Urzędujący kongresmen może zostać pokonany przez trzydziestolatkę prowadzącą kampanię od drzwi do drzwi. Milioner z politycznym nazwiskiem i koneksjami może przegrać z nauczycielem, prawnikiem-aktywistą albo radnym. Amerykańskie prawybory regularnie zaskakują. Oto jak to działa
W jednej z najciekawszych serii pojedynków tegorocznych amerykańskich prawyborów troje kandydatów wspieranych przez Zohrana Mamdaniego wygrało wszystkie swoje wyścigi. W Brooklynie deputowana do parlamentu stanowego Claire Valdez wyraźnie pokonała burmistrza tej dzielnicy Antonio Reynoso.
Na Manhattanie były kontroler finansowy Nowego Jorku Brad Lander nie dał szans urzędującemu kongresmenowi Danowi Goldmanowi, spadkobiercy fortuny Levi Straussa i jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci nowojorskiego establishmentu.
Największą sensację przyniósł jednak Harlem. Darializa Avila Chevalier (na zdjęciu powyżej z Zohranem Mamdanim), doktorantka i prawniczka z biura obrońcy publicznego, wygrała z Adriano Espaillatem, kongresmenem z niemal dziesięcioletnim stażem w Izbie Reprezentantów.
Każde z tych zwycięstw można opowiedzieć jako historię o lewicy, sporze wokół Izraela albo rosnącej pozycji Mamdaniego. Wszystkie te interpretacje są częściowo prawdziwe. A jednak najciekawsze w tym, co się wydarzyło, jest coś innego.
Otóż we wszystkich trzech wspomnianych okręgach ludzie niemający za sobą partyjnej machiny rzucili wyzwanie politykom od lat należącym do elity Partii Demokratycznej. Dwóch urzędujących kongresmenów straciło możliwość ubiegania się ponownie o mandat jeszcze przed wyborami powszechnymi. Nie dlatego, że zdecydował o tym przewodniczący partii, zarząd czy krajowa rada, tylko wyborcy centrolewicy, którzy przyszli na prawybory.
Żeby zrozumieć, dlaczego w Ameryce możliwe są takie polityczne przewroty, trzeba najpierw zapomnieć wszystko, co w Europie wiemy o partiach.
Polak słyszy słowo „partia” i od razu widzi aparat, listy wyborcze i szefa struktur albo sekretarza generalnego, którzy decydują, kto się znajdzie na liście. Kandydat najczęściej zaczyna od przekonania własnej partii. Dopiero później próbuje przekonać wyborców.
Układanie miejsc – od upragnionej „jedynki” po gwarantujące lojalność miejsca w środku stawki, aż po niedający szans na mandat ogon, gdzieś w trzeciej dziesiątce – to narzędzie absolutnej tresury parlamentarzystów. Polski poseł wie, że zbuntowanie się przeciwko linii partii oznacza polityczną śmierć przez wycięcie z listy w kolejnych wyborach. Jego prawdziwym suwerenem nie jest wyborca, lecz ten, kto trzyma w ręku długopis podczas rejestracji list w PKW.
W Stanach Zjednoczonych kolejność jest odwrotna. Partie Demokratyczna i Republikańska przypominają raczej ogromne polityczne koalicje niż zwarte organizacje. Mieszczą ludzi o poglądach, które w Europie często należałyby do kilku różnych ugrupowań. Nie mają członkostwa w takim znaczeniu, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, a krajowe kierownictwo dysponuje znacznie mniejszą kontrolą nad tym, kto będzie reprezentował partię w wyborach.
O tym właśnie rozstrzygają prawybory.
Kilka miesięcy przed właściwymi wyborami mieszkańcy danego okręgu do Izby Reprezentantów czy całego stanu sami wybierają kandydata swojej partii. To wtedy rozgrywa się najważniejsza bitwa. Urzędujący kongresmen może zostać pokonany przez trzydziestolatkę prowadzącą kampanię od drzwi do drzwi. Milioner z mocno politycznym nazwiskiem i koneksjami może przegrać z nauczycielem, prawnikiem-aktywistą albo radnym. Poparcie partyjnych liderów pomaga, pieniądze pomagają jeszcze bardziej, ale żadne z nich nie dają gwarancji zwycięstwa. Ostateczny werdykt należy do wyborców. Trzeba tu podkreślić, że amerykańskie stronnictwa są masowe.
Obywatel deklaruje afiliację, czy jest demokratą, republikaninem, czy niezależnym.
Dla nas brzmi to niemal egzotycznie. W amerykańskiej polityce partia jest szyldem, pod którym ścierają się różne wizje, ambicje i pokolenia. Jej kierownictwo potrafi wskazać swojego faworyta. Nie potrafi jednak zamknąć rywalizacji, zanim rozpocznie się głosowanie.
Ta fundamentalna różnica rodzi zupełnie inną mentalność polityków. Polski parlamentarzysta spędza czas na korytarzach sejmowych, dbając o relacje z władzami klubu i budowanie wewnętrznych frakcji.
Amerykański kongresmen, nawet ten z pierwszych stron gazet, żyje w permanentnym strachu przed własnym okręgiem.
Wie, że jeśli przestanie latać do domu na każdy weekend, jeśli zapomni o problemach lokalnej fabryki czy lokalnego uniwersytetu, w następnych prawyborach pojawi się trzydziestolatek z plecakiem pełnym ulotek, który bezlitośnie wypomni mu „odklejenie od bazy”.
Tymczasem amerykańskie prawybory nie tworzą jednego, ogólnokrajowego modelu. Każdy stan ustala własne reguły gry. W jednych głosować mogą wyłącznie zarejestrowani wyborcy danej partii, w innych wystarczy zadeklarować swoją przynależność w dniu głosowania. Są stany, które dopuszczają do udziału także wyborców niezależnych, i takie, które pilnują granic między partiami znacznie bardziej rygorystycznie.
Różnią się nawet instytucje odpowiedzialne za ich organizację. Choć prawybory służą wyłonieniu kandydatów partyjnych, w zdecydowanej większości stanów przeprowadza je administracja publiczna, dokładnie ta sama, która kilka miesięcy później organizuje wybory powszechne. Głosy liczą ci sami urzędnicy, obowiązują te same procedury, istnieje możliwość ponownego przeliczenia kart i dochodzenia swoich racji przed sądem. Kandydat może kwestionować wynik, jeśli uważa, że doszło do naruszeń, ale musi przedstawić dowody. Samo rozczarowanie rezultatem nie wystarcza.
Najciekawsze są jednak nie przepisy, lecz polityczny obyczaj. Prawybory bywają bezwzględne. Kandydaci potrafią wydawać miliony dolarów na kampanie wymierzone we własnych partyjnych konkurentów, a telewizyjne spoty są często brutalniejsze niż późniejsza rywalizacja z drugą partią. Kiedy jednak wyborcy wydadzą werdykt, przegrany zwykle uznaje porażkę i publicznie popiera zwycięzcę. Nie wynika to z żadnego przepisu. To element niepisanej umowy między partią a jej wyborcami: skoro oddaliśmy decyzję ludziom, trzeba przyjąć także ich wybór.
Oczywiście zdarzają się wyjątki. Niektórzy odmawiają poparcia rywala, inni wycofują się z życia publicznego, jeszcze inni próbują szczęścia jako kandydaci niezależni. Takie przypadki należą jednak do rzadkości. W amerykańskiej polityce przegrana w prawyborach oznacza przede wszystkim jedno: tym razem wyborcy postawili na kogoś innego.
Historia amerykańskich prawyborów pełna jest momentów zmieniających historię. W 2014 r. mało znany profesor ekonomii Dave Brat rzucił wyzwanie Ericowi Cantorowi, drugiemu najpotężniejszemu republikaninowi w Izbie Reprezentantów.
Cantor był liderem większości, człowiekiem wymienianym jako przyszły spiker Izby, dysponował wielokrotnie większym budżetem kampanii i poparciem całego partyjnego aparatu. W noc wyborczą przegrał z kandydatem, którego jeszcze kilka miesięcy wcześniej niemal nikt w Waszyngtonie nie potrafił rozpoznać na zdjęciu. Komentatorzy mówili o największym wstrząsie w historii republikańskich prawyborów do Kongresu.
Kilka lat później podobny scenariusz napisał Nowy Jork. Joe Crowley uchodził za człowieka, który pewnego dnia może zostać przewodniczącym Izby Reprezentantów.
Miał doświadczenie, nazwisko, pieniądze i poparcie całego establishmentu Demokratów. Naprzeciw niego stanęła dwudziestoośmioletnia barmanka z Bronksu, Alexandria Ocasio-Cortez. Prowadziła kampanię od drzwi do drzwi, rozmawiała z mieszkańcami na stacjach metra i ulicach Queensu. Gdy ogłoszono wyniki, cała amerykańska polityka musiała nauczyć się jej nazwiska.
Jeszcze większą stawkę mają prawybory prezydenckie. W 2008 r. Hillary Clinton wydawała się kandydatką nie do pokonania. Była byłą pierwszą damą, senatorką z Nowego Jorku, dysponowała siecią sponsorów, poparciem większości partyjnych elit i nazwiskiem należącym do najpotężniejszych marek amerykańskiej polityki.
Barack Obama miał za sobą zaledwie kilka lat pracy w Senacie i sztab pełen ludzi, którzy bardziej wierzyli w możliwość cudu niż w polityczną matematykę. Ten cud wydarzył się w Iowa. Zwycięstwo w pierwszych prawyborach zmieniło atmosferę całej kampanii. Nagle okazało się, że kandydat uznawany za zbyt młodego, zbyt mało znanego i zbyt ryzykownego może wygrać z polityczną dynastią.
Osiem lat później niemal identyczny szok przeżyli Republikanie. Donald Trump, celebryta bez doświadczenia w sprawowaniu urzędów, kolejno eliminował byłych gubernatorów, senatorów i ministrów. Jeb Bush miał nazwisko, które nosili dwaj prezydenci, jego ojciec i brat. Obecny szef dyplomacji, a wówczas florydzki senator Marco Rubio był ulubieńcem partyjnych darczyńców. Ted Cruz uchodził za intelektualnego lidera konserwatywnego skrzydła partii. Tymczasem Trump pokonał wszystkich. Kierownictwo Partii Republikańskiej próbowało go zatrzymać niemal do końca kampanii. Bezskutecznie.
Prawybory potrafią nawet złamać urzędującego prezydenta. W 1968 r. Lyndon B. Johnson, człowiek odpowiedzialny za ustawę o prawach obywatelskich i program Wielkiego Społeczeństwa, stanął do rywalizacji z mało znanym senatorem Eugenem McCarthym, który kandydował na antywojennej platformie (USA były wtedy zaangażowane w Wietnam). Wynik pierwszego głosowania w New Hampshire okazał się dla Białego Domu zimnym prysznicem.
Johnson formalnie wygrał, ale przewaga była tak niewielka, że kilka tygodni później ogłosił, iż nie będzie ubiegał się o kolejną kadencję. Nigdy wcześniej amerykański prezydent nie wycofał się z wyścigu pod wpływem tak wyraźnego sygnału wysłanego przez wyborców własnej partii.
Dwanaście lat później Jimmy Carter obronił nominację przed Tedem Kennedym, lecz zapłacił za to wysoką cenę.
Prawybory przeciągnęły się do samego końca, partia wyszła z nich głęboko podzielona, a słynna chwila, gdy Kennedy podczas konwencji nie chciał unieść ręki Cartera w geście wspólnego zwycięstwa, stała się symbolem rozbicia Demokratów. Kilka miesięcy później Ronald Reagan wygrał wybory prezydenckie z dużą przewagą.
Bywają też historie odwrotne. W 2020 r. Joe Biden wyglądał na polityka kończącego karierę. W Iowa zajął czwarte miejsce, w New Hampshire piąte. Kolejne media publikowały polityczne nekrologi jego kampanii. Wszystko odmieniła Karolina Południowa. Poparcie afroamerykańskich wyborców i wpływowego kongresmena Jima Clyburna z Południowej Karoliny uruchomiły lawinę.
W ciągu kilku dni Biden wygrał Superwtorek i z kandydata, którego skreślano z wyścigu, stał się niemal pewnym nominatem Demokratów.
To właśnie tutaj ujawnia się największa zaleta amerykańskich prawyborów. Nie polega ona na tym, że zawsze wygrywa najlepszy kandydat. Historia aż nadto pokazuje, że wyborcy potrafią się mylić, ulegać emocjom, modom i populistom. Donald Trump jest tego najlepszym dowodem. Rzecz jest w czymś innym.
Prawybory przypominają politykom, skąd naprawdę bierze się ich mandat.
Model europejski wychodzi z założenia, że partia najpierw powinna wyłonić swoich najlepszych ludzi, a dopiero potem przedstawić ich wyborcom. Model amerykański zakłada znacznie mniej zaufania do własnych elit. Kandydat może liczyć na poparcie kierownictwa, pieniądze i polityczne nazwisko, ale żadna z tych rzeczy nie daje mu prawa własności do mandatu.
Z tej perspektywy prawybory są czymś więcej niż kolejnym etapem kampanii. Stanowią bezpiecznik, który co jakiś czas pozwala wyborcom przypomnieć partyjnym elitom, że partia do nich nie należy. Amerykańskie prawybory nie chronią demokracji przed błędami, ale przed czymś innym: przed przekonaniem, że kierownictwo partii wie lepiej od własnych wyborców.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze