0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Tomasz Stanczak / Agencja GazetaTomasz Stanczak / Ag...

„Dla nas decydujący jest zawsze głos zwykłych Polaków. Głos obcych polityków, w tym niemieckich, nie ma żadnego znaczenia. Dlatego w sprawach kluczowych chcemy się odwołać do państwa bezpośrednio w referendum” – taką nowinę w piątek 11 sierpnia ogłosił w specjalnym spocie wicepremier i szef PiS Jarosław Kaczyński. Referendum odbędzie się razem z wyborami do Sejmu i Senatu, nad przegłosowaniem wniosku Rady Ministrów w tej sprawie właśnie obraduje Sejm.

O pomyśle referendalnym PiS pisaliśmy już w OKO.press wielokrotnie. PiS nie chce się już w nim koncentrować wyłącznie na migrantach (takie było pierwotne założenie obozu władzy), ale uczynić z koncepcji referendum działanie pakietowe: zawrzeć w nim cztery pytania, możliwie na takie tematy, które będą mobilizowały twardy i w części potencjalny elektorat partii władzy, czyli wyborców starszych, z małych miasteczek i ze wsi.

We wniosku rządu, nad którym obraduje Sejm, pytania różnią się nieco od tych, które PiS ogłaszał w specjalnych spotach. Najnowsza wersja brzmi następująco:

  • Czy popierasz wyprzedaż majątku państwowego podmiotom zagranicznym, prowadzącą do utraty kontroli Polek i Polaków nad strategicznymi sektorami gospodarki?
  • Czy popierasz podniesienie wieku emerytalnego, w tym przywrócenie podwyższonego do 67 lat wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn?
  • Czy popierasz likwidację bariery na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi?
  • Czy popierasz przyjęcie tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, zgodnie z przymusowym mechanizmem relokacji narzucanym przez biurokrację europejską?

Wielu obywateli zapowiada, że nie weźmie udziału w głosowaniu w referendum, które jest wyłącznie chwytem wyborczym rządzącej partii. Tylko jak to zrobić, skoro głosowanie odbędzie się w tym samym dniu i w tych samych lokalach wyborczych, co wybory do Sejmu i Senatu? O to zapytaliśmy b. szefa Państwowej Komisji Wyborczej Wojciecha Hermelińskiego.

Adam Leszczyński, OKO.press: Czytelniczki i Czytelnicy pytają OKO.press, co zrobić w lokalu wyborczym, jeśli nie chcą zagłosować w referendum Kaczyńskiego – ale chcą oddać głos w wyborach. Opowiedzmy to krok po kroku.

Wojciech Hermeliński: Zgodnie z wyjaśnieniami, które są zawarte na stronie Państwowej Komisji Wyborczej, żaden wyborca nie może być zmuszany do wzięcia kart i głosowania – czy to w wyborach do Sejmu, czy do Senatu, czy w referendum. Może odmówić przyjęcia każdej karty do głosowania.

W takim razie może również odmówić przyjęcia karty referendalnej.

Czy to zostanie odnotowane?

Tak. Wówczas członek komisji powinien wpisać w rubryce, w której jest miejsce na pokwitowanie przyjęcia karty referendalnej, że obywatel odmówił czy odmówiła przyjęcia karty.

To znaczy, że potencjalnie będzie można sprawdzić, kto odmówił? W małych, konserwatywnych miejscowościach może to być problem. Presja do głosowania na PiS może być duża.

Znów powołam się na Państwową Komisję Wyborczą, która podaje, że nie można nikogo zmusić do udziału referendum.

To, o czym pan mówi, oczywiście może być kłopotem. W tym samym dniu odbywają się i wybory, i referendum. Osoba, która nie chce wziąć udziału w referendum – w szczególności w małych miejscowościach, gdzie w społeczności lokalnej ludzie się znają i ludzie, którzy przychodzą pracować w komisji wyborczej, też się znają, obywatel, odmawiając przyjęcia karty referendalnej zostaje w jakimś sensie zmuszony, żeby publicznie wolę niegłosowania w referendum oświadczyć.

Niestety, na to nie ma rady.

Władza będzie naciskała na głosowanie – jak w dawnych czasach.

Osoba, która odmówi, może więc potem być uznana za kogoś, kto „sprzeciwia się demokracji” – jak się wyraził, zdaje się, prezes Prawa i Sprawiedliwości. Rozumiem, że w niektórych miejscowościach niektóre osoby mogą mieć trudność z odmową.

Są inne metody?

Nie ma. Odmowa przyjęcia karty referendalnej to jedyny sposób, żeby nie wziąć udziału w głosowaniu.

Czy można np. przedrzeć kartę do głosowania?

Do dziś w zasadzie uważam, że taka forma jest dopuszczalna od strony prawnej. Przewodniczący PKW twierdzi jednak, że nie powinno się karty przedzierać. Sugerowałbym w takim razie go posłuchać.

Co nie zmienia faktu, że racjonalne myślący ustawodawca powinien przepisy skonstruować tak, żeby nie było między nimi sprzeczności. A teraz jest. Bo jeżeli w ustawie o referendum konstytucyjnym mówi się, że przedarte całkowicie, wyjęte z urny przez Obwodową Komisję Wyborczą karty są kartami nieważnymi – to z tego płynie wniosek, że kartę musiał ktoś wcześniej przerwać. Skoro nie zrobił tego Duch Święty, nie zrobiły krasnoludki i sama się nie przedarła, musiał to zrobić wyborca. Racjonalny ustawodawca nie może jedną ręką podpisywać ustawy, która legalizuje stan w postaci istnienia karty przedartej, a z drugiej strony – karać za to wyborcę.

Uważam, że jeżeli wyborca kartę referendalną przerwie w momencie, w którym ją wrzuca do urny, to nie robi tego dla wybryku, nie jest to akt chuligański, tylko po prostu chce uzyskać taki sam efekt, jak przy niepobraniu karty. Proponuję jednak, aby nikt się nie narażał na odpowiedzialność karną. Dobrze byłoby więc wziąć pod uwagę wytyczne Państwowej Komisji Wyborczej.

Trzeba po prostu odmówić przyjęcia karty, jak ktoś nie chce głosować. No i tyle.

Czy jest sens np. przekreślenia karty przed wrzuceniem do urny?

Trzeba odróżnić kartę od głosowania. Jeśli się kartę weźmie do ręki, zostanie się zaliczonym do puli osób, od których liczby zależy uznanie, czy referendum jest ważne, czy nieważne. W referendum musi wziąć udział więcej niż połowa uprawnionych, aby było ono wiążące. Także dowolne przekreślenie karty, postawienie krzyżyka w niewłaściwych miejscach, pomazanie jej – nie ma znaczenia, bo głos będzie nieważny, ale weźmie się udział w głosowaniu.

;

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze