Polska chce rozbić Białoruś, by przejąć Grodno, a Polacy wydają połowę pensji na czynsz i media. Takie narracje po stłumieniu protestów w 2020 roku na Białorusi promuje propaganda oficjalnego Mińska. Jednak Polskę w złym świetle reżim przedstawia już od lat 90. Czy Białorusini w to wierzą?
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyStosunek Polski do wschodniego sąsiada zawsze różnił się od podejścia dominującego w Europie. Warszawa była jednym z pierwszych państw, które uznały niepodległość Białorusi. Już w 1992 roku oba kraje podpisały kilka kluczowych umów, a wkrótce Polska stała się najważniejszym partnerem gospodarczym Białorusi spoza obszaru WNP (Wspólnota Niepodległych Państw, zrzeszająca część republik postsowieckich).
Polski historyk Łukasz Adamski pisze, że w przeciwieństwie do Zachodu, który z niepokojem patrzył na rozpad ZSRR, Polska przyjęła niepodległość Białorusi z zadowoleniem, czując z nią historyczną więź.
Demokratyczna Warszawa nie miała wobec Białorusi roszczeń terytorialnych, chciała jednak mieć sąsiada niezależnego od Rosji i podążającego – razem z Polską – drogą integracji europejskiej.
Dlatego polskie elity z niepokojem przyjęły dojście do władzy prorosyjskiego Aleksandra Łukaszenki w 1994 roku, nadanie językowi rosyjskiemu statusu państwowego oraz rezygnację z symboli narodowych w 1995 roku, rozpędzenie parlamentu i uzurpację władzy w 1996 roku, a wreszcie powstanie Związku Białorusi i Rosji w 1997 roku.
Polska potępiała nasilające się na Białorusi represje, przyjmowała na wysokim szczeblu przeciwników Łukaszenki, a nawet rozpoczęła finansowanie białoruskojęzycznego Radia Racyja, nadającego z Białegostoku.
Zarazem Warszawa nie chciała tracić Białorusi, dlatego nie przyłączyła się do europejskich sankcji wobec Łukaszenki w 1998 i 2002 roku, uczestniczyła w spotkaniach na najwyższym szczeblu z białoruskimi urzędnikami, rozwijała handel i realizowała wspólne projekty.
Mimo to w 2005 roku stosunki polsko-białoruskie gwałtownie się pogorszyły – aż do odwołania ambasadorów. Przyczyną był inspirowany przez Mińsk rozłam w Związku Polaków na Białorusi (ZPB), w wyniku którego powstała organizacja lojalna wobec Łukaszenki. Osoby, które odmówiły przystąpienia do reżimowego związku, zaczęto prześladować – wśród nich był m.in. dziennikarz Andrzej Poczobut.
Mimo to Warszawa nie porzuciła prób przywrócenia Białorusi na europejską ścieżkę. Polskę zaczęto nawet nazywać „adwokatem Białorusi w Europie”. Dzięki tym wysiłkom od 2007 roku relacje między Białorusią a Unią Europejską zaczęły się poprawiać – m.in. uruchomiono program Partnerstwo Wschodnie.
Jednocześnie w 2007 roku w strukturze TVP powstał kanał Belsat, nadający w języku białoruskim i promujący agendę demokratyczną. Mimo że władze białoruskie nie przyznawały jego dziennikarzom akredytacji, mogli oni pracować na terytorium kraju.
Względny spokój nie trwał jednak długo – Mińsk nadal prześladował działaczy (stosunkowo) niezależnego ZPB. W odpowiedzi w lutym 2010 roku Warszawa wprowadziła sankcje wobec kilku białoruskich urzędników.
Sytuację dodatkowo pogorszyły brutalne represje po wyborach prezydenckich w 2010 roku. W reakcji na nie Europa rozszerzyła wcześniejsze oraz wprowadziła nowe sankcje wobec Łukaszenki, jego urzędników i państwowych przedsiębiorstw.
Kolejne ocieplenie relacji nastąpiło dopiero w 2015 roku – sankcje UE zostały zawieszone, a rok później zniesione. Stało się to w kontekście spokojnych wyborów prezydenckich oraz ostrożności, jaką Łukaszenka zaczął wykazywać wobec Rosji po aneksji Krymu.
Po rozpoczęciu protestów w 2020 roku i po ich stłumieniu relacje między Mińskiem a Warszawą ponownie się zaostrzyły. Praktycznie wszystkie polskie siły polityczne potępiły represje na Białorusi, a władze w Warszawie zerwały kontakty z oficjalnym Mińskiem.
Polscy oficjele spotykali się z białoruską opozycją na najwyższym szczeblu, a Warszawa przyjęła największą liczbę białoruskich uchodźców politycznych — dziś społeczność białoruska w kraju liczy około 145 tysięcy osób posiadających legalny status pobytu.
W kolejnych latach relacje między Warszawą a Mińskiem ulegały dalszemu pogorszeniu, a głównymi czynnikami były kryzys migracyjny, wsparcie udzielane przez Białoruś Rosji w wojnie na Ukrainie oraz niszczenie cmentarzy i miejsc pamięci żołnierzy Armii Krajowej.
Łukaszenka od zawsze odnosił się do Polski z niechęcią. W 1975 roku ukończył studia na wydziale historycznym, a sowiecka szkoła historiografii przedstawiała I i II Rzeczpospolitą jako okres ucisku narodu białoruskiego.
Łukaszenka zaczął wspominać o Polsce w negatywnym kontekście już w latach 90. Kiedy dziennikarz poprosił go o komentarz do jego pozytywnych wypowiedzi o Hitlerze, Łukaszenka odpowiedział, że nigdy czegoś takiego nie mówił, a nagranie jego słów to
„fałszywka sfabrykowana w Polsce”. Zwrot ten stał się memem i do dziś używany jest ironicznie jako komentarz do niewygodnych faktów.
Białoruski przywódca zaczął również eksploatować temat przynależności ziem białoruskich do II Rzeczypospolitej, wyciągając z tego wniosek, że Warszawa także dziś dąży do podporządkowania sobie Białorusinów. Już w drugiej połowie lat 90. twierdził, że Polska planuje oderwanie obwodu grodzieńskiego według „scenariusza kosowskiego”.
Praktycznie od razu po dojściu do władzy jednymi z wrogów Łukaszenki stali się Polacy mieszkający w obwodzie grodzieńskim. W drugiej połowie lat 90. po raz pierwszy oskarżył ich o nielojalność, a kilka lat później rozpoczęły się pełnoskalowe represje wobec ZPB. W 2005 roku Łukaszenka twierdził, że za pośrednictwem tej organizacji „Polska pierze mózgi białoruskim Polakom”.
W Polsce białoruskiego lidera drażniło zresztą wiele, w tym wsparcie dla białoruskich sił demokratycznych oraz uruchomienie Programu Stypendialnego im. Konstantego Kalinowskiego, który umożliwiał represjonowanym studentom naukę na polskich uczelniach. Drażnił go nawet fakt, że wspólny kandydat opozycji w wyborach prezydenckich w 2006 roku, Alaksandr Milinkiewicz, odbywał wcześniej staż w Polsce i biegle mówił po polsku.
Wreszcie – Karta Polaka, którą otrzymało około 140 tysięcy obywateli Białorusi. W 2011 roku białoruski Trybunał Konstytucyjny uznał, że dokument ten „narusza prawo międzynarodowe”. Wkrótce zakazano jego posiadania urzędnikom państwowym oraz deputowanym rad lokalnych.
Po protestach z 2020 roku prokurator generalny Białorusi Andrej Szwed nazwał Kartę Polaka formą działalności wywrotowej oraz elementem wojny hybrydowej. W 2023 roku pojawiły się doniesienia, że pracowników państwowych przedsiębiorstw sprawdzano pod kątem posiadania tego dokumentu. Kontrole prowadzono również na granicy – osoby, u których znaleziono Kartę Polaka, zmuszano do jej zrzeczenia się pod groźbą aresztu administracyjnego
Jeśli przed protestami z 2020 roku antypolska propaganda była ostrożna i punktowa, to po ich wybuchu stała się masowa i radykalna. Stało się tak m.in. dzięki wsparciu propagandystów z Rosji, których Łukaszenka zaprosił, by pomogli mu poradzić sobie z niezadowoleniem społecznym.
W państwowej telewizji zaczęły pojawiać się określenia takie jak „polski serial polityczny z gospodynią domową Cichanouską”, „polscy kuratorzy”, „protegowany Morawieckiego”.
Już drugiego dnia protestów, 10 sierpnia, białoruska propaganda wskazała jako odpowiedzialne za „zamieszki”
amerykańskie, litewskie i polskie służby specjalne.
Z kolei 27 sierpnia Łukaszenka stwierdził, że Polska czeka, aż Białoruś się rozpadnie, by móc przejąć Grodno.
Antypolska propaganda nasiliła się po rozpoczęciu wojny w Ukrainie. W praktyce została zsynchronizowana z narracjami rosyjskimi. Warszawa coraz częściej przedstawiana jest nie tylko jako zagrożenie dla Białorusi, lecz także dla Rosji.
Dziś propaganda nie rozprzestrzenia się już wyłącznie za pośrednictwem telewizji, jak miało to miejsce przed 2020 rokiem. Ważnym narzędziem stały się media społecznościowe, zwłaszcza bardzo popularny na Białorusi Telegram. Dzięki temu możliwe stało się oddziaływanie także na młodsze pokolenie.
Propagandyści aktywnie budują swoje „marki osobiste”. Przykładem jest prezenter telewizyjny Ryhor Azaronak, który zasłynął agresywnym stylem wypowiedzi, pełnym wulgaryzmów i obelg.
Treści oczerniających Polskę jest coraz więcej. W latach 2022–2023 w bazie fake newsów Białoruskiego Centrum Śledczego wśród „informacji” dotyczących państw europejskich około 38 proc. dotyczyło Polski. W latach 2023–2024 odsetek ten wzrósł już do 50 proc.
Dziś można wyróżnić kilka głównych propagandowych narracji dotyczących Polski:
Jedną z głównych narracji promowanych przez białoruską propagandę jest teza, że Polska „gnije”, a Polacy ledwo wiążą koniec z końcem. Propaganda zwraca uwagę na niską dzietność (przemilczając fakt, że na Białorusi jest ona jeszcze niższa) oraz na poziom alkoholizmu (również bez wspominania, że jest on porównywalny z białoruskim). W tego typu przekazach można dostrzec wspólny mechanizm: projekcję własnych problemów na „wroga”.
„Dziennikarze” zauważają także klęski żywiołowe dotykające Polskę. Przykładowo, w materiale telewizyjnym poświęconym powodzi we wrześniu 2024 roku twierdzono, że władze nie udzielają żadnej pomocy poszkodowanym, a miasta zostały opanowane przez szczury.
„Premiera Tuska bardziej interesują przyszłe wybory i pieniądze z Komisji Europejskiej niż usuwanie skutków” – komentowano.
Propaganda porównuje również zarobki. Na przykład w maju 2025 roku jeden z propagandystów stwierdził, że średnia pensja w Polsce wynosi 3 000 białoruskich rubli, czyli około 3 700 złotych (w rzeczywistości średnie wynagrodzenie brutto w Polsce w tym okresie wynosiło 8678,90 złotych, a mediana – 7 082 złote).
„Przy czym półtora tysiąca rubli Polak oddaje na czynsz i media” – zapewniał zaproszony „ekspert”.
Według oficjalnych danych średnie wynagrodzenie brutto na Białorusi w maju 2025 roku wyniosło 3320 złotych, a mediana brutto 2520 złotych.
Uzupełnieniem tego przekazu jest narracja o braku suwerenności Polski. Według propagandy Warszawą rządzą Bruksela i Waszyngton, które chcą wciągnąć kraj w wojnę z Rosją.
„Patrząc z naszego brzegu Bugu, sytuacja wygląda jak gotowy scenariusz komedii, ale dla zwykłych Polaków utrata suwerenności to prawdziwa tragedia” – pisze jeden z „analityków”.
Opowiadając o dramatycznej sytuacji Polaków, propaganda podkreśla jeszcze gorsze położenie Białorusinów mieszkających w Polsce. Według „ekspertów” są oni traktowani jak ludzie drugiej kategorii, nienawidzeni i regularnie bici.
„Ci, którzy już zrozumieli ten smutny fakt, spieszą wrócić do domu, do białoruskiego porządku prawnego. Pozostali dopiero na własnej skórze przekonają się, czym jest dzika pańska nienawiść” – pisze propagandysta.
Marionetki Zachodu, które – jak twierdzi propaganda – nie dbają o własny naród, także planują atak na pokojowego sąsiada. To kolejny kluczowy element narracji białoruskiej propagandy: Polska przedstawiana jest jako agresywne, zmilitaryzowane państwo, przygotowujące plan zajęcia Białorusi. Liczba takich przekazów znacząco wzrosła po rozpoczęciu wojny w Ukrainie.
Już w marcu 2022 roku białoruska telewizja państwowa informowała o udaremnieniu 11 ataków terrorystycznych, które miały być przygotowywane przez służby specjalne Polski, Litwy, Ukrainy, Stanów Zjednoczonych i Niemiec.
W październiku tego samego roku szef KGB Białorusi Iwan Tertel oświadczył, że na terenie całej Polski zorganizowano obozy szkoleniowe, w których szkoleni są terroryści do ataków na Białoruś, a państwa Zachodu rozważają również możliwość ataku atomowego.
O „agresywnych działaniach” Warszawy propagandyści mówią przy każdej dogodnej okazji. Zakupy uzbrojenia przez Polskę, nauka strzelania w szkołach, wojskowe pikniki dla dzieci, reklama Wojska Polskiego, wypowiedzi polityków – wszystko to staje się pretekstem do budowania obrazu zagrożenia.
Przykładowo, w maju 2024 roku białoruska telewizja informowała, że w umocnieniach na granicy białorusko-polskiej Polacy pozostawiają przejazdy dla sprzętu wojskowego. Na tej podstawie wyciągnięto wniosek, że polska armia przygotowuje się do ofensywy.
„Amerykanie i Polacy już stoją wzdłuż granicy, szczególnie polskiej. Wiemy, że kierownictwo Polski już zaciera ręce” – mówił Łukaszenka we wrześniu 2024 roku.
Białoruski przywódca powiela również rosyjskie narracje propagandowe, według których Polska planuje okupację zachodnich ziem Ukrainy. W 2024 roku powiedział, że
„jeśli tylko Polacy wejdą na Ukrainę i spróbują oderwać jej zachodnią część, będziemy wspierać Ukraińców, bo rozumiemy, że następni będziemy my”.
Wykorzystywany jest także klasyczny wątek szpiegowski. Białoruska propaganda nie tylko informuje o rzekomym rozbijaniu „polskich siatek szpiegowskich”, lecz także produkuje na ten temat „filmy dokumentalne”,
Dehumanizacja Polski najpełniej widoczna jest w propagandowych przekazach dotyczących kryzysu migracyjnego. Białoruska propaganda często próbuje naśladować ton międzynarodowych organizacji ochrony praw człowieka, wzmacniając go jednak skrajną emocjonalnością, opowieściami o „okrucieństwach polskich żołnierzy” oraz manipulacją faktami. Jako „dowody” przywoływane są komunikaty białoruskiego Komitetu Granicznego (odpowiednika polskiej Straży Granicznej), których wiarygodność jest trudna do zweryfikowania.
Propaganda powołuje się także na świadectwa „naocznych świadków zbrodni” po stronie polskiej, takich jak
były żołnierz Emil Czeczko, który w grudniu 2021 roku zdezerterował na Białoruś. Na antenie białoruskiej telewizji twierdził on, że wie o 240 zabójstwach migrantów,
w tym kobiet i dzieci, oraz że sam brał udział w tych zabójstwach. Co znamienne, kilka miesięcy później został znaleziony powieszony w swoim mieszkaniu w Mińsku. O fundacji jego imienia pisała w OKO.press Anna Mierzyńska:
Na podstawie tych „świadectw” uruchomiono internetowy projekt „Zbrodnie Polski i Litwy wobec uchodźców”. Na stronie głównej można przeczytać, że Zachód – w tym Polska – rozpętał wojny w Iraku, Libii i innych krajach, z których dziś uciekają uchodźcy.
W 2024 roku pojawił się także propagandowy film Nieludzie, opowiadający o rzekomych okrucieństwach polskich wojskowych wobec migrantów.
„Dziś Warszawa nadal zabija uchodźców na swoim terytorium. Nikt nie wie, ilu z nich zostało tam zakopanych, ale liczba ofiar wyraźnie zmierza ku światowemu rekordowi. W polskich lasach kryje się coś więcej niż tylko drzewa” – tak brzmi jedno z kolejnych propagandowych stwierdzeń na ten temat.
Emil Czeczko nie jest jedynym polskim dezerterem wykorzystywanym przez białoruskie władze. Dziś „swoim Polakiem” w propagandzie Łukaszenki jest były sędzia Tomasz Szmydt, który uciekł na Białoruś w maju 2024 roku.
Dziś udziela komentarzy, prowadzi własne profile w mediach społecznościowych w języku rosyjskim i polskim, m.in. w popularnym na Białorusi komunikatorze Telegram. Na przykład dla białoruskiej agencji informacyjnej BełTA Szmydt krytykował podpisanie umowy UE z Mercosur, wskazując, że polski rząd lekceważy interesy własnych rolników.
„To daleko nie koniec problemów premiera Tuska, ponieważ w szufladach brukselskiej centrali leży jeszcze kilka projektów niekorzystnych dla Polaków. A rok dopiero się zaczyna” – pisał.
Szmydt jest wykorzystywany także w propagandzie skierowanej bezpośrednio do Polaków. Od 2023 roku działa w języku polskim Międzynarodowe Radio Białoruś, gdzie były sędzia prowadzi autorskie audycje, często wspólnie z innymi propagandystami, np. z Davide Carbonaro – byłym pastorem metodystycznym z Włoch, który przez 10 lat pracował w Polsce, a w 2024 roku przeniósł się na Białoruś.
„W realne protesty jakoś nie wierzę, z uwagi na to, że mechanizm zduszenia polskiego społeczeństwa był wdrażany od wielu, wielu lat. To społeczeństwo jest więc w stanie marazmu” — tak Szmydt wypowiedział się na temat możliwego wzrostu cen paliw w Polsce.
Ważne miejsce w strukturze białoruskiej propagandy zajmuje historia. Jeśli do 2020 roku nauka historyczna na Białorusi cieszyła się pewnym stopniem autonomii, to po stłumieniu protestów została całkowicie podporządkowana państwu.
Przepisywane są szkolne podręczniki: okres I Rzeczypospolitej coraz częściej przedstawiany jest jako czas ucisku narodu białoruskiego, a okres II Rzeczypospolitej ulega systematycznej demonizacji.
Przykładem tej polityki jest ustanowienie na Białorusi Dnia Jedności Narodowej, obchodzonego od 2021 roku na pamiątkę wydarzeń z 17 września 1939 roku. Przed pierwszymi obchodami państwowa telewizja wyemitowała propagandowy film “Paralela «Polska»: ludobójstwo Białorusinów, okrucieństwa Polaków w czasie II wojny światowej oraz próba zamachu stanu w Mińsku”.
Film rozpoczyna się kadrami z protestów w 2020 roku. Przez cały seans wydarzenia historyczne są mieszane ze współczesnymi: „zbrodnie” Armii Krajowej, działalność ZPB, protesty z 2020 roku. Główny przekaz jest jednoznaczny:
Polacy cały czas dążą do zajęcia Białorusi i zniewolenia Białorusinów.
Walka z historią nie ogranicza się jednak wyłącznie do retoryki. W 2021 roku wszczęto postępowanie karne przeciwko byłym żołnierzom Armii Krajowej pod zarzutem „ludobójstwa narodu białoruskiego”. Później prokurator generalny Białorusi, wspomniany już Andriej Szwed, nazwał ich wprost „nazistowskimi zbrodniarzami”. Kulminacją tej kampanii było niszczenie cmentarzy i miejsc pamięci żołnierzy AK, które rozpoczęło się latem 2022 roku.
Zarzucane przez propagandę „zbrodnie” dotyczą działalności tzw. „żołnierzy wyklętych” w latach 1944–1953, już po rozwiązaniu Armii Krajowej. Na terenie Podlasia działał wówczas oddział Romualda Rajsa ps. „Bury”, znany z ataków na wsie cywilne, w tym zamieszkane przez ludność białoruską.
Propaganda sięga też po temat Wołynia. W 2023 roku w Mińsku zorganizowano wystawę „Zapomniane ludobójstwo. Rzeź wołyńska 1943–1944”. Państwowe media podkreślały, że Polska – dążąc do wsparcia Ukrainy – rzekomo zapomniała o tej tragedii.
Na „froncie historycznym” doszło nawet do tego, co wcześniej wydawało się niemożliwe: rozpoczęto kampanię przeciwko Konstantemu Kalinowskiemu, postaci uznawanej za białoruskiego bohatera nawet przez radziecką historiografię.
Na przykład wiosną 2022 roku jeden z najbardziej znanych białoruskich propagandystów zaatakował bar „Kalinouski” w centrum Mińska. Po jego wizycie lokal został zmuszony do zamknięcia.
„Polski terrorysta… propagator rusofobii i jeden z pierwszych organizatorów nowoczesnych form masowego terroru” – pisał wówczas o Kalinowskim inny propagandysta
W białoruskiej przestrzeni informacyjnej nie ma dziś niezależnych mediów – zostały one wyparte z kraju, uznane za „ekstremistyczne”, a ich strony internetowe zablokowane. Wielu dziennikarzy przebywa w więzieniach.
Białorusini są zmuszeni czerpać informacje z „dozwolonych” źródeł.
Niezależne media czyta się i ogląda na własne ryzyko – tylko wtedy, gdy ma się pewność, że nikt nie obserwuje.
Ślady takiej aktywności na telefonach i komputerach muszą być regularnie usuwane.
Rozpowszechnianie dezinformacji odniosło pewien sukces, zwłaszcza wśród starszego pokolenia, wychowanego w ZSRR i przyzwyczajonego do wiary w to, co mówi władza. Często telewizja państwowa jest ich jedynym źródłem informacji.
Białorusini mieszkający w Polsce opowiadają, że podczas rozmów telefonicznych ich starsi krewni z Białorusi potrafią z pełną powagą zapytać: „Czy tam nie głodujecie?” albo „Czy nie marzniecie zimą?”. Osoby starsze, podatne na propagandę, często są przekonane, że Polska przygotowuje się do ataku na Białoruś, a Łukaszenka jest jedynym, który może temu zapobiec.
Z kolei Polacy, którzy niedawno odwiedzili Białoruś jako turyści, mówią, że Białorusini są raczej odporni na propagandę, ale starają się nie rozmawiać o polityce. Wobec gości z Polski zachowują się bardzo życzliwie i chętnie im pomagają.
Na Białorusi nie prowadzi się publicznych badań opinii społecznej, dlatego trudno mówić o precyzyjnych danych. Niezależni białoruscy socjologowie realizują jednak „nielegalne” sondaże telefoniczne oraz badania na wyspecjalizowanych panelach internetowych. Analizując ich wyniki, należy jednak uwzględnić strach respondentów – nawet jeśli ktoś zgadza się odpowiedzieć na pytania, nie zawsze mówi to, co naprawdę myśli.
Pod koniec 2020 roku, na zlecenie polskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, białoruscy ankieterzy przepytali tysiąc mieszkańców Białorusi. Według wyników badań 74 proc. Białorusinów odnosi się do Polski pozytywnie, a do Polaków – aż 83 proc.
Białorusini są przekonani, że Polacy również postrzegają ich pozytywnie – tak odpowiedziało 71 proc. ankietowanych. W to, że Polska stanowi zagrożenie dla integralności terytorialnej Białorusi, w końcu 2020 roku wierzyło 21 proc. respondentów.
Polska najczęściej kojarzy się Białorusinom z takimi pojęciami jak: „dobry kraj”, „dobrzy ludzie”, „wzrost gospodarczy”, „fabryki”, „sąsiedzi” (łącznie 47 proc). Istnieją też negatywne skojarzenia (łącznie 7 proc): „skąpi”, „bezczelni”, „nieprzyjacielscy”.
Nowsze badanie z 2023 roku pokazuje, że 13 proc. Białorusinów ma krewnych w Polsce, a 31 proc. – kolegów z pracy, przyjaciół lub znajomych. 7 proc. obywateli Białorusi posiada wizę Schengen, kolejne 7 proc. planuje ją wyrobić w najbliższym czasie, a 22 proc. chciałoby to zrobić, lecz obecnie jest to zbyt trudne.
Liczby te nie są przypadkowe. Po rozpadzie ZSRR granica między Białorusią a Polską pozostawała otwarta aż do 2003 roku – Białorusini masowo jeździli do Polski, a Polacy na Białoruś. Rocznie granicę przekraczało około trzech milionów osób.
Były to głównie tzw. „mrówki” – ludzie, którzy podróżowali między krajami, kupowali i sprzedawali różne towary, zarabiając na różnicach cen. Taki handel pomagał przetrwać trudne lata 90. Powszechna była również drobna kontrabanda: papierosy, alkohol.
Ten „ludowy obrót towarowy” wzmacniał więzi międzyludzkie. Białorusini poznawali Polaków, odwiedzali polskie miasta i obserwowali zmiany zachodzące w kraju, który zmierzał w stronę Unii Europejskiej. Wielu Białorusinów powyżej 50. roku życia potrafi dziś opowiedzieć przynajmniej jedną barwną historię z tamtych czasów, związaną z Polską i Polakami.
Białorusini nadal jeździli do Polski „na zakupy” także po jej wejściu do UE. Kupowali żywność i sprzęt AGD na polskich rynkach i w centrach handlowych. Z kolei wywóz białoruskich towarów do Polski – głównie papierosów – przestał mieć masowy charakter i stał się domeną zawodowych przemytników.
To samo badanie socjologiczne z 2023 roku pokazuje, że kluczowe znaczenie dla stosunku do krajów europejskich ma osobiste doświadczenie ich odwiedzania. Aż 70 proc. respondentów, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat byli w takich krajach jak Polska, Czechy czy Węgry, odpowiedziało, że chciałoby żyć w podobnych warunkach. Wśród osób, które nigdy tam nie były, odsetek ten wynosi jedynie 27 proc.
Jednocześnie połowa wszystkich Białorusinów opowiada się za zbliżeniem z krajami Zachodu. Przeciwnych jest zaledwie 14 proc.
Tymczasem białoruskiej propagandy wymierzonej w Polskę jest coraz więcej i staje się ona coraz bardziej agresywna. Choć odnosi pewne sukcesy – zwłaszcza wśród starszego pokolenia – nie można mówić o tym, że Białorusini pod jej wpływem radykalnie zmienili swoje podejście do Polaków i Polski. Świadczą o tym zarówno skąpe dane z badań socjologicznych, jak i relacje Polaków, którzy niedawno odwiedzili Białoruś, oraz Białorusinów mieszkających w Polsce, utrzymujących kontakty z bliskimi i znajomymi w kraju.
Można powiedzieć, że to właśnie bezpośrednie kontakty między Białorusinami a Polakami oraz możliwość odwiedzania Polski pomagają przeciwstawiać się państwowej propagandzie.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Komentarze