Wysoki Sądzie!
Stajemy dziś przed Wysokim Sądem w konsekwencji oczyszczenia gdańskiej przestrzeni publicznej z artefaktów fałszywej pamięci i czci Henryka Jankowskiego, w szczególności zaś – w następstwie usunięcia z tejże przestrzeni pomnika tego człowieka – niezwykle aktywnego uczestnika obywatelskich zmagań z reżymem komunistycznym w czasach historycznej, pro demokratycznej ,,Solidarności” i zarazem przemocowca, krzywdziciela, potwarzcy, ksenofoba i konfidenta, niepospolitego pyszałka i chorobliwego megalomana.
Stajemy tu zgodnie z naszą autonomiczną wolą poddania naszego czynu, dokonanego dla dobra wspólnego na gruncie obywatelskiej i uniwersalnej, czysto ludzkiej wrażliwości, syntonii i troski w formacie działania bezpośredniego w stanie odczuwanej subiektywnie wyższej konieczności, pod osąd ,,wspólnoty” – zgodnie z wolą wyrażoną expressis verbis w tekście Oświadczenia upublicznionego 21 lutego 2019 r. na łamach gazety OKO.press, które to Oświadczenie od początku sygnowaliśmy otwarcie naszymi nazwiskami. Stajemy z prokuratorskim aktem oskarżenia o ,,zniszczenie cudzej rzeczy” i ,,znieważenie pomnika” w akcie określonym jako ,,występek chuligański”, którego mieliśmy się dopuścić ,,z oczywiście błahego powodu” – kwalifikacja ta stanowi naturalne kauzalne zwieńczenie długiego, choć zasadniczo pozbawionego rzetelnej struktury logicznej postępowania prokuratorskiego, którego negatywną ocenę merytoryczną przyniosły dwa kolejne orzeczenia sądów w tej sprawie, a które w mojej ocenie stanowi aż nadto czytelną, nachalną próbę strywializowania naszego działania poprzez jego wulgarną kryminalizację.
Zjawiska i postawy będące podwaliną naszego działania, poddawanego dzisiaj osądowi, jak również konkretne, materialne okoliczności sprawy oraz przebieg wynikłej z niej dyskusji publicznej czynią przy tym nieodzowną konfrontację indywidualną i instytucjonalną z głębokim logicznym problemem, jakim jest ontologiczny status niniejszego procesu. Oto bowiem nasze działanie – jego sens, cel i wartość – ma zostać osądzonym w ramach systemu aksjonormatywnego porządkującego, w założeniu, funkcjonowanie wspólnoty, tymczasem rzeczone okoliczności dowodzą, w naszej suwerennej ocenie, wspólnoty tej NIEISTNIENIE w wymiarze pozaformalnym, pozadeklaratywnym. Jest absolutnie jasnym, że obecność wspólnoty, rozumianej jako stan świadomości i ukierunkowanej przez nią aktywności zbiorowej podporządkowany imperatywowi sprawczej troski wzajemnej, wyprzedza przyczynowo-skutkowo przyjęcie i egzekucję umowy społecznej, więc swoistej strukturyzacji kulturowego substratu, z której przestrzegania będziemy rozliczani przez Wysoki Sąd. Ażeby więc uniknąć konfliktu logicznego i pokusy relatywizacji, wnoszę o nadanie niniejszemu procesowi, tak jak i samej rozpatrywanej przez Wysoki Sąd sprawie, atrybutu wspólnototwórczego. Nie jest przy tym moją intencją deprecjacja wysiłków prokuratorskich – tę odczytuję wprost z recenzji sądowych –, a jedynie należyte podkreślenie tego, że w sprawie chodzi o coś więcej, a też o coś zgoła odmiennego niż odpowiedź na pytania: Czy rzeczywiście ,,zniszczyli”? Czy w istocie ,,znieważyli”? Czy doprawdy ,,z oczywiście błahego powodu”?
Konsekwencją takiego postawienia przeze mnie sprawy i jednocześnie wyrazem elementarnej rzetelności mej postawy, jest rozpoczęcie wyjaśnień od wyznania indywidualnej winy w przedmiotowej sprawie.
Wysoki Sądzie!
Przez wiele lat poprzedzających dzień 21 lutego 2019 roku miałem byłem świadomość jadowitego antysemityzmu Henryka Jankowskiego odzwierciedlonego w jego powszechnie dostępnej homiletyce i szeroko komentowanych instalacjach pseudo-artystycznych na terenie
administrowanej przez niego gdańskiej Parafii zwanej przez osoby wierzące ,,pw. św. Brygidy”, jak również w jego licznych wypowiedziach dla mediów publicznych. Wiedziałem byłem o jego słowach i zachowaniach mobilizujących osoby ślepo go wielbiące do napaści – werbalnej i fizycznej – na tych, których – jak Pawła Huelle z Trójmiejskiej Gminy Żydowskiej – lżył był, znieważał i stygmatyzował. (Moją wiedzę w sposób najpełniejszy i zarazem najbardziej zwięzły podsumowuje ,,Brunatna Księga 1997-2009” autorstwa Marcina Kornaka wydana przez Stowarzyszenie ,,Nigdy Więcej” i Collegium Civitas, z której wypisy poświęcone Henrykowi Jankowskiemu zebrano na stronie https://www.facebook.com/respect.diversity/posts/2146967518758165).
Do 21 lutego 2019 r. nie uczyniłem byłem NIC – nie stanąłem byłem w obronie poniżanych, nie powstrzymywałem byłem agresji napastników, nie zadośćuczyniłem byłem ofiarom za wyrządzoną im krzywdę.
Przez wiele lat poprzedzających dzień 21 lutego 2019 słyszałem byłem twierdzenia uznanych historyków (jak prof. Andrzej Friszke i dr Grzegorz Majchrzak) oraz wspomnienia świadków epoki (jak Bogdan Borusewicz), z których jednoznacznie i dobitnie wynikało, że Henryk Jankowski współpracował był z PRL-owskim aparatem represji i donosił na swoich ,,Solidarnościowych” kolegów. (Naturę pracy Henryka Jankowskiego jako kontaktu operacyjnego SB o pseudonimach ,,Delegat” vel ,,Libella” w latach 1980-82 można odczytać wprost z książek: Grzegorza Majchrzaka pt. ,,Kontakt operacyjny „Delegat” vel „Libella”” oraz Filipa Musiała pt. ,,Podręcznik bezpieki. Teoria pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa w świetle wydawnictw resortowych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL (1970–1989)” wydanych przez IPN.) Do 21 lutego 2019 r. nie uczyniłem byłem NIC – nie sprzeciwiałem się byłem gloryfikacji ,,kapelana ,,Solidarności””, nie domagałem się byłem upowszechnienia wyników rzetelnego śledztwa historycznego w jego sprawie, nie protestowałem byłem przeciwko mitologizacji jego postawy i dokonań.
Przez wiele lat poprzedzających dzień 21 lutego 2019 docierały były do mych uszu informacje o pedofilnych ,,skłonnościach” Henryka Jankowskiego, wiedziałem byłem o skandalicznym umorzeniu śledztwa prokuratorskiego toczącego się na przełomie 2003 i 2004 roku w sprawie przestępstw Henryka Jankowskiego przeciwko wolności seksualnej i obyczajności dzieci i starszych osób niepełnoletnich, o pozaproceduralnym dostępie oskarżonego do akt sprawy, o zlekceważeniu opinii biegłych psychologów. Dowiadywałem się byłem o kolejnych ofiarach gwałtów pedofilnych oraz przemocy psychologicznej i ekonomicznej Henryka Jankowskiego, o losach tych, którzy ośmielili się byli mówić o doznanej krzywdzie – o lekceważeniu, ostracyzmie, wykluczeniu, upodleniu, o ich zniszczonym życiu.
Przez długi, zbyt długi czas, aż do 21 lutego 2019, nie uczyniłem byłem NIC, aby zatrzymać lub naprawić zło wyrządzone przez Henryka Jankowskiego, aby umożliwić skrzywdzonym przez niego osobom opowiedzenie swojej historii, gdy wkoło grzmiały hymny pochwalne na cześć ich krzywdziciela, aby ulżyć im w cierpieniu psychicznym i zapobiec wtórnej wiktymizacji, aby przeciwstawić się haniebnej polityce instytucji kościoła katolickiego w jego i podobnych sprawach dotyczących zjawisk przemocy – w jej wszystkich odmianach, w tym przemocy o charakterze seksualnym – doświadczanej ze strony urzędników kościoła (kapłanów, mnichów oraz mniszek i in.) przez wiernych i innych członków tej instytucji. Nie protestowałem byłem, gdy władze centralne mojego kraju i administracja lokalna obsypywały były Henryka Jankowskiego rozmaitymi nagrodami, odznaczeniami i tytułami, przy powszechnej już świadomości przewin obciążających jego sumienie. Nie zapobiegłem byłem uczczeniu jego pamięci poprzez nazwanie jego imieniem skweru w centrum Gdańska i postawienie na nim ogromnego pomnika (z inicjatywy Pawła Adamowicza, Bogdana Oleszka i Grzegorza Pellowskiego) – pomnika, w którego cieniu przechadzały się odtąd były jego ofiary.
Nie domagałem się byłem od pierwszoplanowych aktorów rodzimego teatru historycznego, od najznamienitszych lub przynajmniej najbardziej świadomych uczestników wielkich procesów społecznych, których sam byłem świadkiem i uważnym obserwatorem, przyzwoitości i rzetelności w kompleksowej ocenie postaw i zachowań Henryka Jankowskiego, nie żądałem byłem odwagi cywilnej, której mnie zabrakło było, a której bez wątpienia wymagałoby było stanięcie w poprzek narodowej mitomanii, wyprzęgnięcie karku z jarzma wszechobecnego dogmatu, odrzucenie rozmaitych oczywistości składających się na hegemonię kulturową, która porządkuje relacje zbiorowe i indywidualne z instytucją kościoła katolickiego.
Nie uczyniłem byłem NIC, to jest dokładnie tyle samo, ile sprawczo uczyniło było w tej sprawie ,,Solidarnościowe” otoczenie Henryka Jankowskiego, władze centralne i lokalne Rzeczypospolitej, środowiska inteligencji świeckiej i katolickiej mego kraju, wreszcie – polskie społeczeństwo w swej masie, więc grupy wskazane przez nas w dyskusji hierarchicznej odpowiedzialności w ,,sprawie Henryka Jankowskiego” (wpisującej się w dużo szerszy kontekst zjawisk przemocy w instytucjonalnym kościele katolickim i większościowej do nich relacji w polskim społeczeństwie) – dyskusji wyartykułowanej w treści wzmiankowanego wcześniej Oświadczenia.
Godzi się zauważyć, że zdecydowanie najwięcej uczynili tutaj hierarchowie polskiego kościoła katolickiego, wśród których postacią emblematyczną dla sprawy jest Sławoj Leszek Głódź. Ich nieskłamana i niewzruszalna postawa moralna, niestrudzona i pełna determinacji aktywność wygrywa im najpierwsze (po nieżyjącym już Henryku Jankowskim) miejsce na długiej ławie nieobecnych oskarżonych w sprawie, która przyprowadza nas przed oblicze Wysokiego Sądu. Ufam, że miejsce to nie pozostanie puste zbyt długo.
Przy ocenie mej winy, którą tu otwarcie i szczerze wyznaję, a która jest złem wyrządzonym ofiarom przemocy Henryka Jankowskiego, więc w szczególności Barbary Borowieckiej, o której pisała w swym przełomowym artykule red. Bożena Aksamit, oraz zniewagą dla mego wykształcenia i wychowania w umiłowaniu prawdy i szacunku dla ludzkiej godności, w duchu empatii dla drugiego człowieka, niezgody na jego uprzedmiotowienie i niezawinioną krzywdę oraz troski o jego dobrostan, proszę o uwzględnienie okoliczności łagodzącej: nie powodował mną był w wyznanej tu bezczynności strach przed plebanem lub ostracyzmem gromady skażonej parafiańszczyzną, ani nawet strach przed spersonifikowaną nieskończonością, którym umiejętnie zawiadują kapłani katoliccy. Nie kierowałem się byłem oportunizmem politycznym i nie byłem poddany presji uwikłań, jakie determinowały i determinują działania wielu administratorów życia publicznego; nie uciekałem byłem w bezruch przed strachem przed odpowiedzialnością moralną, prawną i – przede wszystkim – finansową, ani przed utratą rządu dusz i kieszeni, który określa systemową postawę urzędników kościoła katolickiego wobec problemów uosabianych przez Henryka Jankowskiego.
Nie, przyczyną wyrządzonego przeze mnie zła było skupienie na życiu prywatnym i pasji, którą jest matematyka z fizyką – był nią zatem pospolity życiowy egoizm i socjosceptycyzm, okiełznane wszelako przez imperatyw użyteczności społecznej realizowany poprzez pracę dydaktyczną.
Wysoki Sądzie!
Jestem winny – winny milczenia o krzywdzie i zaniechania czynnej, sprawczej postawy wobec krzywdziciela, jego popleczników i apologetów, bezdusznych władz, wreszcie – obojętnej większości, zniewolonej przez wychowanie w anty-nowoczesnym, circum-oświeceniowym paradygmacie. Jednakowoż niechaj Wysoki Sąd zechce zważyć, że pod wpływem ustaleń śledztwa przywołanej wcześniej red. Bożeny Aksamit z 3 grudnia 2018 dokumentującego poruszającą historię Barbary Borowieckiej, jak również pod wpływem wciąż jeszcze radykalnie mniejszościowego, lecz rosnącego w siłę – siłę argumentów i wrażliwości – dyskursu społecznego wywołanego przez to śledztwo, wreszcie też – pod wpływem powtórnej lektury całego dostępnego korpusu dokumentów (artykułów prasowych, wywiadów, opracowań historycznych itp.), przełamałem swą słabość i wraz z Przyjaciółmi: Konradem Korzeniowskim i Michałem Wojcieszczukiem, 21 lutego 2019 r. podjąłem skuteczną próbę cząstkowego zadośćuczynienia za zło i krzywdę, jakie spotkały były wielu i wiele bezpośrednio ze strony Henryka Jankowskiego, pośrednio zaś – ze strony przyzwalającej na to zło i krzywdę pierwotną większości, więc i mojej.
Tak, Wysoki Sądzie, wycofanie z przestrzeni publicznej pomnika Henryka Jankowskiego, którego dokonaliśmy 21 lutego 2019 r. było aktem NAPRAWIENIA krzywdy i zniewagi, ODRZUCENIA fałszu i PRZYWRÓCENIA elementarnej sprawiedliwości, którą obrażała była statua Henryka Jankowskiego w przestrzeni publicznej, pieczętująca poprzez swą obecność mimo dokumenty, śledztwa, świadectwa ofiar, skargi, protesty i apele upokorzenie ofiar Henryka Jankowskiego i zarazem bezkrytyczny, idolatryczny wręcz powszechny stosunek do instytucji kościoła katolickiego w Polsce oraz poddańczy w swej istocie stosunek do władzy jako takiej. Wycofanie pomnika było zatem obyczajowo, moralnie nieodzowne w świetle odnowionego – podkreślam: ODNOWIONEGO – i przy tej okazji wzmocnionego świadectwa ohydnej winy Henryka Jankowskiego. Jego realizacja w tamtym konkretnym czasie była w równym stopniu nieodzowna – tym razem od strony czysto pragmatycznej:
– zostały wyczerpane dostępne środki instytucjonalno-proceduralne (wiemy o niegotowości de facto – podkreślam: DE FACTO, pozaretorycznej – administracji lokalnej do adekwatnej i skutecznej reakcji na protesty obywatelskie odbywające się regularnie w otoczeniu pomnika – przekonują o tym dokumenty zapowiadające działania, które miały być PODDANIE POD DYSKUSJĘ przez administrację gdańską w pierwszych miesiącach roku 2019);
– opinia publiczna w Gdańsku (i nie tylko w Gdańsku) została trwale sparaliżowana niedawnym zabójstwem Pawła Adamowicza, przy czym w sposób właściwy polskiej mentalności zbiorowej to ostatnie wydarzenie nadpisało wszystkie bez wyjątku wydarzenia i tematy przeszłe i wraz ze zbliżającymi się wyborami uzupełniającymi do władz miasta oraz – w perspektywie kilku kolejnych miesięcy – wyborami do Parlamentu Europejskiego całkowicie zamroziło w miałkim rodzimym rytuale politycznym ,,temat” sprawczej publicznej konfrontacji z ,,dziedzictwem pamięci” Jankowskiego, co ustaliliśmy ponad wszelką wątpliwość w ramach kwerendy doniesień prasowych oraz wywiadu środowiskowego przeprowadzonego przez nas na kilka dni przed naszym działaniem wśród lokalnych aktywistów i osób zaangażowanych w protesty wokół pomnika Jankowskiego.
Wysoki Sądzie!
Złożoność świata dostępnego poznaniu nierzadko bywa źródłem zwątpienia w deterministyczną naturę zjawisk, nie powinniśmy wszelako poddawać się mu zbyt łatwo na życzenie prokuratury. Skutek, jakim było obalenie pomnika Henryka Jankowskiego, miał swoją przyczynę leżącą w odległej przeszłości, której podłą, ohydną i głęboko bulwersującą naturę mieliśmy wszyscy sposobność – za sprawą naszego skromnego czynu – przypomnieć sobie i poddać krytycznej refleksji po raz wtóry po wielu latach milczenia – w ramach wyjątkowo rzetelnej, wieloaspektowej dyskusji publicznej z udziałem ofiar krzywdziciela, publicystów, psychologów, socjologów, filozofów, obrońców praw człowieka, historyków i świadków epoki, jaka przetoczyła się przez media w następstwie wydarzeń z 21 lutego 2019 roku.
Fakty historyczne, na których straży stoi autorytet prof. Andrzeja Friszke i Bogdana Borusewicza (m.in.) i o których powszechnej asymilacji zaświadcza dowodnie choćby decyzja gdańskiego Ratusza z 8 marca 2019, odważnego odwagą obywatelskiego protestu i naszego działania, jak również wyniki badania opinii publicznej w tej sprawie przeprowadzonego 2 marca 2019 r przez pracownię SW Research na zlecenie gazety ,,Rzeczpospolita”, uprawomacniają tezę:
Pomnik Henryka Jankowskiego w Gdańsku był – jako pomnik osoby, na której ciążą bogato udokumentowane oskarżenia o ksenofobię, antysemityzm, współpracę z SB i przemoc seksualną – NIEZNIEWAŻALNY. Sam zaś znieważał wielu i wiele.
Teza ta czyni pierwszy z dwóch przedstawionych nam formalnych zarzutów prokuratorskich bezprzedmiotowym i zarazem legitymizuje ex post nasze działanie.
Wysoki Sądzie!
Przeświadczenie o racji moralnej pobudowane na rzetelnej wiedzy zapośredniczonej przez autorytety przedmiotowe nie przesądza o trybie realizacji wywiedzionych zeń wniosków, wykluczając jedynie działanie ,,bez żadnego trybu”. Ostatnie lata, ostatnie miesiące dostarczają bezprecedensowo bogatej systematyki i statystyki schematów postępowania z pomnikami postaci o zbrukanym sumieniu – co prawda pochodzących, bez wyjątku na przestrzeni całego pokolenia, spoza granic naszego kraju, co konstatuję z pewnym rozgoryczeniem. Oto więc kruszono młotami spychane z cokołów w okolicznościach tzw. Leninopadu towarzyszącego ukraińskiej Rewolucji Godności pomniki Władimira Iljicza Lenina, symbolizującego krzywdę wieloletniej sowieckiej dominacji, w tym – Hołodomor.
Dekapitowano (Krzysztof Kolumb, Cecil Rhodes), topiono w kanałach portowych (Edward Colston) i podpalano ( (Leopold II, król Belgów)) pomniki władców i wybitnych mężów stanu europejskich imperiów, ponoszących imienną odpowiedzialność za krzywdę rdzennej ludności kolonii, rasizm, tortury, wyzysk i handel ludźmi; zrzucano z piedestałów i naznaczano żywoczerwoną farbą pomniki misjonarzy mających na rękach krew plemion tubylczych poddawanych bezwzględnej i brutalnej chrystianizacji (Junípero Serra y Ferrer); zdemontowano cichcem, pod osłoną nocy pomnik Mohandasa Ghandiego stojący przed budynkiem Uniwersytetu Ghandyjskiego w Akrze po ujawnieniu rasistowskich poglądów Mahatmy o gołębim sercu z jego okresu południowoafrykańskiego. Dogłębna analiza tych wydarzeń przeprowadzona przez zagranicznych badaczy i publicystów przyniosła wrychle świadomość, iż stanowią one nie tyle akt wymazywania części historii powszechnej lub lokalnej, ile raczej potrzebny akt DOPISYWANIA brakującej dotąd jej części o statusie narratywu mniejszościowego, zmarginalizowanego w ramach dotychczasowej hegemonii kulturowej podlegającej aktualnie radykalnej przebudowie pod działaniem sił emancypacyjnych.
W tych echach dyskursu zagranicznego, które dotarły do naszej peryferyjnej przestrzeni informacyjnej, pobrzmiewała jednoznaczna – z wyjątkiem, rzecz jasna, głosu środowisk obciążonych posowiecką nostalgią lub wirusem turbosłowiańskiego rasizmu – afirmacja dla tamtych działań – ich sensów i metod realizacji – oraz deklaracja zrozumienia ich historycznej nieodzowności i moralnej racji, zauważano też przełomową rolę samopoznawczą, samooczyszczającą i pro-dyskursywną pomnikowych obaleń (wystarczy przeczytać chociażby tekst historyczki z Instytutu Studiów Politycznych PAN Anny Machcewicz pt. ,,Ruch Black Lives Matter ośmielił Amerykanów do zadawania pytań o historię swojego kraju” zamieszczony na łamach ,,Gazety Wyborczej”).
Jak na tle tej bogatej systematyki wygląda nasz akt dekonstrukcji pomnika Henryka Jankowskiego? Otóż – mówiąc najkrócej – jest klasą dla siebie...
Wysoki Sądzie!
21 lutego 2019 roku wraz z obecnymi tu współoskarżonymi: Konradem Korzeniowskim i Michałem Wojcieszczukiem, ,,działając wspólnie i w porozumieniu”, w zgodzie z wewnętrznym przekonaniem i logiką podjętego działania wyartykułowanymi jednoznacznie w spisanym uprzednio, a upublicznionym podczas naszego zatrzymania Oświadczeniu dla prasy, POŁOŻYLIŚMY pomnik Henryka Jankowskiego NA PRZYGOTOWANY WCZEŚNIEJ STOS OPON, zapobiegając tym sposobem jego zniszczeniu, w czym wyraził się nasz (deklarowany w Oświadczeniu) szacunek dla własności prywatnej i pracy artysty, więc wartości, których pomnik nie przestaje być nośnikiem niezależnie od oceny postaw i zachowań upamiętnianej przezeń osoby. Stwierdzenie to, dowodnie udokumentowane, czyni drugi z dwóch przedstawionych nam
formalnych zarzutów prokuratorskich bezprzedmiotowym tak w płaszczyźnie intencji, jak i w płaszczyźnie jej realizacji. Co skonstatowawszy, stwierdzam z całą mocą:
Wysoki Sądzie!
W konflikcie racji, w którym po jednej stronie stoi niezawiniona i udokumentowana ludzka krzywda, po drugiej zaś – zaklęta w martwy kamień i metal ekskluzywna wizja przeszłości, ostateczną miarą rzeczy zawsze jest i winien pozostać CZŁOWIEK. Przepełniona serdecznym wzruszeniem afirmacja naszego działania ze strony Barbary Borowieckiej, z którą mieliśmy przywilej spotkać się po 21 lutego 2019 roku, oraz ze strony innych ofiar przemocy seksualnej doświadczanej od kapłanów kościoła katolickiego, które otwierały przed nami swoje serca – oto wyroki, które już zapadły, Wysoki Sądzie. Nie poczytujemy ich sobie za uniewinnienie, nie zdejmują one z naszych sumień tej cząstki odpowiedzialności zbiorowej za wyrządzone zło, którą zdecydowaliśmy się nazwać i unieść, ale też żaden inny werdykt nieobecnej wspólnoty nie jest w mocy ich unieważnić, zabierając nam tym samym satysfakcję ze skromnego udziału w uśmierzaniu głębokiego wewnętrznego bólu.
Ludzka krzywda stanowi nieodmiennie – w dojrzałym systemie kulturowym – WAŻKI powód do refleksji i działania, każda zaś jej deprecjacja jako ,,oczywiście błahego powodu” jest nie tylko logicznym fałszem, lecz także – pospolitą niegodziwością. Głos rozstrzygający należy do ofiar przemocy – przemocy fizycznej, przemocy psychologicznej, przemocy ekonomicznej i symbolicznej. A skoro tak, to przytoczmy słowa Barbary Borowieckiej z 2019 roku:
,,Zobaczyłam ten pomnik i zaczęłam się trząść. [...] Wracają moje koszmary. Ten pomnik nie może tu stać. [...] I stało się. Jest ogromna ulga. Nie muszę patrzeć na tego człowieka. [...] Uśmiechałam się”.
W podobnych okolicznościach – po strąceniu do bristolskiego kanału portowego statui Edwarda Colstona, handlarza ludźmi o innej, czarnej skórze, który część uzyskanej tą drogą fortuny przeznaczał na cele dobroczynne i inwestycje kulturalne dotyczące ludzi o jego, białej skórze – czarna brytyjska poetka Vanessa Kisuule napisała w 2020 w swym wierszu pt. “Hollow”, czyli ,,Pusty”
“Countless times I passed that plinth,
Its heavy threat of metal and marble.
But as you landed, a piece of you fell off,
Broke away, and inside – nothing but air.
This whole time, you were hollow.”
czyli – w wolnym tłumaczeniu –
,,Niezliczoną mnogość razy mijałam ten cokół –
w grozie jego ciężkiej metalem, marmurem.
Lecz gdyś sięgał bruku, kawałek ciebie odpadł,
Oddzielił się, a wewnątrz – nic prócz powietrza.
Przez cały ten czas – byłeś pusty.”
Wysoki Sądzie!
Włożyłem dotychczas niemało starań w to, ażeby pokazać – ufam, że dowodnie – czym nasze działanie nie było. Nie było ,,znieważeniem pomnika”, nie było ,,zniszczeniem cudzego mienia”. Jednakowoż stajemy przed Wysokim Sądem w jakiejś przecież sprawie, a nie bez sprawy, i teraz, kiedy zdjęliśmy z niej kamuflaż banalności, którym nieudolnie próbowała zakryć jej prawdziwe oblicze prokuratura, kiedy ustaliliśmy, że nie jest to proces trójki pospolitych chuliganów, którzy przewrócili byli godzien najwyższej troski i czci przedmiot kultury, okazując tym samym rażące lekceważenie dla prawa, musimy skonfrontować się z poważniejszym pytaniem: Cóż to za sprawa? Dlaczego jest ważna? Dlaczego jest na tyle trudna, że prowadzi przez czyny i słowa, które niewprawnemu (lub nieprzychylnemu) oku mogą jawić się jako naruszenie obowiązujących norm? Bez odpowiedzi na te pytania moje ,,wyjaśnienie” byłoby fundamentalnie niekompletne, nie wypełniłoby swej denotacji i nie dałoby mi szansy na skuteczną realizację prawa do obrony naszej racji.
Wysoki Sądzie!
Do czynu z 21 lutego 2019 roku, będącego przedmiotem osądu, stanęło z podniesioną przyłbicą trzech dorosłych mężczyzn o całkiem porządnym wykształceniu i bardzo porządnych Rodzinach, świadomych i aktywnych uczestników i obserwatorów procesów kulturowych ich czasu i towarzyszącego im dyskursu publicznego, ludzi wyposażonych w istotną dla sprawy wiedzę, między innymi historyczną i socjologiczną, świadomość prawną, wrażliwość i determinację ku sprawczemu działaniu.
Czyn swój wpisali oni świadomie, intencjonalnie i skutecznie w – z jednej strony – istniejący kontekst faktyczny i porządek kulturowy, z drugiej zaś – w pewien uważnie przemyślany i metodycznie realizowany przyczynowo-skutkowy ciąg działań, obejmujący kwerendę źródeł, przygotowanie i publikację Oświadczenia, propagację medialną informacji, akt fizyczny, instygację dyskusji publicznej bez udziału ,,sprawców”, który groziłby naruszeniem jej logicznej sterylności ważnej dla sprawy nadrzędnej, spotkania z ofiarami i wreszcie – na razie! – proces. Sens i wartość osądzanego działania to jego własności, by tak rzec, ekstensywne i nielokalne – ich ustalenie wymaga poznania i zrozumienia wieloczłonowej i wielopoziomowej STRUKTURY zjawiska wywołanego przez trzech mężczyzn, izolowanie i poddawanie osobnej ocenie wybranego elementu lub aspektu rozspójnia i niesprawiedliwie banalizuje logiczną całość – nieprzypadkową, a przy tym dostępną poznaniu. Sytuację komplikuje dodatkowo brak naturalnych punktów odniesienia – w rzeczywsitości kulturowej, w literaturze i publicystyce rodzimej, w orzecznictwie sądowym. Dlatego, Wysoki Sądzie, w duchu realizacji prawa do skutecznej obrony (jako oskarżony w sprawie) i praw logiki zatrzymam się w tych wyjaśnieniach nad zadanymi przez siebie pytaniami.
Wysoki Sądzie!
Sprawa, która nas tu przyprowadza, ma wiele aspektów – w wyjaśnieniach skupiam się na dwóch z nich: pobudkach i sensie działania oraz znaczeniu i implikacjach dokonanego przez nas wyboru metody działania. Ten pierwszy aspekt pozostaje w ścisłej relacji logicznej z fałszywym zarzutem o ,,znieważenie pomnika” i oburzającą kwalifikacją ,,z oczywiście błahego powodu”. Do niego zdążyłem się już odnieść na samym początku mej wypowiedzi – wyznając winę, choć nie tę, którą przypisuje mi oskarżyciel i ,,pokrzywdzeni”.
Przejdę przeto wprost do drugiego aspektu, pozostającego w ścisłej relacji logicznej z fałszywym zarzutem o ,,zniszczenie cudzego mienia”. ZNISZCZENIE – CUDZEGO – MIENIA. Wyjaśnię więc głębiej – co nieuniknione wobec rzadkości i nieoczywistości zdarzenia, jakim jest obalenie pomnika, w kulturze peryferii, nawet wtedy, gdy – jak tutaj – centrum kulturowe wręcz kipi od takich zjawisk – istotę i znaczenie wyboru metody działania.
Wysoki Sądzie!
Obalanie pomników jest przez kulturoznawców, historyków sztuki, socjologów i filozofów wpisywane w szerszy kontekst ikonoklazmu, czyli obrazoburstwa. Jako takie ma swego historycznego prekursora – zespół praktyk, znanych już w starożytnym Egipcie i często stosowanych w starożytnym Rzymie, które od końca XVII w. są określane zbiorczym terminem damnatio memoriae – w wolnym tłumaczeniu: ,,potępienie pamięci”. W wymiarze technicznym sprowadzały się one do usunięcia wszystkich reprezentacji (malowideł, rzeźb, inskrypcji nazwiska, wzmianek w tekstach) osoby skazanej na potępienie, czasem także – zniesienia wszystkich pochodzących od niej praw, odwołania decyzji i mianowań, odrzucenia postulatów, zniszczenia prac etc.
Na pierwszy rzut oka były to zatem działania czysto destruktywne mające na celu wygumkowanie części historii wspólnej. Z taką powierzchowną oceną polemizuje dzisiaj wielu naukowców, w tym – amerykańska historyczka sztuki profesor Lauren Hackworth Petersen, która w swoim eseju z 2011 roku zatytułowanym “The presence of »damnatio memoriae« in Roman art” wskazuje na odwrotny efekt semiologiczny aktu usunięcia reprezentacji (więc np. pomnika), jakim jest stworzenie pustki po reprezentacji, która oddziałuje na odbiorcę w sposób nie mniej silny niż sama reprezentacja, zmuszając go do poszukania odpowiedzi na pytanie o to, czyja reprezentacja i dlaczego została usunięta, i tym samym zapisując reprezentowaną postać trwale w świadomości powszechnej – tym razem wszakże napiętnowaną. Kilka miesięcy temu pojawiły się w sieci zdjęcia Chrisa Niedenthala obrazujące Skwer Gyddanyzc – dawniej im. Henryka Jankowskiego – a na nim – wielkie drewniane donice z bujną roślinnością stojące na wyraźnie zaznaczonej kamiennej podstawie, na której do 21 lutego 2019 roku stał był pomnik Henryka Jankowskiego. Oto zmuszająca do refleksji pustka po reprezentacji, oto znak woli pozbawienia nienależnej czci – piętno pozostawione w przestrzeni publicznej na wieczność.
Brytyjski badacz literatury łacińskiej i historii Imperium Rzymskiego doktor Adrastos Omissi idzie jeszcze dalej w swej pracy z 2016 roku pt. “Damnatio memoriae o r creatio memoriae? Memory sanctions as creative processes in the fourth century AD”, w której na przykładzie losów trójki rzymskich cesarzy z końca IV w n.e.: samozwańczego imperatora Północy i Zachodu Magnusa Maximusa z Brytanii oraz prawowitych władców Cesarstw: Zachodniego – Walentyniana II oraz Wschodniego – Teodozjusza I ukazuje przekonywająco kulturotwórczą rolę damnatio memoriae, jakiemu został poddany Magnus Maximus po klęsce i śmierci doznanej z rąk Teodozjusza, który wziął był w obronę dobro imperium zostawione na pastwę tyranowi z Północy przez Walentyniana zbiegłego do Konstantynopola. Narratyw potępienia, obecny na tablicach pamiątkowych, obeliskach, łukach tryumfalnych i w poezji panegirycznej powstałych po zwycięstwie dobrego i sprawczego Teodozjusza nad złym Magnusem Maximusem, odmawiał temu ostatniemu miejsca w historii pod jego własnym nazwiskiem, skazanym na niesławę i niepamięć, lecz zarazem zapisywał go w niej na zawsze w zanonimizowanej, symbolicznej roli pokonanego tyrana – zdrajcy promulgowanego ładu kulturowego.
Henryk Jankowski – jadowity antysemita, donosiciel i krzywdziciel bezbronnych – zdradził ład kulturowy Rzeczypospolitej, kraju etnicznej różnorodności i zarazem kraju Shoah i płonących stodół, kraju walki z sowiecką dominacją i zarazem kraju komunistycznej opresji i sprzedajności, kraju – po 1989 roku – nominalnego porządku prawnego, którego źródłem jest godność ludzka i który stawia na straży tej godności wszystkie swoje instytucje. Henryk Jankowski bezwzględnie wykorzystywał swoją pozycję społeczną i środowiskową jako przepustkę do bezkarności, był bezprzykładnym uzurpatorem. Obsadzenie go w roli ,,tyrana z Północy” w skrypcie obyczajowym, którego istnienie przypomina Omissi, wydaje się jak najbardziej usprawiedliwione i zasadne tu, w Rzeczypospolitej – kraju kulturowego pogranicza między światem łacińskim i bizantyjskim.
Ale w dyskursie Omissiego jest jeszcze jedna rola: zachowawczego i tchórzliwego Walentyniana, którego szkodliwą niemoc i groźną niezdolność do obrony ładu imperium przełamały dopiero śmiałe czyny Teodozjusza i który jest drugim, obok tyrana Magnusa Maximusa, przegranym w tamtej historii, skazanym na pamięć niewdzięczną. Władze mojego kraju, w szczególności jednak – administracja lokalna pod wieloletnim kierownictwem Pawła Adamowicza, niegdysiejszego ministranta Henryka Jankowskiego i jednego z inicjatorów jego uhonorowania, przez niemal dziesięć lat pozwalały na obecność upamiętnień krzywdziciela w przestrzeni publicznej, haniebnie lekceważąc powszechnie dostępne informacje o niegodziwościach i przestępstwach Jankowskiego. Oto zbiorowy Walentynian w gdańskiej odsłonie antycznego spektaklu – jego niesława czeka na jednoznaczną publiczną artykulację i egzekucję.
Wysoki Sądzie!
Żywiołowe procesy społeczne zachodzące w ostatnich latach w naszym bezpośrednim otoczeniu kulturowym przynoszą odnowienie znaczenia ikonoklazmu, pojęcia zwyczajowo zakonotowanego negatywnie. W wymiarze teoretycznym odnowienia tego dokonał już w 2002 roku francuski filozof, antropolog i socjolog profesor Bruno Latour, który wprowadził pojęcie ikonoklaszu:
“Iconoclasm is when there is a clear intent for the destruction or the demise of an image. Iconoclash is when there is an uncertainty about what is committed when an image –from science, religion or art- is being smashed.”
czyli – w wolnym tłumaczeniu –
,,Z ikonoklazmem mamy do czynienia wtedy, gdy objawia się czytelna intencja zniszczenia lub unicestwienia obrazu. O ikonoklaszu mówimy wówczas, gdy zachodzi niepewność co do istoty aktu rozbicia obrazu, którego źródłem jest nauka, religia lub sztuka.”
W ujęciu Latoura ikonoklasz, którego instancjację przyniosły wzmiankowane wcześniej w kontekście czysto materialnym wydarzenia w przestrzeni post-kolonialnej (w Ameryce, Afryce i Europie, w tym w szczególności Europie Wschodniej), stanowi nie tyle destrukcję tkanki symbolicznej przestrzeni publicznej, co raczej – jak postuluje anglo-amerykańska historyczka sztuki profesor Verity Platt – jej resygnifikację poprzez stworzenie nowych mocnych obrazów – ikon – które dokumentują lub inspirują przemiany obyczajowe – moc tych obrazów jest pochodną kulturowej roli obiektów ikonoklaszu (więc np. obalanych pomników), w których kamienno-metalowej materii kodowany jest aktualny system władzy, rozumianej szeroko. Dla przekonania się o słuszności tej tezy rozejrzyjmy się tylko wkoło, zlustrujmy rodzime pomniki – odnajdziemy wówczas pomniki polityków (to władza nad rzeczywistością w wymiarze politycznym), statuy boga osobowego oraz pomniki kapłanów i arcykapłanów (to władza nominalnie – i wyłącznie nominalnie – w wymiarze obyczajowym, duchowym wzgl. eschatologicznym), pomniki żołnierzy, ale tylko niektórych (to władza nad zbiorową wyobraźnią historyczną) itd. – niemal bez wyjątku wszystkie kodują aktualny system władzy.
Powyższy punkt widzenia rozwija twórczo hiszpański filozof i pisarz Paul B. Preciado w swym eseju z 2020 roku pt. “When Statues Fall” (czyli ,,Kiedy Padają Statuy”) - to niezwykle cenny głos w obecnym kontekście, to głos przedstawiciela dyskursu mniejszościowego brutalnie kneblowanego w patriarchalnej hegemonii kulturowej – głos osoby transpłciowej. Z tej to perspektywy – perspektywy mniejszościowej, perspektywy ofiar przemocy, która to perspektywa jest – twierdzę – krytycznie niedoreprezentowana w rodzimej dyskusji nad sensem i wartością naszego czynu z 21 lutego 2019 roku, myśliciel ten zauważa, że – cytuję –
“We collectively inhabit an iconic landscape that is saturated with signs of power endorsed by historical and epic narratives and aestheticized and naturalized to the extent that we are no longer able to perceive their cognitive violence.”
czyli – w wolnym tłumaczeniu –
“Zamieszkujemy zbiorowo pewien krajobraz ikoniczny wysycony znakami władzy sankcjonowanymi przez historyczne i epickie narratywy, a przy tym poddanymi estetyzacji i naturalizacji w stopniu, który pozbawia nas możliwości odczucia ich przemocy poznawczej.”
Wysoki Sądzie!
Jeszcze raz to podkreślę, bo oto próbuję w ramach wyjaśnień głębszego sensu wyboru metody naszego działania wyprowadzić nasze myślenie już nie poza płaszczyznę niedorzeczności, na której starał się je posadowić oskarżyciel, lecz – co dużo trudniejsze – z ciasnego i wygodnego pudełka oczywistości naszej codzienności, z niewidocznych okowów hegemonii kulturowej:
Wysoki Sądzie!
Po latach obojętności i lekceważenia, stygmatyzacji i uciszania, mamy moralny i kulturowy obowiązek podjąć próbę transgresji dyskursu większościowego ku przemilczanej prawdzie ofiar i ich subiektywnej percepcji rzeczywistości symbolicznej. Musimy chcieć zrozumieć ,,przemoc poznawczą” zakodowaną w ikonach naszego czasu – pomnikach, plakatach, obrazach, instalacjach ołtarzowych, tekstach, gestach. To właśnie realizacja owego obowiązku, to właśnie zadośćuczynienie owej chęci zrozumienia przywiodło nas do wyboru metody działania – obalenia pomnika krzywdziciela – i trwale wpisało nasze działanie w kontekst określany przez wybitnego włoskiego filozofa Umberto Eco mianem ,,semiologicznej partyzantki”, u której podstaw leży zakwestionowanie dominującego dyskursu w zakresie obyczajowego, etycznego, ale też politycznego i ekonomicznego przywileju przy jednoczesnym użyciu środków retorycznych i fizycznych. Jej cel wyższy, uogólniający niezwykle istotny cel doraźny, jakim jest proste fizyczne usunięcie źródła wtórnej krzywdy – pomnika unieśmiertelniającego krzywdziciela, stanowi, za Preciado,
– przełamanie fałszywej spójności obowiązującego przemocowego porządku symbolicznego, – otwarcie zakneblowanych dyskursów – to się nam w jakimś, choć tylko ograniczonym stopniu udało, gdy wziąć pod uwagę całkiem sensowną, choć przecież niekompletną dyskusję publiczną poświęconą sensom i celom naszego ikonoklaszu, jaka odbyła się w mediach klasycznych i społecznościowych po 21 lutego 2019 roku, a dalej
– przywrócenie znaczeń – choćby słowom takim jak ,,cnota”, ,,mądrość”, ,,cześć”, ,,szacunek”, ,,bohaterstwo”, ale też ,,troska”, ,,dobro wspólne” – które uległy reifikacji, a wręcz dosłownie ,,skamieniały” w przestrzeni publicznej; punktem wyjścia do owego przywrócenia znaczeń dla ich powtórnego zbiorowego rozważenia musi być desakralizacja władzy, jakże potrzebna w odniesieniu do jedynej władzy nieprzerwanie obecnej w naszych utopionych w bałwochwalstwie okolicznościach obyczajowych na przestrzeni dziejów – władzy kościelnej.
Preciado powiada
“When a statue falls, it opens a possible space of resignification in power’s dense and saturated landscape.”
czyli – w wolnym tłumaczeniu –
,,Kiedy statua pada, otwiera możliwość resygnifikacji gęstego i wysyconego krajobrazu władzy.” Wysoki Sądzie!
Trwając na stanowisku eksponenta myślenia i odczuwania mniejszościowego, kneblowanego i marginalizowanego, pozwolę sobie zamknąć tę część moich wyjaśnień postulatem Preciado, zgłoszonym w cytowanym przeze mnie eseju:
“It is important that these moments of intervention, critique, and destitution not be criminalized but rather welcomed as gestures of the political subjectivation of those who have been and still are objectified by the techniques of [...] government. One characteristic of a radical democracy is its capacity to understand the critical reinterpretation of its own history as a source of creativity and collective emancipation, instead of hastening to homogenize voices and contain dissidence.”
czyli – w wolnym tłumaczeniu -
,,Ważne jest, by te momenty interwencji, krytyki i obnażenia nie były poddawane kryminalizacji, lecz raczej – witane jako gesty politycznego upodmiotowienia tych, którzy byli dotąd i wciąż pozostają uprzedmiotowieni za pomocą technik [...] władzy. Jedną z cech radykalnej demokracji jest jej zdolność do zrozumienia krytycznej reinterpretacji jej wasnej historii jako źródła kreatywności i zbiorowej emancypacji, miast dążenia do ujednorodnienia przekonań i powstrzymania dysydencji.”
Wysoki Sądzie!
W moim wyjaśnieniu przedstawiłem racje konstytutywne leżące u podstaw osądzanego czynu i osobistą, w istocie swej introspektywną wizję mojej winy, w ramach której dekonstrukcja pomnika Henryka Jankowskiego objawia się jako próba naprawy wyrządzonego zła w wymuszonej przez okoliczności obyczajowe i polityczne formule działania bezpośredniego w stanie wyższej konieczności, jak też – jako akt intelektualnie i społecznie formatywny, w istocie swej emancypacyjny, upodmiotawiający. Zanalizowałem też szczegółowo kontekst i metodę działania, co pozwoliło mi – mam nadzieję – wysadzić w powietrze nie dającą się utrzymać, logicznie toporną linię natarcia prokuratury. Czy zatem bezprzedmiotowość zarzutów prokuratorskich, wyprowadzonych – podkreślę to raz jeszcze – z nierzetelnego śledztwa oraz powierzchownego rozumowania pozbawionego – w ocenie sądu – należytej podbudowy faktograficznej ma stanowić naczelną konkluzję z wyłożonego tu rozumowania?
Nie, Wysoki Sądzie.
Ani przez chwilę bowiem w sprawie, w której stajemy przed Wysokim Sądem w charakterze oskarżonych, kwestią fundamentalną nie był bynajmniej banalny AKT wycofania pomnika Henryka Jankowskiego z przestrzeni publicznej, intencjonalnie posadowiony przez nas-sprawców poza sztywnymi ramami kodeksów. Nie, Wysoki Sądzie, kwestią fundamentalną, a zarazem celem nadrzędnym przyświecającym naszemu działaniu z pełną premedytacją doprowadzonemu przez nas na salę sądową – to chcę na koniec wyjaśnić i podkreślić – jest nazwanie i napiętnowanie zła, które wybudziło nas było z anempatycznego letargu i sprowokowało do działania, jak również substancjacja głównej tezy naszego Oświadczenia orzekającej o rozproszeniu odpowiedzialności za owo zło na czterech poziomach – niczym w kręgach piekła Dantego: od poziomu najgłębszego, więc odpowiedzialności indywidualnej krzywdziciela, poprzez poziom odpowiedzialności instytucjonalnej kościoła katolickiego za tchórzostwo, kłamstwo, arogancję, pogardę i terror psychologiczny w obliczu systemowego wyzwania oraz – dalej – poprzez odpowiedzialność administracji publicznej różnych szczebli za legitymizację zła na gruncie politycznego oportunizmu i prywaty, aż po poziom odpowiedzialności powszechnej za indyferentyzm, upartą zmowę milczenia i bezczynność, po dziś dzień zatrzaskujące wiele drzwi przed poszukiwaczami prawdy o systemowej przemocy w kościele katolickim, wreszcie za uczestnictwo de facto w kulturze gwałtu.
Mamy bolesną świadomość tego, że nasze działanie, podobnie jak inne dotychczasowe inicjatywy obywatelskie stawiające sobie za cel walkę z przemocą w instytucjonalnym kościele katolickim w Polsce oraz zwyrodniałymi mechanizmami jej eliminacji, utkwiło w martwym punkcie, napotkawszy na swej drodze twardy i nieraz agresywny opór ze strony najwyższych urzędników tego kościoła, dyskusja zaś publiczna zainicjowana przez nasz czyn i treść Oświadczenia wyhamowała bezpiecznie daleko od niewygodnej tezy o odpowiedzialności zbiorowej i nieistniejącej wspólnocie sprawczej troski wzajemnej – tezy, której logicznym następstwem byłoby podobne mojemu samooskarżenie.
Wysoki Sądzie!
Wyjaśniam z całą mocą: Jesteśmy tutaj po to właśnie, by ten stan rzeczy zmienić, by udokumentować to i wyciągnąć wiążące wnioski z tego, że dziś ława oskarżonych w ,,sprawie Henryka Jankowskiego” ciągnie się ,,od Giewontu do Bałtyku”.
– jest na niej miejsce dla mnie, który wyznałem swą winę, jak też miejsce dla tuzinów – może setek – pracowników instytucji kościoła katolickiego winnych przemocy wobec innych, w tym – wobec bezbronnych (w tej kategorii mieści się Henryk Jankowski);
– jest miejsce dla dziesiątek wyższych kapłanów, jak Sławoj Leszek Głódź, Stanisław Dziwisz, czy – to eksponent postaw szczególnie podłych i ohydnych, a przy tym niezwykle szeroko i skutecznie propagowanych – Stanisław Gądecki, na których ciąży odpowiedzialność za kłamstwa, matactwa, ukrywanie przestępców, terror psychologiczny i obyczajowy, wtórną wiktymizację ofiar oraz bezgraniczną pychę w okolicznościach systemowej patologii instytucji, którą reprezentują;
– jest miejsce dla administratorów życia publicznego różnych szczebli o mentalności wiecznego ministranta, którzy mając świadomość przewin ciążących na sumieniu przedstawicieli instytucji będącej jednym z ostatnich reliktów feudalizmu w tym kraju, przyjmują wobec nich postawę wasala i sygnują tzw. kompromisy w imieniu milionów, wieszają na piersi medale – jak minister Roman Giertych przyznający Henrykowi Jankowskiemu Order im. – o, ironio! – Komisji Edukacji Narodowej, jak prezydent Adamowicz nadający mu tytuł Honorowego Obywatela Gdańska i wychodzący z niegodną inicjatywą uczczenia jego pamięci w formie pomnika;
– jest wreszcie miejsce dla nieobecnej wspólnoty, której nie obrażał i nie obraża jadowity antysemityzm, której nie zobowiązuje do działania przemoc wobec bezbronnych, której nie odrzuca antyracjonalizm i antyhumanizm pracowników kościoła katolickiego takich jak Henryk Jankowski.
Wysoki Sądzie!
Świeżej, a przy tym nader wiernej – bo tak podłej i tragicznej w wymiarze ludzkim – ilustracji moich tez, w całej ich wielowymiarowości – ilustracji układającej się w swoistą parabolę zła, wobec którego stanęliśmy tamtej nocy – 21 lutego 2019 r. – i wobec której wciąż stoimy – bezradni jako gromada, dostarczają wyniki śledztw dziennikarskich z ostatnich tygodni dotyczących dwóch kapłanów katolickich, których biografie i historie relacji z najbliższym otoczeniem społeczno-politycznym – otoczeniem świeckim – niosą cechy odbitek fragmentów biografii i historii relacji społeczno-politycznych Henryka Jankowskiego (bogatszych w przypadku Jankowskiego o wspominany już antysemityzm i konfidencką przeszłość oraz unikalne upodobanie do blichtru), a tym samym sygnalizują powtarzalność, wręcz powszechność mechanizmów instytucjonalnych i kulturowych – mowa tu, oczywiście, o księżach: Andrzeju Dymerze ze Szczecina i Stanisławie Sikorskim z Pionek.
O tym drugim należy wspomnieć w wyjaśnieniach dla ilustracji problemu przedmiotowego przez ważną, strukturalną paralelę, bo to – także! - kapelan ,,Solidarności” (tej radomskiej), którego rozliczne i niekwestionowane zasługi kombatanckie z czasów zmagań ze schyłkowym reżymem komunistycznym i późniejsze dokonania społecznikowskie były haniebnie transponowane na dziedziny nieprzystawalne i instrumentalizowane w celu uchronienia go przed odpowiedzialnością za przemoc, gwałt, krzywdę i kłamstwo. I, odwrotnie, świadomość zła, którego był nosicielem, nie odstręczała wysokich urzędników administracji publicznej i przedstawicieli instytucji publicznych przed jego szczodrym honorowaniem. Brzmi znajomo, nieprawdaż?
O tym pierwszym nie mogę nie powiedzieć w ramach tej samej figury retorycznej z dwóch powodów: pierwszy to ten, że wołające o najwyższą karę zakłamywanie i krycie jego przestępstw przeciwko młodym ludziom, które skutkowało przestępstw tych perpetuacją, jest podłą zasługą tego samego człowieka, który krył krzywdziciela-Jankowskiego – jest podłą zasługą Sławoja Leszka Głódzia; drugi zaś to ten, że oto dostatni i wypełniony doczesnym splendorem byt w przestrzeni publicznej zapewniali mu przedstawiciele trwale, a tchórzliwie zblatowanej z władzą kościelną administracji lokalnej – antydemokratyczni narodowi socjaliści z partii Prawo i Sprawiedliwość pospołu z demokratycznymi konserwatywnymi liberałami z Platformy Obywatelskiej i nijakimi ideowo chłopami z PSL. Brzmi znajomo? Powinno brzmieć znajomo. I wstydliwie, oskarżająco.
Wysoki Sądzie!
Zamykam swoje wyjaśnienia. Przez wiele miesięcy dzielących nas od tamtej lutowej nocy czekaliśmy w wielkim napięciu i nadziei, czekaliśmy ze swoim nazwaniem i wyznaniem winy w świadomości oraz swoim skromnym aktem zadośćuczynienia w przestrzeni publicznej – dostępnymi refleksji, czekaliśmy na głosy ludzi z ,,Solidarnościowego” otoczenia Henryka Jankowskiego, głosy wybitnych przedstawicieli inteligencji katolickiej, głosy tych ojców założycieli III Rzeczypospolitej, którzy niegdyś ręka w rękę z Jankowskim i jemu podobnymi urządzili naszą wspólną rzeczywistość tak szczelnie wypełnioną pomnikami i krzyżami, udekorowaną orderami, strojną procesjami, poświęconą od góry do dołu, lecz zarazem tak dojmująco pozbawioną troski wzajemnej, wrażliwości na krzywdę, solidarności wobec przemocy.
Czekaliśmy na tych wszystkich, którzy dzisiaj trwożnie chowają zdjęcia z Henrykiem Jankowskim na dnie szuflad biurek z mahoniu, każdorazowo mając krępującą świadomość istnienia gdzieś na dnie innego biurka drugiej kopii fotografii. Czekaliśmy na akty odpowiedzialności i skruchy, na słyszalną prośbę o wybaczenie – wobec ofiar przemocy i wobec oszukanej bez-wspólnoty. Nie doczekaliśmy się. Nie doczekamy się. Bo ,,to Polska właśnie”. Jesteśmy tu więc także i po to, by w odwołaniu do rzetelnej kwerendy faktów i elementarnej przyzwoitości zatrzasnąć wieko trumny nad TĄ Polską, która tak bardzo i tak krzywdząco dla wielu nie udała nam się i której już nie ma, która już umarła i rozkłada się na naszych oczach, nawet jeśli w czysto mechanicznych odruchach – jak tweet dr. Bodnara z 21 lutego 2019 r. osądzający bezdusznie, lecz autorytatywnie nasze działanie – próbuje bronić swych dysfunkcjonalnych instytucji, obchodząc się przy tym z imponującą precyzją w okolicznościach jak te obecne bez zbędnej fleksji słów ,,krzywda” i ,,ofiara”, słów, których próżno szukać także w wypowiedziach oskarżającego nas dzisiaj p. Borowczaka – bez fleksji i bez refleksji. Jesteśmy tu po to, aby dać przyczynek do zadumy nad tym, co dla nas prawdziwie i niezbywalnie ważne, czego jesteśmy gotowi bronić wręcz, tak by kiedyś jeszcze może Ona nam się udała.
Wysoki Sądzie!
Ostatnie słowo mojego wystąpienia w roli oskarżonego jest powtórzeniem pierwszego słowa naszego Manifestu z 21 lutego 2019 roku – jest to słowo:
Oskarżam!
Rafał R. Suszek
Komentarze