Przyjechaliśmy do Polski ćwiartować mięso. Skończyliśmy jako mięso armatnie w Ukrainie
Rekrutują Kolumbijczyków do pracy w Polsce. Obiecują świetne warunki. A tu codziennością są kary, niskie stawki i zmuszanie do najcięższej pracy. Narzekasz? To donos do SG i deportacja! Więc oszukani przez pośredników pracownicy zostają najemnikami w Ukrainie. ŚLEDZTWO OKO.PRESS
– Wiedziałeś, że śmierć nie boli? Rozpływa się po ciele jak głęboki sen. Nie uwierzysz, ale widziałem, jak ulatuje ze mnie duch. Oddalił się na kilka metrów, nawet na mnie nie spojrzał. Błagałem: „Panie Zastępów, nie pozwól mi tu umrzeć, to nie moja wojna”.
Salowa mi uwierzyła. Roznosi śniadanie. „Dobre rano”, mówi, święta kobieta, zostawia mi dodatkowe jajko na talerzu. Ale kawa to lura, nie przypomina naszej, prawdziwej, kolumbijskiej. Salowa patrzy na te moje nieżywe nogi i mruczy: „O Boże, Boże”. Kobieta stworzona dla wojaka, myślę. Taka musi mieć Boga w sercu.
Powierzyłem salowej moje świadectwo. Opowiedziałem, jak mój duch tamtego dnia zawrócił. Pokazywałem jej na palcach: 12 czerwca, druga w nocy, Krasnohoriwka na donieckim odcinku frontu. Jest nas piętnastu. Wyskakujemy z wozów, biegniemy. Ja ostatni, ciągnę worek z amunicją. I nagle, bzzzz, bzzzz, bzzzz. Dziesięć rosyjskich dronów. Brakło pięciu metrów. Jedna sekunda. Bum! Jajko na twardo w skorupce robi za granat. Moje nogi zalewa krew, na prawe oko nie widzę. Do dziś latają mi tylko czarne plamki, a przecież minęło pół roku. Leżę w kałuży krwi i wyję z bólu. Wciągają mnie do budynku, zakładają opaski uciskowe. Kilka razy mdleję. Widzę z góry moją Loricę, nieduże miasto w Kolumbii. Wszyscy ubrani na czarno: żona, dzieci, sąsiedzi. Płaczą nad trumną. A w środku ja. Z nieba zstępują anioły, mają twarze moich dzieci. I wtedy mówi Pan, „Nie dam ci odejść”.

Komentarze