasowe porozumienie o nowej granicy. Białostocczyznę i trzy rejony obwodu brzeskiego włączono do Polski. 9 września 1944 r. rząd BSRR i PKWN podpisały umowę o przesiedleniach. Przykładowo ze wsi Ozierany Małe do ZSRR wyjechało siedem rodzin; ich domy i ziemię przejęło państwo polskie.

Granica pozostawała płynna. Piotr Eberhardt, geograf i badacz migracji, pisał: „[w okolicach Krynek] odcinek o długości 25 km i szerokości od 1 do 6 km był labilny aż do 1948 r. Mieszkańcy […] nie wiedzieli, czy zostaną obywatelami Polski, czy ZSRR”.

Ostateczne porozumienie polsko-radzieckiej komisji z 30 kwietnia 1947 r. odbiegało od uzgodnień jałtańskich. Układ przewidywał możliwość odchyleń od linii Curzona od 5 do 8 kilometrów na korzyść Polski. Tymczasem w powiecie sokólskim 16 maja 1948 r. dokonano przesunięcia ledwie o 200–3000 metrów na wschód. Przyłączono wówczas kilkanaście wsi wyłącznie w celu wyprostowania pasa granicznego i nie miało to podłoża ekonomicznego ani nie uwzględniało składu religijno-narodowościowego tamtejszej ludności. Przykładem są przyłączone do Polski katolickie wsie bliżej Kuźnicy, w tym Szymaki, oraz leżące na południe od Krynek wsie prawosławne.

Przeczytaj także:

Szymaki

Stukamy w drzwi. — Kto tak ładnie puka? — w progu staje Wacław Ropucha, dawny organista miejscowego kościoła. Zaprasza do środka. Wnętrze nieogrzewane, ściany obwieszone dywanami i obrazami religijnymi, mini-ołtarzyk ze świecami, gliniane skrzaty, kogutki, na poduszkach pluszaki.

— Będę miał 90 lat od września — mówi Ropucha i zaczyna opowieść od wybuchu wojny. — Bardzo bałem się tych Niemców, bo straszyli [nimi] — wspomina. Krzywdy rodzinie nie zrobili, ale aresztowali innych za ubój zwierząt. Zapamiętał też Polkę z Warszawy, Helenę Nitubską, która była tłumaczką i dała mu cztery „cegiełki” cukru.

Pamięta też Żydów. — Była taka stara Astera i dziewczynka Dunia. Pasła z mamą krowy. Ich mieli zabrać. Ciocie [polskie mieszkanki] prosiły [kobietę]: zostawcie dziecko, my je wychowamy. Nie zgodziła się. Nie chciała ginąć sama.

Potem Sowieci. — Leżał u nas w przybudówce bojec [czerwonoarmista] z ranioną nogą, dawał cukierki. Potem katiusze, strzały, ogień jak języki — mówi Wacław Ropucha. Front przeszedł i zaczęła się szkoła. Wtedy też wieś przeszła pod jurysdykcję radziecką. Władze zadecydowały, że polskie dzieci nie rozpoczną edukacji. — Nie trzeba. Polacy i tak umieją — parafrazuje pan Wacław.

Zapamiętał też żart, który mógł mieć poważne konsekwencje. W szkole powieszono hasło „My leninowskie wnuki”, a ktoś dopisał „pod chwostom [ogonem] suki”. On sam uczył się w domu z polskich elementarzy.

Potem opowiada historię z 4 grudnia 1944 r. W domu matka z siostrą czymś się gorączkowo zajmowały. Jemu kazali udawać chorego. — Nakrajali kartofli, obłożyli mnie, chusteczką głowę związali. A przychodzą sołdaty”. Tymczasem pod łóżkiem Wacka schowany był Jan, młody mężczyzna z pobliskiego dworu. Później przez dwa miesiące ukrywał się w ich stodole. Czternastoletnia siostra nosiła mu jeść. — Mama mówi: Józiu, idź tam, coś prosiaki nie jedzą. To Józia chodziła do tych prosiaków — mówi Ropucha. Niosła jajecznicę, a czasem żeberka w kapuście. W soboty przychodziły też siostry Jana, przynosiły bieliznę. Pan Wacław zapamiętał lnianą koszulę z niebieskimi guzikami.

Wacław Ropucha w swoim domu, Szymaki. Fot. Andrzej Goworski (zdjęcie za zgodą osoby fotografowanej)

„A potem przyszła granica”

Zanim Szymaki wróciły do Polski, u Ropuchów kwaterował radziecki „naczalnik”, oficer wojsk pogranicznych. Miał synka w wieku Wacława i chłopcy razem pojechali na defiladę do Grodna. — Siedziałem tam wśród żon naczalników. Rzeka, duże budynki. Nie widziałem nigdy takiego miasta — wspomina pan Wacław. Po przesunięciu granicy oficer z rodziną wyjechał na wschód.

Wydarzenia towarzyszące korekcie miały uroczysty przebieg. Już wcześniej ksiądz Krawiec z kościoła w Klimówce (po stronie radzieckiej, 550 metrów od domu Wacława Ropuchy) stawiał na Boże Ciało jeden z ołtarzy na pagórku tuż przy Bieliminach – wsi, która od 1944 r. należała do Polski.

Dzięki temu ludzie z czterech wiosek jednej parafii, przeciętej granicą, mogli się spotkać dokładnie przy miedzy, nie przekraczając linii.

16 maja, w dniu przesunięcia, do Szymaków dotarła procesja, potem dołączyła „polska szkoła” z Bielimin. Procesja doszła do kaplicy. Ksiądz zaśpiewał „Święty Boże, święty mocny”. — Ludzie poklękali. Wszyscy, nikt głosu nie wydobył. Tak czekali – wspomina Ropucha. Potem witali się, całowali, pozdrawiali po polsku. „Szymaki wróciły do macierzy”, ale sąsiednie Grzebienie i Czarnowszczyzna „odeszły na tamtą stronę”.

Efekty odczuli od razu. — O Jezu, dobrze było, potem mądrze było. Pszenicę dawali nam — mówi pan Wacław o pomocy z Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy (UNRRA), zorganizowanej na rzecz pomocy obszarom wyzwolonym w Europie i Azji po zakończeniu II wojny światowej. W nowej szkole pojawiła się nauczycielka Zofia Męczyńska, dzieci dostawały do chleba marmoladę i konserwy. — Mówili, że z żab — wspomina Ropucha.

Wacław wskazuje przez okno – 200 metrów od jego domu jest teraz granica, którą znów zamknęli. — Jestem najbliższym sąsiadem Łukaszenki. Mam tam rodzinę, Grodno znam, potem jeździłem do Odelska, gdzie moja siostra jest pochowana. Aż zamknęli Kuźnicę — mówi. Na pytanie o przyszłość kręci głową: — Nie znoszę polityki.

Krowa i konie u Sowietów

Opuszczamy katolickie wsie i jedziemy za Krynki do prawosławnych. W cerkwi w Jurowlanach próbujemy odczytywać archiwalia wygrzebane m.in. ze stron Archiwum Państwowego w Białymstoku i lokalnych mediów. To w większości skany pism z lat 1945–1949 ludzi mieszkających w pobliżu granicy.

26 listopada 1945 r. Wiktoria Ignatowicz z Miszkienik Małych (od 1944 r. po polskiej stronie) pisze zielonym atramentem do starosty w Sokółce: „proszę o […] zwrócenie odebranych mi dwóch mych koni (mały czarny 6 miesięcy, czerwony łysy 1 rok) odebranych przez radzieckich strażników”. Sołtys zaświadcza, ale „Matejko Naczelnik” z Urzędu Wojewódzkiego odpowiada: „kierować do Ministerstwa Spraw Zagranicznych”. Jeszcze bardziej przejmujące jest podanie Stefana Kamińskiego z Jurowlan (od 1944 r. po polskiej stronie): „Mam tylko jedną krowę, która przeszła granicę i znajduje się po sowieckiej stronie.

Jestem biedny, pracuję jako pastuch, rodzina 7 osób, dzieci 5, muszę wypraszać mleko”.

Są też pisma urzędowe. W tajnym okólniku z 1946 r. wojewoda białostocki alarmuje starostów, że ludność „samowolnie przesiedla się” (z ZSRR do Polski). Nakazuje więc ogłosić, że przesiedlenie nastąpi dopiero po ustaleniu granicy. A zatem zmianę rozważano już wcześniej.

Najbardziej spektakularny jest meldunek starosty sokólskiego z 28 stycznia 1946 r. do wojewody białostockiego o incydencie na granicy polsko-radzieckiej na wysokości Szymaków: „sowiecki patrol” w sile 10 ludzi swobodnie przekracza granicę, „ścigając bandę”. Zostaje zatrzymany przez polskie wojsko, ale po kilku godzinach przyjeżdżają z BSRR posiłki – 50 żołnierzy pod dowództwem pułkownika – i odbijają swoich. Polacy nie mogli stawić oporu – „Sowieci przewyższali liczebnie i uzbrojeniem”.

Inne pisma dotyczą sytuacji po korekcie granicy. Przykładowo starosta sokólski donosi o mieszkańcach Ozieran i Chomontowiec, że „powrócili do Polski w związku z delimitacją” i prosi o karty przesiedleńcze, dające uprawnienia do zapomogi. Ale Państwowy Urząd Repatriacyjny nie czuje się kompetentny.

Są też ślady zwykłego życia. Jarosław Szczur z Nowego Dworu (po polskiej stronie) kupił aparat fotograficzny, ale mieszka w strefie przygranicznej i nie może go używać. Pisze więc podanie o zezwolenie. Jest 3 października 1949 r. Czy dostał zgodę? Nie wiemy.

Meldunek starosty sokólskiego z 28 stycznia 1946 r. o incydencie na granicy polsko-radzieckiej. Archiwum Państwowe w Białymstoku

Chomontowce

Jedziemy przez wioski, wypytując, gdzie możemy porozmawiać z miejscowymi nestorami. Dopiero w Chomontowcach kierują nas do domu sołtysa, którego ojciec, Walenty Lewczuk, w maju 1948 r. miał osiem lat. To człowiek zamknięty, sprawia wrażenie nieufnego, ale godzi się odpowiedzieć na pytania. Mówi nam na „ty” i my też przyjmujemy tę konwencję. Rozmowa jest po polsku, z nielicznymi wstawkami rosyjskimi. Walenty pamięta dokładnie noc, kiedy dokonano przesunięcia granicy. — Nie spaliśmy, cała wieś strażowała, chodziło się po wiosce w tym czasie. Nie przewieźli nas — wspomina Lewczuk. Obawiali się, aby ich siłą nie zabrali do ZSRR.

Najbardziej zaskakują jednak wspomnienia pierwszych tygodni po przesunięciu granicy. — Jak przyszli Polacy, to nie było wolno trzymać ni psa, ni koguta. Bo szczekał, bo piał. Dziesiąta godzina i nie miał prawa nikt wyjść na podwórko. Młodzieży zakazali śpiewać.

Wcale nie było lepiej za Polaków — mówi Lewczuk.

Wszystko za sprawą decyzji dowódcy strażnicy w pobliskiej Jeryłówce. Nie pamięta też, żeby do jego wsi trafiły dary z UNRRA. Pytamy o rodzinę po białoruskiej stronie: — Miałem. Raz byłem.

Gdy parę godzin później wracamy przez Chomontowce, zatrzymuje nas Lewczuk. — Weź jajek — mówi i pomaga nabrać wytłaczankę.

IMG_2028
Walenty Lewczuk przed swoim domem, Chomontowce. Fot. Andrzej Goworski (zdjęcie za zgodą osoby fotografowanej)

Dziedzictwo znad Świsłoczy

Z jajkami na podłodze wracamy do Bielska Podlaskiego. Na głos układamy sobie to, co usłyszeliśmy.

Granica jest konstrukcją – przesuwają ją, prostują, narzucają. W 1948 roku zrobili to nie dlatego, że ktoś był Polakiem czy Białorusinem, katolikiem czy prawosławnym. Po prostu „żeby było prosto”.

Zderzamy to, co jest na tabliczce na kamieniu w Nowodzielu, z tym, co mówią ludzie. Pomnik: „cudownie odzyskana wolność”. Ludzie: strata sąsiadów, pól, koni. Zmiana granicy nie przyniosła automatycznie zmiany na lepsze.

W oficjalnych uroczystościach pod pomnikiem nie ma prawosławnych, Tatarów, nie ma tych, którzy w 1948 r. nie czuli radości. Jest za to patos, który przesłania to, co naprawdę zapamiętali ludzie: kto spał w stodole, kto dał cukier, kto przeszedł granicę, kto został.

Ale najważniejszy wniosek przychodzi już w domu. W białoruskiej „Naszej Niwie” znajdujemy wzmiankę: mieszkańcy Chomontowiec w marcu 2025 r. protestowali przeciwko planom polskiej Straży Granicznej, która chciała postawić u nich wieżę obserwacyjną. W komentarzach ktoś napisał: „Wszystkich sygnatariuszy wysiedlić na Białoruś”. I wtedy przypomina nam się Walenty i jego opowieść o polskim dowódcy strażnicy w Jeryłówce. Za Polaków nie było lepiej? Trudno się dziwić...

Na zdjęciu Andrzej Goworski
Andrzej Goworski

Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.

Na zdjęciu Marta Panas-Goworska
Marta Panas-Goworska

Połowa duetu pisarskiego, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.

Komentarze