0:00
Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja GazetaJakub Orzechowski / ...
16 października 2020

„Wieziemy pacjenta kowidowego przez SOR. Kupa ludzi. A my przez środek tłumu" [RELACJA RATOWNIKA]

„W szpitalu Orłowskim karetki wezwały policję. Jeden pacjent w stanie bardzo ciężkim. A doktor na izbie przyjęć nie przyjął nikogo” - opowiada mi ratownik medyczny. Dzwoni z karetki, wiozą pacjentkę z zagrożeniem życia do odległego szpitala. Liczą, że uda się ją tam „sprzedać”

Wydrukuj

Kiedy rozmawiamy po raz pierwszy, w czwartek po południu, mój rozmówca, ratownik medyczny, jedzie karetką wiozącą pacjentkę z zagrożeniem życia z Warszawy do odległego szpitala na Mazowszu.

„W Warszawie zrobili badania, diagnostykę, ale mówią, że nie ma miejsca. Nawet na korytarzu. Najbliższe łóżko - 90 kilometrów stąd. A żeby uratować klienta są cztery godziny, potem medycyna jest bezradna".

Dojazd na sygnale zajmie im ponad godzinę.

„To znaczy, że pacjenci mogą nie dojechać na czas, a jak dowieziemy żywych, to mogą być w fatalnym stanie. Nie wiadomo, czy w tym szpitalu pacjentkę przyjmą, choć w wykazie mają wolne miejsca. Inne szpitale nas odrzucały, zobaczymy na miejscu”.

Zespół karetki próbował tego dnia skontaktować się z sześcioma warszawskimi szpitalami. Jeden nie przyjmował pacjentów, bo w szpitalu stwierdzono koronawirusa, w trzech nie było miejsc, do dwóch - nie udało się dodzwonić.

„Jechaliśmy obok Grójca, tego zagłębia jabłkowego, mogliśmy kupić ze cztery skrzynki, sami byśmy zjedli, w szpitalu byśmy rozdali, wszyscy by zdrowi byli” — drwi ratownik z wypowiedzi eks-marszałka Senatu i lekarza Stanisława Karczewskiego.

Sprzedawanie pacjentki

„Sprzedaliśmy pacjentkę” - mówi z ulgą, kiedy rozmawiamy wieczorem tego samego dnia. „Lekarz z Warszawy pięknie się zachował. Uprzedził szpital, do którego jechaliśmy". Według relacji ratownika często to zespoły karetek same się muszą martwić, jak „sprzedać” pacjenta.

„Sprzedać" to w żargonie ratowników odstawić do szpitala, który przyjmie chorego.

„Zgłoszenia od dyspozytora dostajemy na tablet albo na telefon komórkowy. Wypadek, kolizja, objawy, zależy, jak rodzina opisze. Jedziemy. Jak przyjeżdżamy na miejsce, jesteśmy w stanie określić, czy to udar, zawał, coś innego. Zabieramy klienta i jedziemy do szpitala. Zniesiono rejonizację, są szpitale referencyjne, które mają dyżury w danej specjalizacji. Przyjeżdżamy i - kurczę blade - okazuje się, że nie ma miejsc".

Niech się pogotowie martwi

„Każdy szpital ma obowiązek aktualizować na bieżąco liczbę miejsc. Najczęściej szpitale wykazują, że nie mają miejsc. Albo w systemie stoi, że jest sześć wolnych miejsc, jedziemy, a lekarz mówi, że nie ma żadnego” - mówi mi ratownik w innej rozmowie. Znowu jest w karetce, w drodze.

„W rozporządzeniu jest napisane, że lekarz musi uzgodnić ze szpitalem, do którego odsyła karetkę, że tam wysyła pacjenta. Ale tego nie robią. Nie dzwonią, wychodzą z założenia, że „pogotowie sprzeda”. Albo mówią, że pacjent nie nadaje się na oddział i na pałę wypisują skierowanie na SOR. Niech się pogotowie martwi. Jedziemy na ten SOR, a tam też nie chcą przyjąć.

A wystarczyłoby zadzwonić. Są lekarze i są trepy.

Jak jeden lekarz nie uzgodni z drugim, co robić z pacjentem, to się zaczynają wojny między pogotowiem a SOR-ami. Powinniśmy sobie pomagać, a zaczynamy się żreć.

„W szpitalu Orłowskim [szpital kliniczny im. Orłowskiego w Warszawie] karetki wezwały policję. Czekały trzy karetki, jeden pacjent był w stanie bardzo ciężkim. A doktor na izbie przyjęć nie przyjął nikogo. Brak miejsc".

Sytuacja, o której mówi mi ratownik, została zarejestrowana na nagraniach z warszawskiego pogotowia. Dotarł do nich TVN24.

„«Ale mamy go tu rzucić pod drzwi? Czy gdzie? Bo oni nie chcą otworzyć drzwi. Drzwi są zamknięte na izbę przyjęć, jak się wjeżdża» - relacjonują z karetki. W akcję włącza się policja”.

„Jak my mieliśmy problem z przekazaniem pacjenta na »Orłowskim«, to żeśmy się tam wbili na nielegalu z transportem. Spróbujcie się wcisnąć. Może się uda". Ich nadzieje studzi dyspozytorka: „Czekają transporty z rana jeszcze do realizacji. Niestety, nie możemy tego pocisnąć, bo nie ma jak. Nie ma jak".

Po 20 minutach załoga karetki dopytuje, co ma robić z pacjentem. „Zostawiamy i odjeżdżamy” - mówi dyspozytor. „Ale mamy go tu rzucić pod drzwi? Czy gdzie? Bo oni nie chcą otworzyć drzwi. Drzwi są zamknięte na izbę przyjęć, jak się wjeżdża” - relacjonują z karetki.

W akcję włącza się policja. Dyspozytor oczekuje, że funkcjonariusze zmuszą lekarza do przyjęcia pacjenta. Nic z tego. „Pan doktor na »Orłowskim« nie przyjmie pacjenta. Odmawia w ogóle wypełnienia jakichkolwiek dokumentów i oświadczenia, że pacjent może zostać gdzieś w krzakach. Nie wiem gdzie. W obecności policji. Policja też mówi, że nic nie jest w stanie z tym zrobić. Jaka decyzja dalsza?” - pyta ratownik z karetki.

„Siedzimy w tych karetkach” - opowiada dalej ratownik medyczny - „czekamy na miejsce, a butle z tlenem się wyczerpują. My ten ZBCC i tak sprzedamy, będziemy siedzieli 3-4 godz. w karetce, ale im pokażemy, tylko po co to?

To też wina wielu zespołów pogotowia. Dla własnego bezpieczeństwa zabierają ZBCC” - tłumaczy ratownik.

Nie rozumiem, co to jest ZBCC?

Ratownik się śmieje: „Zajebisty ból całego ciała. Ktoś dzwoni i mówi, że coś boli. Okazuje się, że babcia chciała porozmawiać. Mamy świadomość, że na tym SOR-ze zostanie tylko nawodniona, jedyną procedurą będą kroplówki, ale ją zabieramy. Przynajmniej sobie z kimś pogada. Staramy się tego nie robić, ale czasem sumienie nie pozwala”.

W butach mam basen

„Jak jedziemy do wypadku, nie mamy pewności, czy ktoś jest zarażony czy nie. Jedziemy bez kombinezonu. Potem przychodzi informacja, że pacjent jest pozytywny i cały zespół idzie na kwarantannę.

Ostatnio na Bielanach: pojechał trzyosobowy zespół. Nie było warunków, żeby po podpięciu respiratora wsadzić klienta do windy. Ratownicy poprosili o pomoc straż pożarną. Tak się robi.

Sześciu dzielnych strażaków znosiło po schodach płachtę. To był dzień. Wieczorem przyjechali do pracy i dowiedzieli się, że klient miał covida. Trzech medyków i sześciu strażaków poszło na kwarantannę.

Raz wieźliśmy pozytywnego covida na Szaserów i dowiedzieliśmy się o tym dopiero na miejscu, w szpitalu. Może dyspozytor zapomniał przekazać?

Dlaczego nie zawsze jeździmy w kombinezonach? To by było najlepsze rozwiązanie? Nie bardzo. Założy pani taki kombinezon, to się pani przekona. To nie oddycha niczym.

Jak dowiozę covida z Szaserów na Wołoską, to w butach mam basen.

Ile musimy wytrzymać w tym kombinezonie? To zależy od tego, jak szybko uda się pacjenta sprzedać. Czasem dwie godziny, czasem sześć".

Wieziemy covida przez środek tłumu

Bałagan pojawia się, kiedy przychodzi pacjent na SOR i nie przedstawił wszystkich objawów. Siedział sześć godzin na korytarzu i okazuje się, że ma covida. I cały SOR zamknięty.

Pacjenci kłamią, nie mówią, że mieli kontakt z kimś zakażonym, albo ukrywają część objawów.

Taka sytuacja: przejeżdżamy z pacjentem covidovym przez SOR. Kupa ludzi. Jedziemy przez środek tłumu.

Nie ma wyznaczonych ścieżek, że covid jedzie innym wejściem.

Wystarczy, że się rura wypnie, co się często zdarza, i jest nieszczęście. Teoretycznie zagrożenie zarażenia od osoby intubowanej spada do 5-10 proc. Ale istnieje.

To jest też problem budynków szpitalnych. Na przykład w całym szpitalu Orłowskim są dwie windy, do których się zmieszczą nosze z pacjentem.

Ludziom ciągle się wydaje, że w szpitalu są bezpieczni i nie złapią wirusa. To nieprawda! Ludzie, trzymajcie się z daleka od szpitali! To jest największe skupisko wirusa. Prawdopodobieństwo zarażenia covidem wzrasta do 80 proc.

Jakie wolne?

Dziś, w czwartek zacząłem o 07:30. Teoretycznie pracuję do 19:30. Jak rozmawiamy, jest 19:49, a jeszcze jesteśmy w drodze. Mamy drgawki - albo grypa, albo złapaliśmy covida. Jak nie będę miał temperatury, to pojadę w piątek na dyżur na 7:30. Skończę w sobotę o 7:30. Prześpię się i w niedzielę od znów od 09:00 rano do 21:00.

Wolne? Jakie wolne? Coraz więcej ludzi jest na kwarantannie i na zwolnieniach. Ktoś musi jeździć.

Zjadłem dwa jabłka na wszelki wypadek, ale nie pomogły. Dalej mam dreszcze. Może pani przekazać senatorowi Karczewskiemu.

To jest kwestia czasu, aż złapię covida. Z mojego zespołu miał kierowca. Przeszedł praktycznie bezobjawowo, tyle że stracił smak, i miał temperaturę. Ale zdiagnozowano go na początku, to był etap tych koreańskich testów, więc może wcale nie miał [śmiech].

Dwa dni temu zrobiłem sobie test. Sam płaciłem. Jestem negatywny. Ale teraz znów mną telepie.

Testy mamy robione jak zostawimy pacjenta w szpitalu i okaże się, że jest pozytywny. Nikt nie wpadł na to, żeby testować nas np. raz w tygodniu.

Ze sprzętem ochronnym nie ma problemu. Ale miały być dodatki finansowe, które się rozpływają, są śmieszne kwoty, wpływają jakieś grosze.

Ostatnio któraś z pielęgniarek dostała 4 zł dodatku.

Załamywać się? To człowiek w depresję wpadnie, a psychiatrzy też są na zwolnieniach, a w Ipinie [Instytut Psychiatrii i Neurologii przy ul. Sobieskiego w Warszawie] co drugi oddział zamknięty.

PS. Aby chronić anonimowość rozmówcy nie podajemy jego nazwiska ani szczegółów, które mogłyby go identyfikować.

Udostępnij:

Agata Szczęśniak

Dziennikarka, socjolożka. W OKO.press od 2016. Pisze o polityce polskiej i zagranicznej, mediach, prawach kobiet. Wcześniej wicenaczelna „Krytyki Politycznej”. Pracowała też w „Gazecie Wyborczej”. Współtworzyła satyryczny feministyczny program „Przy kawie o sprawie”. Prowadzi audycję „Jest temat” w radiu TOK FM.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne