Nowe otwarcie w Senacie to świetny pomysł. Transferowanie do niego wybranych w 2018 roku prezydentów miast – niekoniecznie. Nie tylko dlatego, że ich wyborcy poczuliby się oszukani. Wspólna opozycyjna lista do Senatu jest okazją dla społeczeństwa obywatelskiego. Kandydować mogliby znani zaangażowani eksperci i liderki ruchów społecznych

Senat ma uratować Polskę – słyszymy przy okazji 30. rocznicy przywrócenia izby wyższej i zarazem pierwszych wolnych wyborów do niej.

Jeśli wspólną listą opozycja wygra wybory do Senatu – co w związku z większościową ordynacją i korzystną dla opozycji mapą okręgów może być możliwe – to nawet jeśli PiS utrzyma większość w Sejmie, opozycyjni senatorowie będą mogli opóźniać szkodliwe inicjatywy „dobrej zmiany”.

Wielu analityków uważa, że pierwszy raz w historii III RP większości w obu izbach polskiego parlamentu mogą mieć różne siły, choć – jak pisał  dla OKO.press Leszek Kraszyna – postępy PiS w budowaniu poparcia w dawniej „opozycyjnych” okręgach sprawiają, że wspólna lista opozycji do Senatu nie gwarantuje jej zwycięstwa. Będzie wymagać ogromnej mobilizacji.

W Gdańsku 4 czerwca usłyszeliśmy, że Wunderwaffe opozycji mają być popularni samorządowcy, niekoniecznie związani z ogólnopolskimi partiami. Mieliby dostać miejsca na opozycyjnej wspólnej liście.

Nowe otwarcie w Senacie to świetny pomysł. Transferowanie do niego nowo wybranych prezydentów miast – niekoniecznie. Nie tylko dlatego, że ich ubiegłoroczni wyborcy mogliby poczuć się oszukani.

Woda na młyn PiS

Po pierwsze, kto z samorządowców zadeklarował chęć startu do Senatu?

Nie Rafał Trzaskowski – którego można uważać za nadzieję Platformy, szansę na przesunięcie tej partii z bieguna konserwatywnego w stronę liberalno-centrową. Nie Aleksandra Dulkiewicz, która co prawda przejęła władzę w Gdańsku w dramatycznych okolicznościach i przeprowadziła udaną kampanię, ale nie może przecież zostawić swego miasta doświadczonego stratą Pawła Adamowicza. Trudno tez wyobrazić sobie, że Hanna Zdanowska zostawi Łódź. I tak dalej.

Wolę startu zgłosił Tadeusz Ferenc, od 17 lat prezydent Rzeszowa. Związany z SLD polityk, który w wyborach cieszy się olbrzymim poparciem, ostatnio dał o sobie znać przy dwóch okazjach.

Pierwsza to próba cenzury. Niczym Piotr Gliński w 2015, Ferenc kazał wstrzymać w rzeszowskim Teatrze Maska próby do opowiadającego m.in. o kościelnej pedofilii spektaklu „Chyba nie ja”. Na szczęście dyrekcja teatru nie ugięła się przed poleceniem wydanym „bez żadnego trybu”

Druga to ogłoszony 28 maja  zakaz Marszu Równości w Rzeszowie, co radni PiS przyjęli z aprobatą. 7 czerwca decyzję Ferenca zaskarżył do sądu Rzecznik Praw Obywatelskich.

Czy będący na bakier z podstawowymi wolnościami obywatelskimi Ferenc ma być twarzą nowej siły politycznej, niosącej nadzieję na zmianę narodowo-katolickiej władzy o autorytarnych ciągotach?

Innym prezydentem, który zgłosił chęć startu, jest Wadim Tyszkiewicz z Nowej Soli, który wsławił się ostatnio publikacją na swoim FB propozycji podziału Polski na wschodnią i zachodnią. Woda na młyn PiS.

Krótka pamięć polityków

Błąd, który popełniają zwolennicy „samorządowego Senatu” to podejście do głosów zdobywanych przez „popularnych samorządowców”. Prezydenci rządzą przez wiele kadencji nie tylko dlatego, że rządzą dobrze – choć to często prawda. Bywają bezalternatywni – bo partie polityczne (jak Platforma w Krakowie w 2014, albo PiS w Krakowie w 2018) nawet nie traktują poważnie możliwości wygranej. Wreszcie, bo zbudowali silne układy klientelistyczne wokół swych ugrupowań.

Nie jest więc wcale powiedziane, że poparcie dla lokalnych polityków prosto przenosi się na krajowe wybory, że prezydenci po prostu zapakują swoich wyborców do worka i przyniosą ich demokratycznemu komitetowi startującemu do Senatu.

Polscy politycy i komentatorzy mają krótką pamięć.

Popierany przez samorządowców komitet w senackich wyborach już startował,  w 2011 r. – nazywał się Unia Prezydentów – Obywatele do Senatu. Czasy były wtedy spektakularnie inne, ale też wynik UP-OdS spektakularnie zły.

Animowany przez prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza ruch wprowadził jednego senatora – wiceprezydenta Wrocławia Jarosława Obremskiego. W 2014 poparł on Polskę Razem Jarosława Gowina, dziś jest senatorem PiS.

Nie oznacza to wszystko, że Senat nie może stać się przyczółkiem polskich demokratów. Wręcz przeciwnie, tylko trzeba wyciągnąć wnioski. Chociażby z ostatnich eurowyborów.

Społecznicy i eksperci?

Monika Płatek, prawniczka i aktywistka, przeskoczyła z „trójki” na warszawskiej liście Wiosny startującą z „dwójki” posłankę Joannę Scheuring-Wielgus, skądinąd tyleż polityczkę, co społeczniczkę. Danuta Hübner, startując z „piątki” na liście Koalicji Europejskiej, pobiła lidera mazowieckiej Platformy Andrzeja Halickiego. Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, zdobyła przeszło 300 tys. głosów – wynik porównywalny z byłym premierem Jerzym Buzkiem czy byłą premier Beatą Szydło.

Jaki z tego z wniosek?

Wyborcy i wyborczynie wbrew pozorom nieraz doceniają konkretne kompetencje i społeczne zaangażowanie. Cenią ludzi, którzy coś robią i coś (coś innego, niż wyborcza walka) umieją, a niekoniecznie są politycznymi wojownikami.

Oczywiście, te kompetencje i zaangażowanie muszą być opowiedziane; na tym polega kampania. Ale wspólna opozycyjna lista do Senatu mogłaby być miejscem, gdzie spotkają się znani zaangażowani eksperci i liderki ruchów społecznych. Działający na rzecz praworządności, ale też praw kobiet, mniejszości, a nawet – skoro ma być szeroko – lokatorów, niech neoliberałowie się na to zgodzą. Senatorka Ewa Łętowska? Daj Boże. Senatorka Magdalena Filiks z KOD? Zapewne tak. A Paweł Machcewicz, Joanna Kos-Krauze albo Monika Żelazik? Wszyscy mogliby zasiadać w Senacie. To tylko kilka przykładowych propozycji.

Są też wspaniali, zaangażowani prawnicy, są aktywistki ruchów kobiecych. Są ruchy miejskie i obywatelskie. Dlaczego senatorką nie mogłaby zostać liderka lub lider ruchu ekologicznego?

Dla polskiego życia politycznego to nie tylko szansa na blokowanie szkodliwych pomysłów PiS, ale też na „odpolitycznienie polityki”, zastrzyk nowej energii i merytoryki. Na dostarczenie do tzw. „izby refleksji” oglądu prawdziwych problemów życia społecznego. Czyli tego, czego wizerunkowi opozycji brakuje.

To by wymagało wyobraźni ze strony polityków zarówno z partyjnych central, jak i samorządowych włodarzy. Jedni i drudzy powinni taką listę społeczników i ekspertów znanych z obywatelskiego zaangażowania wesprzeć uznając, że to alternatywa dla Polski (szkoda, że nazwa skompromitowana przez niemiecka AfD).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym