Wbrew zapewnieniom PiS przeprowadzane teraz przez Sejm zmiany w ustawie o Sądzie Najwyższym nie są żadnym kompromisem z Komisją Europejską. SN w opinii do projektu wykazał, że ustępstwa są pozorne i służą tylko odwlekaniu sporu do czasu, gdy na powstrzymanie demontażu będzie już za późno

“Trudno nie odnieść wrażenia, że kolejne zmiany ustawy o SN stanowią wyraz z góry przyjętej taktyki w toku prowadzonego z Komisją Europejską dialogu, nawiązującej w swych założeniach do niesławnej »taktyki salami« (węg. Szalámitaktika)” – napisał Sąd Najwyższy w opinii do projektu nowelizacji ustawy o SN z 2 maja. Sąd Najwyższy, modyfikując nieco oryginalne znaczenie terminu, odnoszącego się do radzieckiej metody rozmontowywania opozycji plasterek po plasterku, zdefiniował “taktykę salami” jako “wprowadzanie szeregu drobnych i niewiele znaczących w istocie zmian w celu wywołania wrażenia, że zmiana jest istotna i realizuje pokładane w niej oczekiwania, w istocie prowadząc do założonego od początku celu”.

Celem nadrzędnym reformy Sądu Najwyższego w wykonaniu PiS jest podporządkowanie go sobie bez ograniczeń, co pozwoli partii wywierać naciski na sędziów w całym kraju i wydawane przez nich orzeczenia, zmieniać zapadłe już wyroki, a w razie potrzeby nawet podważyć niekorzystne wyniki wyborów. Żeby ten cel osiągnąć PiS musi wyprowadzić w pole Komisję Europejską, która w ramach procedury z art.7 Traktatu o UE domaga się, by polskie sądownictwo było niezależne od politycznych wpływów.

PiS długo grał więc na zwłokę, reagując na rekomendacje KE kolejnymi stanowiskami i “białymi księgami”, w których bronił się przed unijnymi zarzutami zamiast zastosować się do zaleceń. Gdy w końcu wziął się za zmiany w ustawach sądowych, okazało się, że są albo pozorne (jak konieczność niezobowiązującej konsultacji z kolegium sądu przed odwołaniem jego prezesa) lub mało znaczące w porównaniu ze zlekceważonymi zaleceniami KE (wyrównanie obniżonego wcześniej wieku przejścia w stan spoczynku kobiet sędziów).  

W trzeciej już ustawie zmieniającej uchwaloną w grudniu 2017 roku ustawę o SN PiS próbuje zamydlić oczy Komisji Europejskiej zmianami w dwóch obszarach: zasadach działania skargi nadzwyczajnej oraz mianowania asesorów. 

Zmiany są fasadowe, więc zapewne nie chodzi w nich o przekonanie Komisji Europejskiej, że zależy nam na niezależności sądownictwa, a jedynie o grę na czas. Jeśli KE nie podejmie zdecydowanych działań do 3 lipca (np. nie złoży skargi do Trybunału Sprawiedliwości), usuniętych z SN sędziów nie będzie można już do niego przywrócić.

Zasady uznawania skargi coraz bardziej mętne

Komisja Europejska w zaleceniach dla Polski domagała się przede wszystkim, by obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN nie stosowano do obecnie orzekających sędziów oraz by prezydent nie mógł decydować o przedłużaniu czasu orzekania sędziów tylko na podstawie swojego widzimisię. Tych postulatów PiS nie spełnił w najmniejszym nawet stopniu.

PiS nie spełnił także postulatu “usunięcia procedury dotyczącej skargi nadzwyczajnej”, ale próbuje sprawiać wrażenie, że idzie w tym punkcie na poważne ustępstwa. Obecnie podstawowym kryterium uznania przez SN skargi nadzwyczajnej było “zapewnienie praworządności i sprawiedliwości społecznej”. Procedowany podczas obecnego posiedzenia Sejmu projekt ma zastąpić tę przesłankę “koniecznością zapewnienia zgodności z zasadą demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej”.

Na czym polega różnica? Jak wskazuje SN, proponowana zmiana odsyła wprost do artykułu drugiego Konstytucji, co może skutkować tym, że Sąd Najwyższy rozpatrując skargi nadzwyczajne za każdym razem będzie musiał zwracać się z pytaniem do Trybunału Konstytucyjnego. A TK będzie musiał stwierdzić, czy przepis, na podstawie którego wydano zaskarżony wyrok jest zgodny z art. 2 Konstytucji. Z kolei jeśli SN pytań TK nie będzie zadawał, w rezultacie to on zamiast Trybunału będzie tworzył wykładnię Konstytucji. Tak czy siak, nowy projekt PiS w tym punkcie wprowadzi chaos prawny, nie zwiększając ani trochę niezależności sądownictwa.

Dodatkowo projekt pozornie ogranicza możliwość wydawania rozstrzygnięć podważających wyroki zaskarżone skargą nadzwyczajną. Sędziowie SN mają ograniczyć się jedynie do “stwierdzenia wydania zaskarżonego orzeczenia z naruszeniem prawa oraz wskazania okoliczności, z powodu których wydał takie rozstrzygnięcie” m.in. gdy zaskarżone orzeczenie wywołało nieodwracalne skutki prawne albo jeśli uchylenie orzeczenia  naruszyłoby międzynarodowe zobowiązania Rzeczypospolitej Polskiej. Ograniczenie jest jednak pozorne, bo od tego ograniczenia ustawa przewiduje wyjątek. Sędziowie mogą mimo wszystko uchylić dowolne orzeczenie “ze względu na konieczność poszanowania zasad i wolności i prawa człowieka i obywatela określonych w Konstytucji”. Jest to wyjątek tak szeroko zdefiniowany, że można pod tą definicję podciągnąć dowolny przypadek. Zamiast ustępstwa na rzecz KE mamy więc dodatkowe skomplikowanie, które na pewno skończy się chaosem w orzecznictwie.

“Zmiany w zakresie skargi nadzwyczajnej wcale nie zawężają możliwości jej wnoszenia oraz orzekania o jej zasadności. Wręcz przeciwnie sprawiają, że zakres swobody w orzekaniu w sprawach ze skargi staje się szerszy i bardziej arbitralny, dodatkowo stwarzając ryzyko wyeliminowania możliwości orzekania przez Sąd Najwyższy bezpośrednio na podstawie Konstytucji RP” – podsumowuje Sąd Najwyższy.

Asesorzy tak samo zależni

Na łamach OKO.press publikowaliśmy opinię Ewy Siedleckiej, publicystki “Polityki”, która uznała, że najnowszy projekt zmian w ustawie o SN zawiera jedno realne ustępstwo na rzecz KE. Obecnie asesorów, tzw. sędziów na próbę, powołuje minister sprawiedliwości, a według projektu procedowanego teraz w Sejmie o tym, kto zostanie asesorem ma decydować Krajowa Rada Sądownictwa, która przekaże wniosek do podpisu prezydentowi.

Sąd Najwyższy w swojej opinii zwraca jednak uwagę, że nowe rozwiązania wcale nie wzmocnią niezależności asesorów, bo KRS jest już przejęta przez wybranych niezgodnie z Konstytucją nominatów PiS i Kukiz’15. A nawet gdyby KRS na spółkę z prezydentem Andrzejem Dudą mogli przejawiać jakąś chęć uniezależnienia się od PiS w procesie powoływania sędziów i tak spalą na panewce, bo podpis prezydenta pod mianowaniem asesora wymaga kontrasygnaty premiera. A kogo premier Morawiecki poradzi się w kwestii lojalności kandydata na asesora, jeśli nie swojego ministra, Zbigniewa Ziobrę?


Wesprzyj projekt naszej Fundacji. Dołącz do zbiórki na Archiwum Osiatyńskiego https://pomagam.pl/archiwum

Dziennikarz, filozof. Związany z OKO.press od 2016 roku. Wcześniej pisał dla "Gazety Wyborczej". Był nominowany do nagród dziennikarskich. Boksuje.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press