Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: HBOHBO

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Kilka lat temu moja bliska gruzińska koleżanka urodziła martwe dziecko. Ciało córki dostała w pudełku po butach i tak zawiozła je do domu. Nie zorganizowała pogrzebu. Szwagier zakopał pudełko z ciałem w rodzinnym grobie bez obecności duchownego, żałobników i rodziców. Ci ostatni jak najszybciej mieli zapomnieć o tragedii, pozbierać się i zajść w nową ciążę. Za dużo czasu upłynęło od ślubu i ludzie zaczęli już gadać: że wziął starą żonę, taką po trzydziestce, która „nawet dziecka nie potrafi urodzić”. Na pokaz współczuli im wszyscy, ale za plecami i tak gadali swoje.

Udało się. W ciągu dwóch kolejnych lat moja koleżanka urodziła dwójkę zdrowych dzieci. Ludzie przestali gadać, a ona odetchnęła z ulgą.

Ta historia miała miejsce w 2020 roku, ale gdyby wydarzyła się 10-15 lat wcześniej, wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Mogłaby nie zobaczyć ciała martwej córki i zapłacić za jej pochówek na przyszpitalnym cmentarzu.

Tak robiła większość rodziców. Z lekarzami nikt za bardzo nie dyskutował. Przyjmował do wiadomości informację o śmierci, odchodził bez pożegnania, z reguły nawet bez zerknięcia na ciało.

Przeczytaj także:

Tak było w przypadku innej mojej gruzińskiej znajomej, która w 1993 roku urodziła syna. Zmarł trzy dni po porodzie. Tak jej przynajmniej powiedziano. Nie zobaczyła ciała. Chwilę później razem z partnerem wpadli w głęboką depresję i nie umieli sobie poradzić ze stratą. Ich związek też tego nie przetrwał. Moja znajoma wróciła do rodziców, a on zaczął organizować wyjazd do Wielkiej Brytanii. Nie skontaktował się z nią nigdy więcej. Nie mogła tego zrozumieć. Zastanawiała się, dlaczego tak szybko odpuścił. Myślami za to często była przy mogile swojego syna na przyszpitalnym cmentarzu. Nigdy jednak na nią nie poszła.

Tak naprawdę nigdy by jej nie znalazła, bo coś takiego jak przyszpitalne cmentarze dla niemowląt w ogóle nie istniały. Zostały wymyślone dla takich rodziców jak ona. Zresztą, nawet gdyby były, to nikt nie grzebałby tam martwych dzieci. Ich ciała nadal były potrzebne.

Po pierwsze pełniły funkcję dyżurnych pokazowych zwłok, z którymi żegnali się zrozpaczeni rodzice. Ale tylko ci, którzy sobie tego życzyli.

A po drugie, w razie konieczności, mogły zostać wydane rodzicom w pudełkach po butach. Ale tylko tym, którzy uparcie chcieli sami zająć się ich pochówkami.

A po trzecie, większość z tych rzekomo pochowanych tam dzieci żyje.

Szacuje się, że od połowy lat 70. do 2005 roku „uśmiercono” w Gruzji mniej więcej 100 tysięcy niemowląt.

Część z nich trafiła do adopcji w rodzinach gruzińskich, cześć wywieziono za granicę. Biologiczni rodzice jednych pogrążyli się w żałobie po stracie dziecka, rodzice innych liczyli pieniądze za wygodną transakcję. Ci pierwsi zostali oszukani, drudzy brali świadomy udział w przestępstwie.

Do 1998 roku handel dziećmi nie był w Gruzji penalizowany. Kiedy wprowadzono ten zapis do kodeksu karnego, teoretycznie można było dostać nawet dożywocie, ale praktycznie – nikt się tym nie przejmował. Przepis nie był nikomu na rękę, więc pozostawał martwy.

Kto stał za tym procederem?

W schemat handlu dziećmi w Gruzji (ale miało to miejsce też w Rosji i w innych państwach Związku Radzieckiego) umoczeni byli niemal wszyscy: od salowych i policjantów, poprzez lekarzy i prawników, po taksówkarzy i hotelarzy. „Wszyscy” wiedzieli. „Wszyscy” milczeli. Biznes lubi ciszę.

A schemat był prosty: ktoś nie może mieć dziecka, ale ma znajomości i pieniądze, więc może je sobie kupić. Na czarnym rynku. Wymagania są jasne: dziecko ma być zdrowe i z „ładnej” matki. Najlepiej, żeby to był syn, bo Gruzja to kraj patriarchalny. To na syna przechodzi nazwisko, on dziedziczy majątek i stanowi podporę rodu. Na rynku niemowlę płci męskiej chodziło drożej. Trzeba było za nie zapłacić 1500 rubli. Dziewczynka kosztowała 1000 rubli, a średniej klasy samochód w latach 80. jakieś 4000 rubli. Dzieci to był dobry interes. Sądząc po liczbach – był na nie stały popyt.

Najbardziej się opłacało wysyłać je zagranicę. Na takich transakcjach można było zarobić nawet 20-30 tysięcy dolarów. Do tego zarabiali jeszcze tłumacze, notariusze, przewoźnicy. Ktoś, kto przyjeżdżał po dziecko z zagranicy, musiał przecież gdzieś spać, jakoś się przemieszczać. Schemat zapewniał kompleksową obsługę.

Sytuacja polityczna w Gruzji za czasów Związku Radzieckiego niezwykle sprzyjała bandytom. To tam szara strefa rozwinęła się wręcz do niewyobrażalnych na skalę tego wielkiego kraju rozmiarów.

Mafia działała prężnie i obejmowała niemal każdą dziedzinę życia.

Co ważne, w Gruzji członkowie tego typu ugrupowań wcale nie należeli do marginesu społecznego. Przeciwnie, z reguły była to intelektualna elita blisko powiązana ze strukturami władzy. Zarabiał więc prawie każdy: od najniższych stanowisk szpitalnych, po wysoko postawionych urzędników państwowych.

Zaraz na początku lat dziewięćdziesiątych Gruzja ogłosiła niepodległość. Wyrwała się z objęć Związku Radzieckiego i sama jeszcze bardziej pogrążyła się w chaosie. Na arenie międzynarodowej myślano o niej jak o failed state, państwie upadłym. Nie działały nie tylko żadne instytucje, ale już de facto rządzili nią bandyci. Słynęła z gigantycznej korupcji, handlem bronią, narkotykami i żywym towarem.

I niby wiedzieli o tym wszyscy, ale tak naprawdę działo się to w ciszy. W jakiejś przeklętej zmowie milczenia. Gruzja to mały kraj. Dziś liczy niecałe 3,7 miliona mieszkańców. Jest hermetyczny, pozamykany i wsobny. Potrafi głęboko ukryć wstydliwe tematy.

A wstydem jest zarówno problem z zajściem w ciążę, jak i urodzenie nieślubnego dziecka. Wstydem jest dziecko z niepełnosprawnością i takie poczęte z gwałtu. Ten wstyd trzeba usunąć, głęboko schować i zapomnieć o nim na wieki.

Ale czasem życie przez przypadek o nim przypomni.

W 2020 roku do mojej znajomej – tej, której powiedziano w szpitalu, że jej dziecko zmarło – odezwał się na Facebooku blisko trzydziestoletni mężczyzna, twierdząc, że jest jej synem. Nie mogła w to uwierzyć. Dopiero kiedy porozmawiała ze swoim byłym partnerem, klocki wskoczyły na swoje miejsce.

Niedługo przed jego wyjazdem do Wielkiej Brytanii dowiedział się, że ich dziecko przebywa w domu dziecka. Zabrał stamtąd syna i przez osiem kolejnych lat starał się skontaktować z moją znajomą: dzwonił, pisał listy, słał telegramy. W każdym zaznaczał, że ich syn się odnalazł. Bezskutecznie. W końcu odpuścił. Myślał, że ona nie chce mieć z nimi nic wspólnego.

Tyle że ona nic nie wiedziała. Rodzina skutecznie odcięła ją od tych informacji. Jej były partner był Ugandyjczykiem, a dziecko, które urodziła czarnoskóre. Nie potrafili tego zaakceptować. Nie chcieli żyć z tym wstydem w swojej rodzinnej miejscowości. Zapłacili więc, komu trzeba i uznali chłopca za martwego. A u siebie zamietli sprawę pod dywan. O tym, że moja znajoma w ogóle była w ciąży, wiedziało wąskie grono osób. Nikt nie puścił pary. Milczeli jak zaklęci.

Handlarze z kolei liczyli, że dobrze na czarnoskórym dziecku zarobią za granicą, ale się nie sprzedało. Trafiło do domu dziecka, z którego po roku odkupił je ojciec.

I o tym są Skradzione dzieci.

Za handel nikt nie odpowiedział

Reżyserki do tematu przyciągnęła głośna historia Tako i Ano, dwudziestojednoletnich bliźniaczek, które dwa lata wcześniej trafiły na siebie dzięki mediom społecznościowym. Były niemal identyczne: te same uśmiechy, oczy, paznokcie. Ten sam dzień urodzenia, ten sam szpital. Nawet choroby te same.

O tym, że zaraz po urodzeniu je rozdzielono, dowiedziały się jako dziewiętnastolatki. I podzieliły się ze światem swoją historią.

To było jak przełamanie tabu w gruzińskim społeczeństwie. Na początku niemrawo, ale z czasem zaczęły się pojawiać w internecie historie, że ktoś szuka swoich biologicznych rodziców, dziecka, które rzekomo umarło albo brata czy siostry. A potem, w 2021 roku, sprawę nagłośniła kolejna bohaterka dokumentu, dziennikarka telewizyjna, Tamuna Musuridze.

Po śmierci rodziców dowiedziała się, że nie jest ich biologiczną córką. Założyła na Facebooku grupę – Verdzeb, czyli Szukam. Skierowała ją do takich ludzi jak ona. W krótkim czasie grupa rozrosła się do ogromnych rozmiarów (dziś liczy 166 tys. obserwujących). To nie wszystko. Musuridze zdecydowała się też poprowadzić program w telewizji, w którym podzieliła się swoją historią. Wtedy ruszyło.

Oficjalnie w Gruzji w 2005 roku zaprzestano handlować niemowlętami. Kraj był już w rękach Micheila Saakaszwilego. Dwa lata wcześniej wstrząsnęła nim rewolucja róż, która pociągnęła za sobą zachodnie reformy, zmiany i ukróciła szalejącą korupcję.

Ale za handel niemowlętami nadal nikt nie odpowiedział. Sprawę skutecznie zamieciono pod dywan.

Skradzione dzieci to dobry i trzymający w napięciu dokument. Reżyserkom udało się pokazać opresyjność i bezwzględność gruzińskiego społeczeństwa, tak często – choćby w Polsce – idealizowanego. Udało się pokazać, że można popełniać przestępstwa na taką skalę i nie ponieść za to żadnej kary.

Udało się im też oddać milczenie zarówno tych, którzy dobrowolnie pozbyli się niechcianych dzieci, jak i tych, którzy je kupili. Udało się w końcu oddać milczenie władz, bo przecież nie da się ukraść 100 tysięcy dzieci bez wiedzy i zgody najwyżej postawionych osób w kraju. I tym ludziom do dziś zależy na milczeniu, bo niektórzy z nich nadal piastują wysokie stanowiska albo leczą ludzi.

Nie ma informacji, by jakikolwiek zamieszany w handel dziećmi lekarz odpowiedział przed sądem. Wiemy tylko, że wyciągnięto konsekwencje wobec tych, którzy fałszowali dokumenty.

Jest jednak jedna rzecz, która moim zdaniem, nie wyszła w tym filmie. Nie udało się obiektywnie pokazać historii dziennikarki Tamuny. To czarno-biała opowieść o złej matce, która pozbywa się dziecka z nieślubnego łoża i dobrym ojcu, który chce nadrobić stracony czas. Ale czy naprawdę ta historia jest tak prosta?

Ojciec Tamuny opowiada, że za czasów młodości był niczym Alain Delon i obficie korzystał z powodzenia u płci przeciwnej. Matka Tamuny nie była więc jedyna, poza tym miał rodzinę. I to ze względu na nią nie powiedziała mu o ciąży. Dziś ojciec żałuje, że o niczym nie wiedział. Jest starszym panem, wzbudza naszą sympatię, ale czy naprawdę możemy być pewni, że w 1983 roku, kiedy dowiedziałby się o przypadkowej ciąży, byłby skłonny zająć się dzieckiem?

Nie wiemy, bo w filmie nikt nie zadaje takiego pytania. Mamy za sytuację, w której całe zło i odpowiedzialność spoczywa na matce, a jego się tłumaczy: bo przecież nie wiedział. No, nie wiedział, ale nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji? Łatwo ją oceniać, zwłaszcza że dziś nie chce mieć kontaktu z biologiczną córką, ale przecież nie wszystko jest tak zero jedynkowe.

Niemniej, bardzo prawdziwy to film. I bardzo gruziński, a to wielki komplement, bo reżyserki nie są Gruzinkami. Ważny i wart obejrzenia właśnie po to, by spojrzeć na Gruzję i cały poradziecki świat innymi oczyma.

„Skradzione dzieci", reżyseria Jowita Baraniecka i Martyna Wojciechowska, HBO Max 2025

;
Na zdjęciu Stasia Budzisz
Stasia Budzisz

Stasia Budzisz, tłumaczka języka rosyjskiego i dziennikarka współpracująca z "Przekrojem" i "Krytyką Polityczną". Specjalizuje się w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest autorką książki reporterskiej "Pokazucha. Na gruzińskich zasadach" (Wydawnictwo Poznańskie, 2019).  

Komentarze