0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Aleksandra Perzyńska dla OKO.prAleksandra Perzyńska...

Po głośnej sprawie „Dzieci z Michałowa", czyli grupy najprawdopodobniej irackich Kurdów i Jezydów z małymi dziećmi, które w październiku trafiły do siedziby straży granicznej w Michałowie, a potem stamtąd znikły - teraz wiemy już, że zostały wypchnięte z powrotem na granicę - przez Polskę przeszła fala oburzenia. 23 października 2021 roku pod siedzibą Straży Granicznej w Michałowie zebrało się kilkaset osób. Przyjechały z całej Polski, zgromadziły się pod hasłem: „Matki na Granicę. Miejsce dzieci nie jest w lesie!”.

Wśród zebranych wyróżniał się siwy starszy pan, który trzymał transparent z napisem „Jesteście naszymi braćmi” po polsku, angielsku i hebrajsku. Nasza współpracowniczka Aleksandra Lipczak zapytała go, co tam robił. Usłyszała historię człowieka całe życie pomagającego tym, którzy cierpią po drugiej stronie barykady.

Przeczytaj także:

Aleksandra Lipczak, OKO.press : Media społecznościowe obiegło pana zdjęcie z protestu „Matki na granicę” w Michałowie. Jak pan tam trafił?

Daniel Aleksandrowicz: Dowiedziałem się o proteście od moich przyjaciółek z Krakowa, Anny i Natalii Jeziornych, które wyjaśniły mi, co dzieje się na granicy. Były na ten temat doniesienia w izraelskiej prasie, ale nieliczne, Izrael żyje własnymi problemami. Razem pojechaliśmy na demonstrację.

Chciałem być w Michałowie, bo łączę traktowanie uchodźców z sytuacją Palestyńczyków. A jest to sprawa, która leży mi na sercu, od 15 lat jeżdżę co tydzień na palestyńskie terytoria okupowane.

Jak często przyjeżdża pan do Polski?

Zwykle dwa razy w roku, raz po prostu na wakacje, a raz w marcu na krakowski Marsz Pamięci do obozu w Płaszowie. Po drodze jest krzyż. Opuszczam wtedy na chwilę marsz i koło niego medytuję. To bardzo nietypowe zachowanie dla miłego żydowskiego chłopca: stanąć obok krzyża i myśleć nie tylko o żydowskich, ale ludzkich ofiarach w ogóle, katolikach i nie tylko.

Izraelczycy nie chcą o tym słuchać, tak jak nie chcą słuchać o Palestynie. Co z antysemityzmem, wiekami naszego cierpienia? – pytają.

To czysta martyrologia, która uniemożliwia dostrzeżenie cierpienia innych ludzi. Według badań, które niedawno widziałem, 87 proc. Izraelczyków twierdzi, że są szczęśliwi i że Izrael to najlepsze miejsce na ziemi, żeby wychowywać dzieci. To jakieś szaleństwo. Dopóki ludzie nie przyznają przed samymi sobą, że są nieszczęśliwi, nic się nie zmieni.

Pana rodzina pochodzi z Krakowa.

Mój dziadek, Zygmunt Aleksandrowicz, który w dzieciństwie był biednym żydowskim chłopcem wychowującym się bez ojca, stał się bardzo zamożnym człowiekiem, krakowskim radnym, znanym filantropem. Według ojca, w dniu, kiedy uciekał z Polski, czyli 27 sierpnia 1939 roku, jego firma była warta 10 milionów dolarów. W Tel Awiwie, do którego dotarł, był wygnańcem, wciąż myślał o tym, kiedy wreszcie będzie mógł wrócić do Krakowa. Był polskim patriotą. Mówił, że dzięki Polsce stał się mentsh, kimś. Wiedział o antysemityzmie, ale odsuwał od siebie myślenie o nim.

W Krakowie prowadził znaną firmę papierniczą i sklep, Regina Aleksandrowicz i Synowie.

Regina, moja prababcia, została wdową z szóstką dzieci na utrzymaniu. Była tak biedna, że sprzedawała na ulicy bibułę do papierosów. Potem prowadziła stoisko na Rynku Kleparskim, znanym targu w Krakowie. Jej synowie, mój dziadek Zygmunt i jego brat Dawid, byli jednak bardzo przedsiębiorczy i udało im się otworzyć sklep papierniczy. Poszło im tak dobrze, że wkrótce stali się największą firmą papierniczą w Polsce. Ich sklep mieścił się na rogu ulic Basztowej i Długiej, na parterze Domu Pod Globusem [dziś jest tam Księgarnia Pod Globusem związana z Wydawnictwem Literackim, które ma siedzibę obok – przyp. A.L.].

W sklepie pracowała siostra Zygmunta i Dawida, Róża. Mój dziadek był kapitalistą, ale ona - socjalistką. Za darmo oddawała pędzle i inne przybory malarskie studentom pobliskiej Akademii Sztuk Pięknych. Obracała się wśród bohemy i była najbardziej zasymilowana z całej rodziny. Tej ostatniej nie było to do końca w smak, ale tolerowali jej styl życia. Malarze, z którymi się przyjaźniła – Jacek Malczewski, Wojciech Weiss, Tadeusz Makowski, Teodor Axentowicz - chętnie ją portretowali, obdarowywali ją też swoimi dziełami. Wystarczy powiedzieć, że zanim ostatecznie wyjechała z Polski w 1950 roku, przekazała Muzeum Narodowemu w Krakowie 39 obrazów.

Ale to jeszcze nie koniec rodzinnej sagi, bo jest też pański ojciec, fotograf Ze’ev (Wilhelm) Aleksandrowicz.

Był dżentelmenem, który miał dużo wolnego czasu, bo korzystał z majątku, który wypracował jego ojciec. Był włóczęgą, żydowskim Marco Polo. Kupił sobie w Chicago auto za 3 tysiące dolarów, które dostał od ojca i jeździł nim po świecie. Był w Palestynie, gdzie w końcu osiadł, Japonii, Egipcie. Szczycił się tym, że jest fotografem-amatorem, ale zdjęcia, które robił były niesamowite. W krakowskim Muzeum Galicja było już kilka jego wystaw.

Jak udało im się przetrwać wojnę?

Wyjechali z Polski 27 sierpnia 1939 roku. Ojciec, który w latach 30. zamieszkał w Palestynie, długo błagał dziadka, żeby wyjechał z Polski. Dziadek nie chciał się zgodzić, mówił, że interesy idą świetnie i nie ma powodu, żeby wyjeżdżać. W końcu sam dał się przekonać, ale musiał jeszcze przekonać moją babcię. A jej nie podobał jej się pomysł wyjazdu do Palestyny. Przygotowywała się do wrześniowych świąt Rosz ha-Szana i Jom Kipur. - Szykuję marmoladę, nie jest jeszcze gotowa. Bez marmolady nie wyjeżdżam z Krakowa – mówiła. W końcu się jednak zgodziła, wsiedli w pociąg do rumuńskiej Konstancy, a stamtąd popłynęli statkiem do Hajfy. Pierwsze, co powiedziała Zygmuntowi, to: “Przepraszam, nie wzięłam marmolady. Wyślę ci ją, jak tylko wrócimy do Krakowa”. "Mamusiu, już nigdy dam nie wrócisz" - odpowiedział. Chciała uderzyć go w twarz, ale zamiast tego wyciągnęła klucz do ich mieszkania na ulicy Gertrudy.

Teraz, kiedy spotykam Palestyńczyków, którzy musieli uciekać ze swoich domów na terenie dzisiejszego Izraela, i którzy od 70 lat przechowują do nich klucze, łzy napływają mi do oczu. To uniwersalny symbol, który łączy wszystkich uchodźców.

Jak zaczął się pański aktywizm w Palestynie?

Urodziłem się i wychowałem w Izraelu, który uważał sam siebie za najlepszy kraj na świecie, pełen wyjątkowych ludzi. To był nacjonalizm w pierwszej fazie. Dzisiaj widzimy, jakie skutki przynosi takie myślenie. Ale jako młody człowiek czułem się bardzo dumny, że urodziłem się w Izraelu, a nie na przykład w Polsce. Potem całkowicie zmieniłem poglądy. Przez dwa tysiące lat marzyliśmy o własnym państwie. Kiedy wreszcie je mamy, rzeczywistość okazuje się zupełnie inna od marzenia.

Pokażę pani zdjęcie. To Harun. Uprawiał swoje pole. A ci... nie wiem, jak ich nazwać.... osadnicy, ultraortodoksi, postanowili mu zabrać narzędzia, bo pracował w szabat. Zaczęła się szarpanina, pojawił się żołnierz, strzelił mu w szyję. Od tego czasu jest sparaliżowany. Sprowadziliśmy go na leczenie do Izraela. Moja grupa liczy dziesięć osób, nazywa się The Villagers Group.

Co tydzień jeździmy na palestyńskie terytoria okupowane. Robimy to prywatnie, bo nie chcemy zwracać na siebie uwagi, zależy nam na tym, żeby tam wracać.

Co tam robicie?

Rozmawiamy z ludźmi. Lubię rozmawiać z nieznajomymi. Czytałem kiedyś o badaniach, według których ludzie rozmawiający z obcymi żyją dłużej. Moja córka, która mieszka w Filadelfii, za każdym razem, kiedy odwozi mnie na dworzec, mówi: abba, nie rozmawiaj z nieznajomymi. Żartem, bo wie, że i tak to zrobię.

Tak więc, jeśli nasi palestyńscy przyjaciele potrzebują medycznego wsparcia, staramy się je zapewnić. Wspieramy, także finansowo, młodzież, która chce się uczyć. Pomagamy zakładać przedszkola. Po cichu, bo zdarza się, że wojsko je potem burzy. Dostarczamy wodę, bo Palestyńczycy zostali odcięci od swoich studni, dowozimy okulary do czytania, załatwiamy sprzęt. Jestem dobry w small-talku, więc często to mnie przypada rozmawianie z izraelskimi firmami. Jeśli mam do czynienia z aszkenazyjskim biznesmenem, przywołuję rodzinę Aleksandrowiczów, jeśli z mizrachijczykiem - rodzinę Chellouch, czyli przodków matki.

Skąd pochodzili?

Pokażę pani inne zdjęcie, proszę poczekać. (wyciąga teczkę pełną fotografii)

Podróżuje pan ze zdjęciami rodziny?

Do Krakowa? Oczywiście. Opowiadam o moich krewnych nieznajomym. Jestem wędrownym gawędziarzem, a ich historia jest moją opowieścią. Ludzie w Polsce chcą jej słuchać. Bo została tu wielka pustka po Żydach. Są cmentarze, ale nie ma żywych ludzi. Więc chcą wiedzieć.

O, to jest zdjęcie, którego szukałem. Zostało zrobione w mieszkaniu moich dziadków na Gertrudy w dniu ślubu moich rodziców. Matka i ojciec poznali się w Palestynie. Ten tutaj to mój drugi dziadek, Musa, który pochodził z Algierii. Mówił, że jego rodzina została w średniowieczu wygnana z Portugalii. Nie jestem więc tylko Polakiem, ale też arabskim Żydem. Zresztą kto wie, może moja krakowska rodzina to potomkowie Żydów wygnanych z Półwyspu Iberyjskiego, a to zdjęcie przedstawia ponowne spotkanie po 500 latach?

Im jestem starszy, tym bardziej się umiędzynarodawiam i coraz mniej sobie robię z granic. W czysto ludzkim sensie. Przecież ludzie wywodzą się z Afryki. A więc tak mój, jak i pani przodek byli czarni.

Czy wielu Izraelczyków walczy dziś o prawa Palestyńczyków? Wydaje się, że to kompletna mniejszość.

Okupacja nic nich nie obchodzi, nawet tych, którzy mają niby lewicowe poglądy. Nie mówią o tym, nie angażują się. Milczą. A lekcja, którą wyciągnąłem z mojego spotkania z Ireną Sendlerową, którą miałem okazję kiedyś poznać w Polsce, jest taka: nie milcz. Bo wtedy świat też będzie milczał. Milczenie jest zbrodnią.

Mam prostą historię, która dobrze obrazuje okrucieństwo izraelskiego państwa. Jeden z palestyńskich rolników zapytał, czy możemy mu kupić ostry nóż. Gdyby sam został z nim po drodze zatrzymany, trafiłby pewnie do aresztu jako potencjalny terrorysta, chociaż potrzebował go po prostu do pracy. To anegdota, która pokazuje, że okupacja “okupuje” w wielu różnych znaczeniach, nakłada nieskończoną ilość ograniczeń i barier w codziennym życiu.

Sprzedawca, od którego kupowałem noże w Tel Awiwie, nie zapytał, po co mi one, ale sam mu to wyjaśniłem. Taki ze mnie prowokator. A że trafiłem na izraelskiego faszystę, zaczął na mnie wrzeszczeć. Kiedy odchodziłem, powiedział jednak: jeśli będziesz potrzebował noża, zapraszam ponownie. Polityka polityką, ale biznes, to biznes.

W mojej grupie jesteśmy dumni, z tego, co udało nam się przez te lata wypracować na poziomie, że tak powiem, ludzkim. Chociaż politycznie – nie wskóraliśmy nic.

Skąd więc motywacja, żeby działać dalej? Pytam, bo wiele osób w Polsce mierzy się dziś z poczuciem bezsilności: protesty i naciski na rząd nie dają zupełnie nic.

Podczas mojej wizyty poznałem ludzi, którzy protestują, krzyczą, nie zgadzają się na zło, jeżdżą na granicę albo zabierają na protesty swoje dzieci i rysują z nimi kredą na chodniku. To fantastyczne działania, z którymi się całkowicie identyfikuję. Zabiorę to ze sobą do Izraela. Wyślę znajomym zdjęcia, żeby zobaczyli, że wciąż są na świecie dobrzy ludzie. I tu, i tam łączy nas frustracja, że nic się nie zmienia, że nasze działania są na próżno. Musimy podać sobie ręce, jak podczas hory, rumuńskiego tańca w kole, który Izrael przyjął jako swój, i wierzyć, że nadejdą lepsze czasy. Tańczmy horę, ale z innymi, nie tylko ze swoimi.

;
Aleksandra Lipczak

Dziennikarka, publikowała między innymi w „Wysokich Obcasach”, „Dużym Formacie”, „Polityce”, “Przekroju”. Opublikowała dwie książki reporterskie o Hiszpanii: "Lejla znaczy noc", "Ludzie z placu słońca".

Komentarze