0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Alex BrandonAP Photo/Alex Brando...

Na trawniku Białego Domu stanęła klatka MMA, nad Waszyngtonem przeleciały wojskowe myśliwce, a wśród gości miliarderzy, celebryci, sportowcy i zagraniczni przywódcy. Trudno o bardziej charakterystyczny obraz Ameryki Donalda Trumpa. Tym bardziej że wszystko wydarzyło się w roku, w którym własne, znacznie ważniejsze urodziny obchodzi sama amerykańska republika.

W swoje osiemdziesiąte urodziny Trump pozostaje jednocześnie najbardziej wpływowym politykiem Partii Republikańskiej, jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi na świecie i postacią budzącą emocje porównywalne z niewieloma prezydentami w historii kraju.

Z Owalnego Gabinetu na ring

A obchody tego jubileuszu nie miały w Ameryce precedensu. Wieczór rozpoczął się od tego, że nad Waszyngtonem przeleciało dwanaście wojskowych myśliwców, a chwilę później zawodnicy UFC (Ultimate Fighting Championship) zaczęli wychodzić do oktagonu nie z tunelu hali sportowej, lecz bezpośrednio z rezydencji prezydenta. Ich droga prowadziła przez Gabinet Owalny i kolumnadę Białego Domu. Całość bardziej przypominała ceremonię otwarcia igrzysk lub widowisko przygotowane na potrzeby kina niż tradycyjną galę sportową.

Wcześniej na trawniku stanął gigantyczny stalowy szkielet zwany „The Claw” – „Pazurem”.

Futurystyczna konstrukcja przypominająca scenografię filmu science fiction została wyposażona w telebimy, reflektory, system nagłośnienia i efektów specjalnych. W jej centrum ustawiono pełnowymiarowy oktagon UFC, czyli klatkę przeznaczoną do walk zawodników MMA uprawiających tzw. mieszane sztuki walki.

Trudno o bardziej wymowny symbol epoki Trumpa. Przez większość historii Biały Dom był miejscem państwowych bankietów, konferencji dyplomatycznych, ceremonii wręczania medali i uroczystości o charakterze obywatelskim. Tym razem na kilka dni zamienił się w scenę widowiska sportowo-medialnego, które równie dobrze mogłoby odbywać się w Las Vegas. Granica między polityką, rozrywką, kulturą celebrycką i sportem została ostatecznie zatarta.

Trump obserwował galę z pierwszego rzędu w towarzystwie swojego wieloletniego przyjaciela i szefa UFC Dany White'a, człowieka, który od lat należy do najbliższego kręgu jego politycznych i towarzyskich sojuszników.

UFC Freedom 250 Trump
Donald Trump siedzi w pierwszym rzędzie widowni na trawniku Białego Domu, obok Melania Trump, 15.06.2026 r. Washington. Foto Evan Vucci /Pool via AP

Na trybunach zasiadło około czterech tysięcy zaproszonych gości: członkowie rodziny prezydenta z Melanią Trump na czele, wysocy rangą wojskowi, politycy, celebryci oraz przedstawiciele świata biznesu i nowych technologii. Wśród nich znalazł się między innymi prezes Mety Mark Zuckerberg, właściciel New York Knicks Jim Dolan oraz komentator Joe Rogan, u którego Trump wystąpił tuż przed wyborami i wedle punditów przypieczętował tym swoje zwycięstwo.

Przeczytaj także:

Znalazło się także miejsce dla prezydenta Karola Nawrockiego. Spotkanie obu polityków trwało mniej niż chwilę, ale trudno było o bardziej trumpowski kontekst dla rozmów dyplomatycznych. Niewielu przywódców państw może bowiem pochwalić się fotografią ze spotkania w Białym Domu, którego tłem były jednocześnie myśliwce, klatka MMA i tłum kibiców skandujących nazwiska zawodników.

Sam program również miał gwiazdorską obsadę. Walką wieczoru był pojedynek mistrza wagi lekkiej Ilii Topurii z Justinem Gaethjem.

UFC Freedom 250 Trump
Diego Lopes, z prawej, walczy w wadze piórkowej z Steve’em Garcia podczas imprezy UFC Freedom 250 na trawniku Białego Domu. 14.06.2026 AP Photo/Alex Brandon

Sałata, boczek i sos ranch

Równie starannie dobrano menu.

Goście rozpoczęli kolację od sałaty hojnie posypanej boczkiem i polanej sosem ranch oraz serem pleśniowym, po czym podano pieczonego indyka z farszem, purée ziemniaczanym i gęstym sosem. Na deser pojawił się urodzinowy tort szyfonowy z lodami waniliowymi i bitą śmietaną.

Trudno było o bardziej amerykański zestaw. W kraju, w którym minister zdrowia Robert F. Kennedy Jr. od miesięcy nawołuje do narodowej rewolucji żywieniowej, osiemdziesiąte urodziny prezydenta przypominały raczej Święto Dziękczynienia niż pokaz nowoczesnej dietetyki. Nie był to jednak wybór zaskakujący. Trump od lat pozostaje wierny kulinarnym upodobaniom, które uczyniły go być może najbardziej rozpoznawalnym miłośnikiem fast foodu w historii światowej polityki.

Trump jest dopiero drugim prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, który ukończył 80 lat podczas sprawowania urzędu. Pierwszym był Joe Biden. Różnica między tymi dwoma jubileuszami mówi jednak sporo o obu politykach i o Ameryce, którą reprezentują.

Atak na Michelle Obama

W sieci znacznie większe emocje niż same walki wywołało jednak to, co wydarzyło się po jednej z nich. Josh Hokit, były futbolista akademicki i zawodnik MMA, po zwycięstwie chwycił za mikrofon i zwrócił się do publiczności słowami powielającymi jedną z najbardziej uporczywych teorii spiskowych amerykańskiej prawicy: twierdzenie, że Michelle Obama jest mężczyzną.

Wypowiedź natychmiast obiegła media społecznościowe i serwisy informacyjne, wywołując falę krytyki. Barack Obama zareagował publicznie, określając komentarz jako obrzydliwy i poniżający, a część komentatorów zwracała uwagę, że nie był to jedynie kolejny internetowy eksces.

Teoria dotycząca Michelle Obamy od lat zajmuje szczególne miejsce w amerykańskiej kulturze spiskowej. Nie jest zwykłą plotką o polityku ani próbą podważania jego poglądów. Wielu badaczy rasizmu i historii afroamerykańskich stereotypów wskazuje, że wpisuje się ona w znacznie starszą tradycję przedstawiania czarnoskórych kobiet jako mniej kobiecych, bardziej agresywnych, fizycznych i „niepasujących” do dominujących wyobrażeń o kobiecości.

W tym sensie nie chodzi wyłącznie o dezinformację, a o odebranie godności jednej z najbardziej rozpoznawalnych afroamerykańskich kobiet w historii współczesnych Stanów Zjednoczonych.

Oczywiście podobne insynuacje krążyły na marginesach amerykańskiego internetu już w czasie prezydentury Baracka Obamy, ale przez wiele lat pozostawały domeną niszowych forów, anonimowych kont i teorii spiskowych. W ostatnich latach coraz częściej przedostawały się jednak do głównego nurtu politycznej debaty, co samo w sobie mówi sporo o stanie amerykańskiej kultury publicznej.

Jeszcze kilkanaście lat temu polityk, sportowiec czy celebryta ryzykowałby społeczną izolację po publicznym wygłoszeniu podobnych słów. Dziś podobne wypowiedzi pojawiają się podczas wydarzeń transmitowanych na żywo i natychmiast stają się częścią ogólnonarodowej dyskusji.

W rezultacie uwaga mediów szybko przesunęła się z samej gali na pytanie, gdzie przebiega granica między polityczną prowokacją, kulturą internetowych teorii spiskowych a zwykłym uprzedzeniem. Dla jednych był to kolejny przykład brutalizacji języka amerykańskiej polityki. Dla innych dowód, że dawne rasowe i kulturowe resentymenty nie zniknęły, lecz przybrały nową formę, dostosowaną do epoki mediów społecznościowych.

Kontrowersje nie ograniczały się zresztą do samego przebiegu gali. Część mediów, w tym magazyn „The New Republic”, opisywała doniesienia, według których administracja miała zachęcać żołnierzy oraz członków ich rodzin do udziału w wydarzeniu poprzez oferowanie im dodatkowych przywilejów, preferencyjnych wejściówek i atrakcyjnych miejsc na widowni.

Krytycy twierdzili, że celem było stworzenie efektu masowego poparcia i patriotycznej mobilizacji wokół prezydenta. Biały Dom stanowczo odrzucał te oskarżenia, zapewniając, że udział wojskowych miał charakter całkowicie dobrowolny. Równolegle pojawiła się druga linia krytyki. Komentatorzy zwracali uwagę, że widowisko odbywało się w momencie, gdy Amerykanie wciąż odczuwali skutki niedawnego konfliktu z Iranem oraz męczącej Amerykanów inflacji. I miało odciągnąć od tego uwagę.

Alex Pereira flexes during the ceremonial UFC Freedom 250 weigh-ins on the Ellipse, Saturday, June 13, 2026, in Washington, ahead of Sunday's fight on the South Lawn of the White House. (AP Photo/Julia Demaree Nikhinson)
Alex Pereira podczas ważenia przed walkami, Biały Dom, Waszyngton, 13.06.2026 r. AP Photo/Julia Demaree Nikhinson

Granice wykorzystywania urzędu prezydenta

Znacznie poważniejsze od sporów o smak uroczystości okazały się jednak pytania dotyczące granic wykorzystywania urzędu prezydenta. Krytycy Trumpa argumentowali, że wydarzenie stanowiło przykład zacierania granicy między funkcją publiczną a prywatnymi relacjami biznesowymi.

Sama gala została wprawdzie sfinansowana przez UFC, a nie przez podatników, ale właśnie ten fakt wzbudził dodatkowe kontrowersje. Według organizatorów koszt przedsięwzięcia sięgnął około 60 milionów dolarów.

Jeszcze przed imprezą organizacja Public Integrity Project złożyła pozew w imieniu mieszkańców Wirginii, próbując doprowadzić do zablokowania imprezy.

W pozwie podnoszono kilka argumentów. Najważniejszy dotyczył potencjalnego konfliktu interesów. Krytycy wskazywali, że Trump posiada udziały w spółce powiązanej z UFC, a jednocześnie wykorzystuje prestiż i przestrzeń Białego Domu do organizacji wydarzenia mogącego przynosić korzyści biznesowe podmiotowi utrzymującemu bliskie relacje z jego otoczeniem.

Autorzy pozwu zwracali również uwagę na kwestie proceduralne, twierdząc, że nie przeprowadzono wystarczających analiz dotyczących wpływu przedsięwzięcia na otoczenie i bezpieczeństwo. Sąd federalny odrzucił jednak wniosek o wstrzymanie wydarzenia tuż przed weekendem, uznając, że nie istnieją podstawy do natychmiastowej interwencji.

Niezależnie od rozstrzygnięcia prawnego pozostał problem polityczny.

Dla zwolenników Trumpa gala była przykładem sprawnego partnerstwa między sektorem publicznym i prywatnym. W ich ocenie prezydent po prostu wykorzystał swoją pozycję do stworzenia wydarzenia, które przyciągnęło uwagę milionów ludzi i pokazało Amerykę jako kraj pewny siebie, dynamiczny i wolny od biurokratycznej powagi.

Przeciwnicy widzieli tę samą sytuację zupełnie inaczej. Ich zdaniem nie chodziło już o klasyczny konflikt interesów rozumiany w kategoriach prawnych, lecz o stopniową zmianę samego charakteru prezydentury. Biały Dom przestawał być miejscem reprezentującym wszystkich obywateli, a coraz bardziej przypominał scenę, na której urzędujący prezydent promuje własnych sojuszników, własne upodobania i własny styl polityczny.

Połowa Amerykanów jest przeciw

Nastroje społeczne okazały się w tej sprawie dość jednoznaczne. Według sondażu Reuters/Ipsos niemal połowa Amerykanów uznała organizację gali za niestosowną, podczas gdy poparcie dla przedsięwzięcia zadeklarowało jedynie 16 proc. respondentów.

Co ciekawe, nawet część wyborców niezwiązanych z Partią Demokratyczną przyznawała, że choć wydarzenie było efektowne, trudno było im zaakceptować wykorzystanie otoczenia Białego Domu do organizacji przedsięwzięcia przypominającego komercyjne widowisko sportowe.

Spór o galę UFC okazał się więc kolejnym przykładem głębszego podziału dotyczącego samej natury prezydentury. Dla jednych Trump nieustannie odświeża urząd i dostosowuje go do epoki mediów społecznościowych oraz kultury widowiska. Dla drugich zaciera granice między państwem, biznesem i osobistą marką polityczną w stopniu, który jeszcze niedawno wydawałby się trudny do wyobrażenia.

Kiedy Biden kończył osiemdziesiąt lat w listopadzie 2022 roku, Biały Dom zrobił wszystko, by nie zamieniać tej rocznicy w wydarzenie polityczne. Urodziny miały charakter niemal rodzinny. Prezydent spędził je z najbliższymi podczas brunchu przygotowanego przez jego żonę Jill Biden. Dzień wcześniej odbył się ślub jego wnuczki Naomi na Południowym Trawniku Białego Domu, więc atmosfera bardziej przypominała rodzinne święto niż państwową uroczystość. Pierwsza dama opublikowała zdjęcie prezydenta zdmuchującego świeczkę na ulubionym kokosowym torcie. Jedynym oficjalnym akcentem dnia była rozmowa telefoniczna z amerykańską reprezentacją piłkarską rozpoczynającą mundial w Katarze.

Skromność tych obchodów nie była przypadkowa. Biden właśnie stał się pierwszym osiemdziesięcioletnim urzędującym prezydentem w historii kraju, a jego wiek był już wtedy przedmiotem nieustannych debat medialnych. Doradcy Białego Domu doskonale rozumieli, że każda większa celebracja mogłaby tylko podsycić dyskusję o sprawności i planach wyborczych prezydenta. W rezultacie amerykańskie media odnotowały rocznicę raczej jako polityczny problem niż powód do świętowania. Wiek był czymś, co należało dyskretnie omijać, a nie eksponować. Pisali o tym między innymi dziennikarze CNN.

250 lat od kryzysu do kryzysu

Tymczasem znacznie ważniejsza od osiemdziesiątych urodzin Donalda Trumpa jest rocznica, która też przypada w tym samym roku. To same Stany Zjednoczone, które kończą 250 lat. Niewiele współczesnych państw może pochwalić się równie długim życiem pod rządami tej samej konstytucji i w ramach nieprzerwanego porządku republikańskiego. Jeszcze mniej przeszło przez tyle kryzysów nie tracąc ciągłości instytucjonalnej.

Kiedy 4 lipca 1776 roku przedstawiciele trzynastu kolonii podpisywali Deklarację Niepodległości, niewielu mogło przypuszczać, że tworzą organizm polityczny, który przetrwa ćwierć tysiąclecia. Powstające państwo liczyło niespełna trzy miliony mieszkańców, skupionych głównie wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Leżało na peryferiach świata. Nie posiadało wielkiej armii, rozbudowanej administracji ani przemysłu. Było za to politycznym eksperymentem, bo źródłem jego podmiotowości miała być spisana umowa społeczna, zwana konstytucją (obowiązującą do dziś!), a nie tradycja, Bóg i historia. Wielu Europejczyków zakładało, że wcześniej czy później rozpadnie się na kilka odrębnych republik albo wróci pod kontrolę któregoś z mocarstw.

Tymczasem przez kolejne dwa i pół wieku Stany Zjednoczone przeżyły niemal wszystkie możliwe wstrząsy. Przetrwały narodziny nowoczesnej demokracji masowej, ekspansję na kontynencie, wojnę z Meksykiem, kryzysy gospodarcze, wielką falę migracji i gwałtowne konflikty społeczne.

Przeszły przez największą traumę swojej historii, czyli wojnę secesyjną, w której zginęło więcej Amerykanów niż we wszystkich wcześniejszych wojnach kraju razem wziętych. To właśnie wtedy republika stanęła najbliżej rozpadu.

Później przyszły kolejne próby. Gwałtowna industrializacja epoki pozłacanej, konflikty klasowe, zamachy anarchistów, Wielki Kryzys, dwie wojny światowe, segregacja rasowa, zimna wojna, zabójstwa polityczne lat sześćdziesiątych, Watergate, zamachy z 11 września, wojny na Bliskim Wschodzie, kryzys finansowy 2008 roku, pandemia oraz najgłębsza od pokoleń polaryzacja polityczna.

Każde z tych wydarzeń wywoływało prognozy o nieuchronnym upadku amerykańskiego eksperymentu. Za każdym razem państwo wychodziło z kryzysu odmienione, często osłabione, ale nadal istniejące.

Nieprzypadkowo poprzednie wielkie rocznice amerykańskiej niepodległości pozostawiły po sobie trwałe ślady. Stulecie przyniosło wielką wystawę światową w Filadelfii.

Dwustulecie w 1976 r. zaowocowało otwarciem nowych muzeów, parków narodowych, zainicjowaniem projektów edukacyjnych i inwestycji, które służą do dziś.

Dwa jubileusze?

W założeniu podobnie miało być również teraz. Ćwierćtysięczna rocznica powstania Stanów Zjednoczonych powinna być momentem narodowej zgody. Takie jubileusze służą zwykle przypomnieniu wspólnej historii, podkreśleniu ciągłości państwa i stworzeniu symboli, które przetrwają kolejne pokolenia. W praktyce Ameryka roku 2026 nie potrafi już nawet uzgodnić, kto ma prawo organizować własne urodziny.

Kilka lat temu Kongres powołał ponadpartyjną komisję America 250, której zadaniem było przygotowanie obchodów. Ambicje były duże. Mówiono o inwestycjach infrastrukturalnych, ochronie zabytków, projektach edukacyjnych i przedsięwzięciach, które pozostawiłyby po sobie trwały ślad, podobnie jak wiele inicjatyw związanych ze wspomnianym dwustuleciem republiki w 1976 r.

Problem polegał na tym, że komisja przez lata zajmowała się głównie samą sobą. Odbywały się spotkania, powstawały strategie, wydawano publiczne pieniądze, ale brakowało wydarzeń, które mogłyby rozpalić wyobraźnię opinii publicznej. W pewnym sensie była to historia dobrze znana każdemu obserwatorowi współczesnej demokracji: wielkie plany, długie procedury i coraz mniej widoczne efekty.

W tę próżnię wszedł nasz jubilat Donald Trump. Jeszcze podczas swojej pierwszej kadencji mówił, że dwieście pięćdziesiąta rocznica niepodległości będzie jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach świata. Po powrocie d o Białego Domu nie zamierzał pozostawić jej w rękach komisji powołanej przez Kongres. Stworzył własną strukturę, Freedom 250, i stopniowo przejął kontrolę nad najbardziej widowiskowymi elementami obchodów.

W efekcie Ameryka doczekała się osobliwej sytuacji: istnieją dziś dwie organizacje przygotowujące święto tej samej republiki, dysponujące różnymi budżetami, różnymi priorytetami i coraz częściej konkurujące ze sobą o uwagę opinii publicznej.

Sam konflikt jest znacznie głębszy niż personalna rywalizacja. W tle znajdują się dwie odmienne opowieści o Ameryce.

Dla środowisk skupionych wokół America 250 jubileusz ma być świętem kraju w całej jego złożoności: od Alaski po Guam, od historii założycieli po historię niewolnictwa, migracji i walki o prawa obywatelskie. W tej wizji republika jest nieustannie rozwijającym się projektem, którego częścią są zarówno sukcesy, jak i porażki. Organizatorzy mówią o różnorodności, edukacji, pamięci i wspólnym uczestnictwie.

Freedom 250 proponuje opowieść inną. W jej centrum znajduje się nie tyle proces historyczny, ile heroiczna narracja narodowa. Pojawiają się wielkie symbole, monumentalne projekty, Narodowy Ogród Amerykańskich Bohaterów, wielki jarmark stanowy na National Mall i widowiska przygotowane z rozmachem charakterystycznym dla Trumpa.

Krytycy zarzucają organizatorom przedstawianie historii wygładzonej i oczyszczonej z niewygodnych tematów. W materiałach edukacyjnych poświęconych Martinowi Lutherowi Kingowi mówi się o jego przedsiębiorczości i wierze w sukces, znacznie mniej o rasizmie, przeciw któremu walczył.

Objazdowe muzea Freedom Truck oskarżane są o tworzenie historii pozbawionej konfliktów, niewolnictwa i systemowej dyskryminacji. Zwolennicy odpowiadają, że chcą po prostu przywrócić dumę narodową i przeciwstawić się temu, co uważają za kulturę narodowej samokrytyki.

W gruncie rzeczy jest to ten sam spór, który od lat toczy się wokół podręczników szkolnych, pomników Konfederacji, programu 1619 Project, czy sposobu nauczania historii rasizmu. Pytanie brzmi nie tylko, co wydarzyło się w przeszłości, ale przede wszystkim, jakie znaczenie tej przeszłości należy przypisać.

Niepewna przyszłość

Czy Stany Zjednoczone są przede wszystkim historią wolności, która stopniowo obejmowała coraz większe grupy obywateli? Czy może historią nieustannego zmagania między ideałami a rzeczywistością? Odpowiedź na to pytanie określa sposób opowiadania całych dziejów kraju.

Najbardziej wymowny jest jednak fakt, że nawet miejsce obchodów stało się przedmiotem politycznej rywalizacji. Trump zapowiada wielki wiec pod pomnikiem Lincolna, wojskowe parady i największy pokaz fajerwerków w historii. Jednocześnie mówi o wydarzeniu jako o własnym wiecu politycznym.

W oczach jego przeciwników jubileusz republiki zostaje więc podporządkowany jednej postaci. Zwolennicy odpowiadają, że tylko Trump był w stanie nadać obchodom energię, której brakowało przez lata urzędniczych przygotowań.

Jest w tym pewna ironia historii. Dwieście pięćdziesiąt lat po ogłoszeniu Deklaracji Niepodległości Amerykanie nadal spierają się o podstawowe znaczenie własnej republiki. Nie potrafią uzgodnić, jak opowiadać jej historię, które postacie stawiać w centrum i jakie lekcje wyciągać z przeszłości.

A jednak właśnie ten spór może być najbardziej amerykańskim elementem całych obchodów. Republika, która przetrwała wojny, kryzysy gospodarcze, zamachy i społeczne rewolucje, od początku istniała jako wspólnota ludzi niezgadzających się co do tego, czym właściwie jest Ameryka.

Najnowszy sondaż Reuters/Ipsos przeprowadzony przed 250. rocznicą powstania Stanów Zjednoczonych pokazuje kraj pogrążony w głębokiej niepewności.

Aż 38 proc. respondentów uważa, że nie jest pewne, czy Stany Zjednoczone przetrwają jako jedno państwo kolejne 250 lat. Jeszcze bardziej wymowne są odpowiedzi dotyczące demokracji. Dwie trzecie ankietowanych, w tym połowa wyborców republikańskich, zgadza się ze stwierdzeniem, że amerykańska demokracja znajduje się w niebezpieczeństwie. Ponad trzy czwarte spodziewa się wzrostu przemocy politycznej w najbliższych latach.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu podobne odpowiedzi uznano by zapewne za reakcję na wyjątkowy kryzys. Dziś stają się niemal stałym elementem amerykańskiego pejzażu politycznego.

Ćwierć tysiąca lat po podpisaniu Deklaracji Niepodległości republika nie jest już spokojna o samą siebie.

Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze