Zebraliśmy już ponad milion!

Dołącz do zbiórki „Pomóżmy Ukraińcom"

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Czarek SokolowskiAP Photo/Czarek Soko...

Amerykańskie siły w Europie składają się bowiem z kilku komponentów. Jeden, obecny od kilkudziesięciu lat, to siły stacjonujące w Europie Zachodniej, w tym strategicznie ważne dla USA bazy wojskowe jak Lakenheath, Aviano czy Ramstein. Tam stacjonują przede wszystkim siły lotnicze. Do tego należy dodać oddziały wojsk lądowych, w tym jeden pułk (de facto brygadę zmotoryzowaną), brygadę spadochronową oraz oddziały wsparcia, w tym brygadę artylerii, jak również wojska specjalne.

Na wschód od Niemiec siły stale obecne są już niewielkie. Są to przede wszystkim instalacje obrony przeciwrakietowej, w tym baza w Redzikowie.

Po agresji Rosji na Ukrainę od 2014 roku siły te są wzmacniane – początkowo odbywało się to poprzez rozmieszczenie na wschodniej flance NATO jednej brygady wojsk lądowych oraz jednej brygady lotnictwa śmigłowcowego. Miały poprzeć czynami deklaracje amerykańskie o gotowości do obrony państw NATO zagrożonych agresją rosyjską.

Czynami, gdyż obecność sił w obszarze potencjalnego kryzysu skraca czas do ich użycia, pozwala także przygotować działania – choćby poprzez ćwiczenia na terenie potencjalnego konfliktu. Jednym słowem zmusza Rosję do uwzględnienia kosztów ewentualnej konfrontacji na poziomie strategicznym, jak i taktycznym. Te siły są bowiem realnym potencjałem bojowym. A trzeba pamiętać, że dekadę temu czarny scenariusz wojny był żargonowo określany jako „sześćdziesiąt godzin do Tallina i Rygi” – od gry wojennej, w której Rosjanom udało się w takim czasie, dotrzeć do stolic Estonii i Łotwy. Szybciej niż ówczesne siły NATO, nieobecne na wschodniej flance zdążyłyby skutecznie zareagować.

Przeczytaj także:

Od roku 2022 ta obecność została zwiększona. W Polsce stacjonują odtąd dwie brygady wojsk lądowych oraz brygada lotnicza, wspierane przez wspomniane już siły stacjonujące w Europie Zachodniej. Nie są jednak tu obecne na stałe. Żołnierze i sprzęt zmieniają się co kilka miesięcy, a więc nie ma potrzeby budowania dużych stałych baz, w których przez kilka lat przebywają żołnierze wraz z rodzinami. Taki rodzaj obecności jest zarezerwowany tylko dla niewielkiej części amerykańskich żołnierzy w Polsce.

To oznacza, że mniej jest problemów logistycznych, ale też redukcja kontyngentu jest łatwa. Wystarczy po prostu wycofać już obecne oddziały i nie przysłać zastępców.

I tak się najwyraźniej stało.

Ujawnione 14 maja przez CNN i Politico informacje wskazują, że wstrzymanie rotacji nie było efektem logistycznych czy finansowych problemów. Taka decyzja zapadła w Pentagonie

Układa się to niestety w niepokojący ciąg. Wcześnie dokładnie taką decyzję podjęto w sprawie amerykańskiej obecności w Rumunii, ogłaszając ograniczenie obecności amerykańskich wojsk w tym państwie przez wstrzymanie rotacji brygadowej grupy bojowej.

Ponadto w kwietniu zapadła decyzja o ograniczeniu amerykańskiej obecności w Niemczech o pięć tysięcy żołnierzy. Oznacza to wycofanie wspomnianej już brygady zmotoryzowanej (używającej historycznej nazwy 2 Pułk Kawalerii Pancernej) wykorzystującej kołowe transportery opancerzone typu Stryker, jak również wstrzymanie planowanego wysłania do Niemiec dywizjonu rakiet dalekiego zasięgu. Ta jednostka miała posiadać obok znanych już HIMARS-ów, rakiety Tomahawk i SM-6 oraz nowe pociski hipersoniczne Dark Eagle. A więc jej obecność byłaby dla Rosjan jeszcze większym problemem niż brygady zmechanizowane, mając na uwadze skuteczność uderzeń na cele w Rosji, jaką zademonstrowały dużo mniej skomplikowane bezzałogowce ukraińskie.

Być może okaże się, że lukę w Polsce wypełni wycofana jednostka wojsk lądowych z Niemiec. Być może, gdyż na razie trudno określić tę sytuację inaczej niż komunikacyjny chaos. Nie wiadomo także czy amerykańscy dyplomaci wcześniej uprzedzili polski rząd o tej redukcji. Powinni, choćby z uwagi na fakt, że wstrzymanie rotacji jednej brygady cofa amerykańskie zagazowanie do czasów sprzed 2022 roku. I budzi niepokojące skojarzenia w sytuacji, gdy trumpiści oficjalnie ogłosili, że celem polityki bezpieczeństwa Trumpa będzie strategiczna stabilizacja w relacjach z Rosją. Być może redukcja wojsk jest sygnałem, który ma Putina zachęcić do jakiegoś kroku deeskalujacego. I jeśli tak by było, to jest myślenie życzeniowe i naiwne.

Co gorsza, oznacza to, że może pojawić się kolejna oferta. Na przykład wycofania wojsk amerykańskich z Polski w ogóle.

Byłaby to jednocześnie oferta skierowana w stronę Rosji a zarazem – ewidentny środek nacisku na Polskę. Można sobie bowiem wyobrazić bardzo czarny scenariusz, w którym obecna administracja w Waszyngtonie, uznając obietnice bezpieczeństwa za efektywny środek oddziaływania, może próbować wymusić jakieś kroki w polityce wewnętrznej i zagranicznej, które będą korzystne dla amerykańskich interesów. Według strategii bezpieczeństwa narodowego USA Europa jest dla USA ważna – pod warunkiem że będzie taka, jaka są wyobrażają trumpiści. Konserwatywna, biała i bez narzucającej regulacje Unii Europejskiej.

To jest oczywiście scenariusz skrajnie niekorzystny, ale najbardziej niepokojący. Zaskakująca decyzja po raz kolejny niestety pokazuje, że tradycyjny sojusznik Europy a w czasach II wojny arsenał demokracji – jest coraz mniej przewidywalny. I coraz trudniej uznawać amerykańską pomoc w razie kryzysu za prawdopodobną a wręcz pewną. Europa musi liczyć przede wszystkim na siebie.

Na zdjęciu Michał Piekarski
Michał Piekarski

Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego

Komentarze