Jedni ratują zwierzęta na własny koszt, drudzy je zabijają i dostają pieniądze od państwa. Myśliwi zabili nieuciekające przed ludźmi dziki odratowane w ośrodku rehabilitacji dzikich zwierząt. Polski Związek Łowieck nie widzi w tym problemu, inspekcja weterynaryjna również
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyDzicze tropy prowadzące do wgnieceń w śniegu w kształcie ciał zwierząt oraz ślady krwi – dziki odratowane w ośrodku rehabilitacji dzikich zwierząt w podlaskich Wiejkach nie miały szansy długo żyć na wolności.
Ośrodek dużym wysiłkiem ratuje dzikie zwierzęta, które ucierpiały z rąk człowieka, a następnie wypuszcza je. Niemal tuż za bramą na odratowanych czworonożnych pensjonariuszy czyhają myśliwi. Wymagane w walce z afrykańskim pomorem świń (ASF) zasady bioasekuracji schodzą przy tym na dalszy plan.
Dwa dziki, samiec i samica, które podchodziły pod mój podlaski dom, przestały pojawiać się na przełomie stycznia i lutego. Wcześniej często spały pod świerkiem przy ścianie domu, czasem w krzakach za szopą, innym razem w zagajniku. Za każdym razem na „posłaniu” pieczołowicie przygotowanym z patyków, gałązek i igliwia.
Dziki rozpoznawały dźwięk mojego samochodu i wybiegały z krzaków, żeby się przywitać. Gdy szłam na spacer, wyłaziły z krzaków i pędziły do mnie, by wyhamować w ostatniej chwili. Nie oswajałam ich ani nie korumpowałam dokarmianiem. Oba dziki latem ubiegłego roku zostały wypuszczone na wolność z ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt, a że mieszkam niedaleko ośrodka, to siłą rzeczy traktowały mnie jak swoją sąsiadkę.
Zwierzęta wypuszczane z ośrodka do natury zwykle szybko uczyły się dzikiego życia i omijania człowieka. Bywało, że pojawiały się w pobliżu co kilka dni, a potem coraz rzadziej, aż zupełnie znikały. Z tymi dwoma było inaczej. Trudno powiedzieć dlaczego. Ale gdy pod koniec stycznia dziki nie dały znaku życia przez parę dni, pomyślałam, że może wreszcie odeszły od człowieka.
Jednak przyczyna okazała się inna. Niedaleko ośrodka rehabilitacji, jakieś 100 metrów od miejsca, gdzie kończy się teren należący do właściciela tej placówki, widać było ślady po dwóch leżących zwierzętach, krew na śniegu w lesie i na drodze, dzicze tropy oraz ślady kół samochodu pomiędzy drzewami. Ktoś dziki zastrzelił.
Kto mógł to zrobić? Tylko myśliwy – kłusownicy raczej nie jeżdżą samochodami z bronią w terenie przygranicznym, gdyż byłoby to dla nich zbyt ryzykowne. Zastrzelone dziki nie bały się pojazdów, nie uciekały, bo zdarzało się, że ludzie je z nich dokarmiali, wyrządzając im tym samym niedźwiedzią przysługę. Na swoje nieszczęście nie bały się też ludzi. Strzały musiały paść z bliska; ślady były zaledwie kilka metrów od drogi.
W Polsce panuje afrykański wirus świń (ASF) – choroba niegroźna dla ludzi, ale śmiertelna dla świń, czyli godząca w finanse ich hodowców. Dziki też chorują i mogą przenosić wirusa, w związku z czym myśliwi, którzy zabijają te zwierzęta, muszą przestrzegać restrykcyjnych zasad bioasekuracji oraz wpisywać dokładne miejsce zabitego przez siebie dzika do aplikacji ZIPOD, administrowanej przez inspekcję weterynaryjną.
Po znalezieniu krwawych śladów na śniegu, w miejscu odciśniętych butów oraz na drodze, poinformowałam 3 lutego Powiatowego Inspektora Weterynarii w Białymstoku o zdarzeniu. Trzy dni później dostałam odpowiedź następującej treści: „We wskazanym przez Panią miejscu przeprowadzona została kontrola wraz z dokumentacją fotograficzną, dodatkowo PLW [Powiatowy Lekarz Weterynarii] w Białymstoku przeprowadził szczegółową analizę odstrzału dzików we wskazanym przez Panią rejonie. W chwili obecnej prowadzone są czynności wyjaśniające zmierzające do ustalenia, czy doszło do zgodnego z prawem odstrzału zwierzęcia, czy raczej z jego skłusowaniem. W związku z przedstawionymi powyżej wątpliwościami oraz faktem posiadania przez Panią informacji dotyczącej odstrzału zwracam się z prośbą o informację: 1. Czy dysponuje Pani informacją, kiedy mogło dojść dokładnie do tego zdarzenia? 2. Czy może Pani potwierdzić, że doszło do odstrzału 2 dzików? 3. Może dysponuje Pani danymi myśliwego, bądź numerem rejestracyjnym środka transportu, którym przemieszczała się osoba, która dokonała odstrzału?”.
Z tej odpowiedzi wynika, że ktokolwiek zastrzelił dziki — nie wpisał się do aplikacji ZIPOD ani do książki polowań. W przeciwnym razie inspekcja nie zadawałaby mi tych pytań.
Tymczasem 19 lutego białostocki PIW poinformował, że „polowanie we wskazanym przez Panią miejscu było prowadzone zgodnie z planem łowieckim. Zgodnie z poprzednią wiadomością organem odpowiedzialnym za przestrzeganie przepisów Prawa łowieckiego jest Państwowa Straż Łowiecka. W przypadku zgłoszenia faktu nieprzestrzegania wymagań bioasekuracji ww. organ dysponuje narzędziami, aby ustalić, który myśliwy polował w danym miejscu, czy można przypuszczać, że doszło do skłusowania dzika oraz czy myśliwy dysponuje środkami dezynfekcyjnymi i czy korzystał z nich w trakcie polowania”.
PIW nie udzielił mi informacji, co konkretnie ustalił na miejscu zdarzenia i co wydarzyło się od 6 lutego, że uznał, że nie doszło do kłusownictwa, mimo że wcześniej nie miał informacji o wpisie do ZIPOD i do książki polowań. Nie wyjaśnił też, czemu abdykował w kwestii przestrzegania przepisów związanych z chorobami zakaźnymi zwierząt, choć jest organem, do którego ustawowych zadań należy walka z chorobami zakaźnymi zwierząt. Nie otrzymałam też wyjaśnienia, jak po upływie trzech tygodni od zastrzelenia dzików Państwowa Straż Łowiecka miałaby znaleźć ślady biologiczne w miejscu zdarzenia.
Pewne światło na sprawę rzucają reakcje Polskiego Związku Łowieckiego.
„Zarząd Okręgowy PZŁ w Białymstoku nie posiada informacji o wypuszczaniu dzików na terenie Koła Łowieckiego Podmuch w Białymstoku ani o łamaniu zasad bioasekuracji przez okoliczne koło łowieckie. Wszystkie dziki są pozyskiwane zgodnie z przepisami prawa oraz obowiązującymi na tym obszarze zasadami bioasekuracji” – odpowiedział na moje pytania o sprawę Karol Tymosiak, łowczy okręgowy z Zarządu Okręgowego PZŁ w Białymstoku w czasie, gdy inspekcja weterynaryjna wciąż badała sprawę. W łowieckim żargonie „pozyskać” oznacza „zastrzelić”.
„KŁ »Podmuch« Białystok mieści się w II strefie restrykcji. Upolowane tusze są transportowane do chłodni, patroszone w wyznaczonym miejscu i pobierane są próbki do badań pod kątem ASF. Odnosząc się do przesłanego zdjęcia [ślady krwi w miejscu polowania – dopisek autorki] – należy zaznaczyć, że działania myśliwych w tym terenie były zgodne z prawem, co potwierdza również stanowisko PIW" – napisała dr inż. Joanna Krużel, rzecznik prasowy PZŁ.
Problem w tym, że udzieliła tej odpowiedzi 12 lutego. Tymczasem PIW w Białymstoku 13 lutego podał, że „Powiatowy Lekarz Weterynarii w Białymstoku prowadzi czynności wyjaśniające, mające na celu ustalić, czy doszło do naruszenia przepisów prawa w odniesieniu do Pani zgłoszenia”. Skąd zatem rzeczniczka prasowa PZŁ wiedziała, że PIW potwierdzi zgodność działań myśliwych z prawem, skoro nie wiedział jeszcze wtedy tego sam PIW?
Pozostawianie krwi w miejscu zabijania i transportu dzików nie oburza ani inspekcji weterynaryjnej, ani myśliwych, choć w przypadku chorych dzików może roznieść ASF. Niestety, system działa tak, że zabijanie dzików premiowane jest finansowo. Za zabicie w ramach odstrzału sanitarnego dwóch dzików: samicy i samca, myśliwy otrzymuje od państwa 950 zł. Stawka za samicę wynosi 650 zł, a za samca – 300 zł. Z „zarobionych” w ten sposób pieniędzy myśliwi 20 proc. oddaje kołu łowieckiemu. Zatem pokusa strzelania do dzików, wypuszczanych po odratowaniu z ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt (sic!), jest bardzo duża. Zwierzęta te są mniej płochliwe niż ich kuzyni, którzy całe życie spędzili w lesie. Już dawno temu jeden z lokalnych myśliwych powiedział mi, że tylko frajer nie wykorzystałby takiej okazji...
– Ostatnim etapem rehabilitowania zwierząt w ośrodku takim, jak mój, jest ich zwrócenie do środowiska naturalnego, czyli tzw. odziczenie. Im więcej udanych odziczeń, tym większy sens ma działanie takich miejsc. W lecie 2024 roku podczas takiej procedury wobec stada dzików, liczącego około 30 osobników, miała miejsce seria zdarzeń z udziałem myśliwych, którzy postanowili ustawić się w narożnikach strefy buforowej, którą utworzyłem – ośrodek otoczony jest kilkunastoma hektarami pól, na których obowiązuje zakaz polowań – mówi Marek Michałowski, właściciel ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt.
– Celem ich działań było odstrzelenie możliwie dużej liczby zwierząt rozpoczynających drogę życiową wolności. Myśliwska etyka... – dodaje po chwili.
Sama też wielokrotnie słyszałam odgłosy strzałów w pobliżu ośrodka. Latem 2025 roku, krótko po wypuszczeniu kolejnej partii dzików do natury, polowania odbywały się też nocami. Któregoś razu, już po północy, usłyszałam strzał dobiegający niemalże spod moich okien. Wybiegłam z domu. Noc była bezchmurna i tuż po sierpniowej Pełni Jesiotrów, więc bardzo jasna. Poszłam w stronę lasu i chwilę później usłyszałam uciekający ze żwirowni tuż obok ośrodka rehabilitacji samochód z wyłączonymi światłami. A następnego dnia gromadka dzików biegających po okolicy była mniejsza o dwa osobniki.
Zapytałam PZŁ, ile dzików zostało zastrzelonych przez myśliwych od 1 stycznia 2022 w odległości poniżej 1 km od ośrodka. Marek Bućko, prezes koła łowieckiego „Podmuch” odpowiedział, że „w tym okresie obwodzie łowieckim 210 odbyło się 6156 polowań i ani jeden dzik nie został pozyskany w promieniu 1 km od ośrodka”. Tymczasem jest krew, są ślady dwóch leżących zwierząt o rozmiarach dzików i tropy dzicze prowadzące do tych miejsc oraz ślady kół samochodu obok. Jednak skoro nie ma ciał i nie ma świadków, to PZŁ nie widzi problemu.
„Polowania odbywały się zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawy Prawo łowieckie oraz regulaminem polowań” – komentuje Joanna Krużel.
Zasady etyczne myśliwych też nie stoją na przeszkodzie zabijaniu dzików czy saren dopiero wypuszczonych z ośrodków rehabilitacji dzikich zwierząt. Pojawia się pytanie, jaki jest sens ratowania, leczenia i rehabilitowania zwierząt, skoro po wypuszczeniu na wolność natychmiast trafiają po lufy myśliwych? Zapytałam o to Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska.
„Analizując zasygnalizowany problem odstrzału zwierząt pochodzących z ośrodków rehabilitacji tuż po ich przywróceniu do środowiska, należy przede wszystkim zauważyć, że w zezwoleniach na utworzenie i prowadzenie ośrodka rehabilitacji zwierząt, co do zasady, zawarty jest warunek, że zwierzęta »będą wprowadzane ponownie do środowiska przyrodniczego w miejscu odpowiadającym potrzebom biologicznym danego gatunku, możliwie najbliżej miejsca ich schwytania«. Dobór miejsc dogodnych do wypuszczenia zwierząt powinien uwzględniać różne czynniki, w tym właśnie poruszony aspekt pozyskiwania łowieckiego. Należy zatem oczekiwać, że zwierzęta będą przywracane do środowiska w różnych lokalizacjach. Z tego też względu wprowadzenie wyłączenia z obwodów łowieckich miejsc, gdzie są zlokalizowane ośrodki rehabilitacji zwierząt, nie byłoby celowe” – mówi Joanna Niedźwiecka, rzecznika prasowa GDOŚ.
Problem jednak w tym, że na dziki poluje się praktycznie wszędzie i przez cały rok, bez okresów ochronnych, a myśliwi są motywowani finansowo do zabijania tych zwierząt. Czy w ogóle jest możliwe znalezienie miejsc, gdzie po wypuszczeniu do natury zwierzęta te będą bezpieczne przynajmniej do czasu, aż nauczą się dobrze radzić sobie na wolności?
Niedźwiecka przypomina, że proces leczenia i rehabilitacji powinien być prowadzony w taki sposób, aby nie zmienić zachowań dzików, ale zdaje sobie sprawę z tego, że taki osobnik tuż po wypuszczeniu będzie czuł się zdezorientowany i będzie miał mniejszą szansę przeżycia na terenie koła łowieckiego.
– Niemniej jednak w przypadku gatunków łownych należy pamiętać, że zwierzęta te podlegają gospodarce łowieckiej i zgodnie z prawem mogą być pozyskiwane. Dotyczy to również zwierząt, które przebywały w ośrodkach rehabilitacji zwierząt. Działania takie, choć wątpliwe moralnie, wydają się być zgodne z prawem – podsumowuje rzeczniczka prasowa GDOŚ.
Ekologia
ASF
bioasekuracja
dziki
GDOŚ
granica
Łowiectwo
myśliwi
PIW
Podlasie
prawa zwierząt
przyroda
PZŁ
weterynarz
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.
Komentarze