Decyzja Rumunii, by przyjąć przyjąć prawie dwa tysiące uchodźców, to świadoma polityka uczestnictwa w ratowaniu europejskiej wspólnoty. Rumuni chcą znaleźć się w twardym jądrze Europy. Negocjują, ale nie trąbią o wstawaniu z kolan

„Nawet jeśli Rumuni nie trąbią wszem i wobec o swym «powstawaniu z kolan», to jednak z europejskimi partnerami nie rozmawiają bynajmniej na kolanach i nikt od nich tego nie oczekuje.

Wystarcza wspólne przekonanie o potrzebie jedności Europy i wiara w partnerstwo narodów, które ją tworzą, a nie wrogą rywalizację między nimi. A także zwykła umiejętność przyjaznej rozmowy, czyli tak zwane dobre wychowanie w dziedzinie dyplomacji” – pisze dla OKO.press Bogumił Luft – niezależny publicysta, w latach 1993-1999 ambasador RP w Rumunii, a w latach 2001-2003 korespondent „Rzeczpospolitej” w Bukareszcie. Autor książki „Rumun goni za happy endem” (Wydawnictwo Czarne, II wydanie 2015).


Deklaracja ministra spraw zagranicznych Rumunii Teodora Viorela Meleşcanu, że jego kraj przyjmie w ramach relokacji prawie dwa tysiące uchodźców, nie mogła nie zwrócić uwagi w Europie. Nie przypadkiem padła na kilka dni przed wizytą w Bukareszcie prezydenta Francji Emanuela Macrona.

Bukareszt sprzeciwiał się od początku i nadal nie akceptuje narzucania krajom Unii obowiązku przyjęcia określonej liczby uchodźców. Deklaruje jednak stanowczo wolę okazania konkretnej solidarności wobec krajów UE najbardziej dotkniętych problemem uchodźców. Deklaracja ta brzmi wiarygodnie, bo Rumunia już przyjęła ok. 700 osób, a jeśli przyjmie dalsze dwa tysiące to wprawdzie nie wypełni jeszcze nałożonego na nią zobowiązania (4180 osób), ale znajdzie się w czołówce krajów otwartych na decyzję o relokacji. Nikt bowiem nie zrealizował jej dotąd w pełni, jeśli nie liczyć maleńkiej Malty, która wyznaczoną sobie skromną kwotę 131 osób nieznacznie przekroczyła.

Deklaracja ministra padła tuż przez wizytą prezydenta Francji, jedną z pierwszych wizyt złożonych przez Macrona w stolicach europejskich. Korzystając z tej okazji,

Rumunia postanowiła wystąpić w Europie Środkowo-Wschodniej przed szereg

i jest to decyzja nieprzypadkowa, wynikająca z konsekwentnej polityki prowadzonej przez Bukareszt w stosunku do Unii Europejskiej i jej przyszłości.

Najważniejszym politycznym dokumentem podpisanym w Bukareszcie w obecności prezydentów obu krajów była deklaracja o ich współpracy w ramach UE na rzecz dynamizacji procesu pogłębienia unijnej integracji we wszystkich dziedzinach.

Prezydent Rumunii Klaus Iohannis posunął się do stwierdzenia, że jego kraj chciałby być jednym z „ponownych fundatorów” Unii Europejskiej.

Trudno o bardziej jasny wyraz woli politycznej Rumunów zajęcia miejsca w „twardym jądrze” Europy, a nie rozmywania europejskiego projektu. Wszystko to w perspektywie rumuńskiej prezydencji UE w 2019 roku.

Rumuni – zarówno społeczeństwo, jak rządzący krajem, często skłóceni politycy – cenią sobie bardzo członkostwo w Unii Europejskiej i są gotowi na kompromisy. Zwłaszcza jeśli dotyczą takiej kwestii jak na przykład problem uchodźców – bo społeczeństwo jest otwarte na różnorodność kulturową, której doświadcza z sukcesem u siebie w kraju, a

politycy nie widzą ani sensu, ani możliwości zbijania kapitału politycznego na rozbudzaniu niechęci wobec egzotycznych przybyszy.

Jednym z najbardziej cenionych rumuńskich urzędników wysokiego szczebla jest Raed Arafat – Palestyńczyk urodzony w Syrii – który został w Rumunii po studiach medycznych i zrobił niezwykłą karierę jako wiceminister zdrowia we wszystkich rumuńskich rządach od dwudziestu lat i twórca bardzo skutecznego systemu ratownictwa medycznego.

Liczba uchodźców przyjętych z relokacji przez poszczególne kraje członkowskie (stan z 24 lipca 2017)

Dobre wychowanie

Podczas wizyty prezydenta Macrona Rumuni podpisali też z Francuzami porozumienie o współpracy w przemyśle zbrojeniowym oraz konkretną umowę między Airbus Helicopters a fabryką IAR S.A. w Braszowie. Towarzyszyły temu rumuńskie zapowiedzi kolejnych projektów w dziedzinie rumuńsko-francuskiej współpracy kulturalnej, która ma długą tradycję.

W zamian Rumunia oczekuje od Francji – co zasugerował grzecznie prezydent Klaus Iohannis – wsparcia w jej staraniach o włączenie do strefy Schengen. Odpowiedź Macrona była bardzo przyjacielska, ale z pewną rezerwą – bo jego zdaniem strefa Schengen musi zostać przedtem poddana uzdrowieńczej reformie.

W najistotniejszej dla prezydenta Francji sprawie uregulowania statusu pracowników delegowanych Macron doczekał się z kolei przyjacielskiej odpowiedzi prezydenta Iohannisa, który zapowiedział otwarte negocjacje w tej kwestii, ale zaznaczył stanowczo, że muszą one brać pod uwagę interesy obu stron.

Wszystko to pokazuje, że

nawet jeśli Rumuni nie trąbią wszem i wobec o swym „powstawaniu z kolan”, to jednak z europejskimi partnerami nie rozmawiają bynajmniej na kolanach i nikt od nich tego nie oczekuje.

Wystarcza wspólne przekonanie o potrzebie jedności Europy i wiara w partnerstwo narodów, które ją tworzą, a nie wrogą rywalizację między nimi. A także zwykła umiejętność przyjaznej rozmowy, czyli tak zwane dobre wychowanie w dziedzinie dyplomacji.

Kraj informatyków

Rumuni nie rozmawiają dziś z nikim na kolanach. Daje im do tego prawo dynamizm rozwoju gospodarczego dzięki któremu – wbrew wciąż pokutującemu w Polsce stereotypowi – Rumunia nie jest już krajem biednym i zacofanym. Od paru lat wzrost rumuńskiego PKB jest najwyższy w Europie – w roku 2016 osiągnął 4,8 proc., a w pierwszym kwartale 2017 roku aż 5,6 proc., zostawiając w tyle nawet Polskę, która swym wzrostem PKB słusznie się szczyci.

W Bukareszcie i w dużych miastach ten dynamizm jest widoczny gołym okiem w postaci inwestycji rosnących jak grzyby po deszczu. Mniej rzuca się w oczy jeszcze ciekawszy fakt: Rumunia stała się uznaną w Europie potęgą w branży IT, a liczba informatyków w przeliczeniu na liczbę mieszkańców jest tam jedną z najwyższych w Europie.

Nawet polscy biznesmeni przełamali nieufność wobec Rumunii, dostrzegając wielkie możliwości tamtego rynku. Świadczy o tym choćby prawie tysiąc firm z polskim kapitałem w tym kraju.

Zwracają też uwagę podjęte w ostatnich latach wysiłki na rzecz walki z korupcją, bo rozpowszechnienie korupcyjnych obyczajów było przez lata głównym zarzutem Brukseli wobec Rumunii. Jednak od kilku lat bukareszteńska Krajowa Dyrekcja Antykorupcyjna kierowana przez młodą prokuratorkę Laurę Codrutę Kovesi ściga skutecznie sprawców afer korupcyjnych z przeszłości, w tym byłych ministrów i premierów. A to zaczyna owocować rosnącym brakiem gotowości do wchodzenia w korupcyjną grę na różnych szczeblach drabiny urzędniczej.

Strategiczny sojusz z USA

Rumunia stała się też – być może obok Polski – najważniejszym sojusznikiem USA w regionie. Na miesiąc przed przyjazdem do Warszawy, prezydent USA podjął 9 czerwca 2017 w Białym Domu prezydenta Rumunii Klausa Wernera Iohannisa. Donald Trump po raz pierwszy potwierdził z tej okazji zobowiązania Stanów Zjednoczonych z tytułu słynnego artykułu piątego NATO. Podczas konferencji prasowej w Ogrodzie Różanym Trump zauważył, że Rumunia podniosła wydatki na obronę do postulowanego przezeń poziomu 2 proc. PKB, i podkreślił wagę współpracy rumuńsko-amerykańskiej w dziedzinie bezpieczeństwa.

Baza w rumuńskiej wsi Deveselu – element amerykańskiej Tarczy Antyrakietowej – została oddana do użytku już ponad rok temu, a budowę analogicznej bazy w polskim Redzikowie dopiero rozpoczęto kilka dni później. Zresztą pierwsza baza amerykańska powstała w Rumunii kilkanaście lat temu, gdy Bukareszt oddał do dyspozycji Amerykanów lotnisko nad Morzem Czarnym, do wykorzystania podczas operacji w Iraku.

Kolejni prezydenci USA zauważają strategiczne walory geograficznego położenia rumuńskiego sojusznika: w sąsiedztwie niespokojnych Bałkanów i niespokojnego Bliskiego Wschodu, nie mówiąc o rejonie Morza Czarnego, który jest obiektem rosnącego zainteresowania Rosji.

Zagrożenia związane z sytuacją światową, a w tym zagrożenia mogące się wiązać z polityką prowadzoną przez rosyjskiego prezydenta (na które Rumuni są szczególnie wyczuleni) prowadzą Bukareszt do zdroworozsądkowego wniosku, że nie ma dla kraju innego wyjścia, jak możliwie najbardziej ścisły sojusz z Zachodem.

Wdzięczni Niemcom

Ale to nie wszystko. U podstaw powstania rumuńskiego państwa w połowie XIX wieku leżało przekonanie, że sama tożsamość Rumunów wiąże się z zachodnim, łacińskim charakterem ich języka i kultury. W świetle faktów było w tym nieco przesady, bo kultura rumuńska ukształtowała się przez wieki również pod wpływem sąsiedztwa ze Słowianami, Węgrami, Turkami. Ale wybór ojców-założycieli zjednoczonego państwa rumuńskiego był jasny: jesteśmy tu po to, by być oazą Zachodu na wschodzie Europy. Nawet straszna epoka rumuńskiego komunizmu nie była w stanie wyrugować tej idei ze świadomości rumuńskiej elity.

Wsparcie udzielone im wtedy przez Francję pozostaje w żywej pamięci historycznej narodu. Rola jaką odegrało w tworzeniu rumuńskiego państwa wsparcie Niemców – zarówno niemieckiej mniejszości w Siedmiogrodzie, która opowiedziała się po pierwszej wojnie światowej za Rumunią przeciwko Węgrom, jak niemieckiej dynastii królewskiej, która rządziła Rumunią do 1947 roku – pozostawiła po sobie wielką sympatię wobec tego narodu.

Jest rzeczą nieprawdopodobną, by Rumunia wzięła na poważnie udział w jakiejkolwiek grze w ramach Unii Europejskiej skierowanej przeciwko Francji i Niemcom.

Zwłaszcza, że nad takim kierunkiem rumuńskiej polityki zagranicznej czuwa dziś Klaus Werner Iohannis, wybrany na stanowisko prezydenta kraju w głosowaniu powszechnym polityk mniejszości niemieckiej w Siedmiogrodzie, który przynajmniej w tej sprawie nie jest krytykowany przez wyborców.

W ostatnim ćwierćwieczu Rumunia niezmiennie zabiegała o współpracę i sojusz z Polską. W Warszawie było to przez lata przyjmowane z rezerwą, bo ten kraj Polacy dość powszechnie lekceważyli. Dziś Rumunia jest przez wielu Polaków traktowana bardziej poważnie i jest to tam doceniane. Nie znaczy to jednak, że ulegnie pokusie ścisłego sojuszu z krajem, który prowadzi politykę zagraniczną rozbieżną z głęboką intuicją geopolityczną Rumunów.

 

Niezależny publicysta, były ambasador RP w Rumunii (lata 1993–1999) i w Mołdawii (lata 2010-2012). Autor książki „Rumun goni za happy endem” (Wydawnictwo Czarne).


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym