0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja GazetaAgnieszka Sadowska /...

Amnesty wykorzystała fotogrametrię i techniki modelowania przestrzennego do swojej bardzo drobiazgowej analizy. Należące do tego NGOsa laboratorium Crisis Evidence Lab zebrało i przeanalizowało zdjęcia satelitarne, ponad 50 filmów i fotosów obozu na granicy. Pierwsze z nich pochodzą z 12 sierpnia 2021 roku.

Raport ujrzał światło dzienne dopiero wczoraj. „Długo to zajęło, bo zależało nam na informacji z wielu różnych źródeł i jak najlepiej potwierdzonych” tłumaczy Aleksandra Fertlińska, koordynator ds. osób w zagrożeniu w Amnesty Int. Polska.

Po co Amnesty tak się trudziło? Bo podejrzewało, że polscy pogranicznicy dokonali nielegalnego wypchnięcia Afgańczyków z Polski na Białoruś. Organizacja chciała zdobyć twarde dowody na ten push-back.

Zdjęcia satelitarne

Co zrobili specjaliści? By umiejscowić linię graniczną, zidentyfikowali i zlokalizowali słupy graniczne na zdjęciach satelitarnych o wysokiej rozdzielczości oraz wytyczyli linię je łączącą. Okazało się, że faktyczna linia granicy przebiega 4-5 m na zachód od tego, co mówiły dane rządu polskiego. Obie linie graniczne umieszczono na obrazie satelitarnym obozu. „Za dokładniejsze oszacowanie graniczne przyjęto linię łączącą posterunki graniczne” - tłumaczy Amnesty w raporcie.

Ale zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, do 18 sierpnia część obozu leżała po polskiej stronie. Jeśli brać pod uwagę rządowe dane, to znacząco większa część (szacujemy ok. 70 proc.).

Amnesty pisze, że „wielu” z tych imigrantów do 18 sierpnia było na terenie Polski.

https://www.youtube.com/watch?v=AP43ZIc3xjk&t=8s

Wideo z 19 sierpnia, zweryfikowane przez Amnesty, już pokazuje, iż obóz został przesunięty w stronę Białorusi. Organizacja o tym nie wspomina w raporcie, ale to sami uchodźcy przekazali aktywistom, m.in. z fundacji Ocalenie, iż kilka dni przed 27 sierpnia pogranicznicy kazali im się przesunąć o kilka metrów w stronę Białorusi.

Cenny w analizie okazał się materiał Polsat News — obóz sfilmowany z helikoptera 27 sierpnia. W procesie fotogrametrii Amnesty przekształciła ten materiał w dokładny obrazu obozu, z odwzorowaniem krajobrazu i lokalizacji charakterystycznych obiektów

https://www.youtube.com/watch?v=cuCwxLBGGc8&t=21s

Na podstawie danych satelitarnych i geodezyjnych precyzyjnie ustalono też lokalizację tych istotnych elementów okolicy obozu - kępy wysokich roślin, rozwidlone drzewo, łopian przed obozem itd. To zestawiono tworząc model 3D i na to naniesiono linię graniczną. Z animacji wynika, że nawet po przepchnięciu obozu przez polskich pograniczników, 27 sierpnia nadal 4 namioty były w niewielkiej części na polskiej stronie – to widać wyraźnie w pierwszych 13 sekundach tej animacji.

https://www.youtube.com/watch?v=uLmCq44GMdw&t=21s

Amnesty jednak pisze w raporcie o „całkowitym przeniesieniu” grupy na stronę białoruską.

Organizacja także publikuje animację o dramatycznych warunkach w obozie – opowiadają o tym uchodźcy. Aktywiści zaś mówią m.in. o zagłuszaniu przez Straż Graniczną komunikacji z organizacjami pozarządowymi.

https://www.youtube.com/watch?v=Qxtxhyeq6qE&t=50s

Na ostatnich zdjęciach, wykonanych już od strony białoruskiej widać, że obecnie cały obóz w Usnarzu jest za płotem z drutu kolczastego, który w ostatnim miesiącu postawili tam Polacy.

Swój raport Amnesty zamierza wysłać do premiera RP, Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Straży Granicznej.

„Jeśli polskie społeczeństwo będzie otrzymywać kontrnarrację (do rządowej – red.) to mamy nadzieję, że nie będzie popierać takich decyzji władz” - dodaje Fertlińska. Amnesty chce o tych faktach z polskiej granicy także informować społeczność międzynarodową, m.in. ONZ.

„Mamy do czynienia z nielegalnym wypchnięciem z Polski ludzi, którzy kierowali prośby do Straży Granicznej o ochronę międzynarodową, więc to Polska jest odpowiedzialna za sytuację tych osób” podkreśla aktywistka. „Zgodnie z unijnym i międzynarodowym prawem dotyczącym uchodźców Polska jest zobowiązana do zapewnienia indywidualnej oceny wszystkich wniosków o udzielenie azylu i powstrzymania się od bezprawnych powrotów, w tym odpychania i wydaleń zbiorowych (...)” - dodaje Amnesty w raporcie.

Przeczytaj także:

Potwierdzenie dotychczasowych doniesień, także OKO.press

Ustalenia tego NGOsa nie są nowym, ale twardszym niż dotychczasowe dowodem w tej sprawie. Bo już wcześniej wielokrotnie pojawiały się grafiki świadczące o tym, iż obóz w Usnarzu był po stronie polskiej. Te bazowały głównie na tym, że 15 sierpnia Google Maps odnowił zdjęcia satelitarne tej okolicy i na nich już bardzo dobrze widoczny jest obóz. Zdjęcia nakładano na mapy z Geoportalu, na których także jest precyzyjnie oznaczona granica Polski. Tak zrobiło też OKO.press

https://twitter.com/oko_press/status/1430563517783068673

Tego samego dnia do podobnych wniosków doszedł Bartłomiej Stroiński, dyrektor biura posłanki Lewicy, Katarzyny Kretkowskiej, która jeździła do Usnarza.

https://twitter.com/bartstoinski/status/1430526061931114502

Piotr Bystrianin z fundacji Ocalenie, w sierpniu też mówił OKO.press, że właśnie z powodu tych zdjęć satelitarnych Google Maps, wojsko kazało się przesunąć uchodźcom z obozem. „Do tego czasu ok. 75 proc. obozowiska była w Polsce” - szacował Bystrianin. Uchodźców przesunięto, by rząd i jego media mogły tłumaczyć Polakom, że imigranci są na Białorusi, więc nie można dopuszczać do nich pomocy, nawet medycznej. Konrad Piasecki, dziennikarz TVN24, pytał się: skoro uchodźcy są na Białorusi, to jak to jest możliwe, że pogranicznicy pozwolili do nich przepuścić Rzecznika Praw Obywatelskich, który wizytował obóz. „Przekroczyli granice? I SG nie interweniowała? To nie można by tak z jedzeniem i lekami tam podejść?” - dopytywał na TT. W tym czasie rząd ostentacyjnie ustawił na granicy tira, rzekomo PCK, z pomocą humanitarną dla uchodźców z Usnarza.

„Rząd prowadzi totalną DEZINFORMACJĘ, nie tylko w kwestii położenia obozu. Wmawia, że nie ma tu Afgańczyków, a są sami Afgańczycy. Twierdzi, że nie ma kobiet, a są kobiety (co widać na zdjęciach- red.) Wmawia, że grupa rotuje, a to nieprawda — to te same 32 osoby” - wyliczał nam w sierpniu Bystrianin z Ocalenia.

Ponad 1,5 miesiąca gehenny

Grupa 32 Afgańczyków (w tym 4 kobiety i jedna 15-latka) już od ponad 1,5 miesiąca koczuje na granicy polsko-białoruskiej w Usnarzu Górnym. Imigranci twierdzą, że weszli do Polski 8 sierpnia i zostali wtedy wypchnięci przez polskich pograniczników. Od 12 sierpnia blokada tej grupy jest dokumentowana.

20 sierpnia Polska wprowadziła rozporządzeniem – jak zgodnie twierdzą prawnicy — bezprawne przerzucanie przechwyconych migrantów na białoruską stronę granicy, czyli tzw. pushbacki. Tego samego dnia Afgańczycy, z pomocą swoich pełnomocników, w obecności mediów, złożyli wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce. Bez reakcji odpowiednich służb.

2 września rząd, z pomocą prezydenta Andrzeja Dudy, wprowadził stan wyjątkowy w przygranicznej strefie, ograniczając dziennikarzom i aktywistom dostęp do tego obszaru.

25 sierpnia Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz) zarządził środki tymczasowe w sprawie grupy z Usnarza – nakazał Polsce zapewnienie im pomocy, w tym “odpowiedniej żywności, wody, odzieży, opieki medycznej oraz, jeśli to możliwe, tymczasowego schronienia”. Polska dotąd tego nie zrobiła. Nakaz ten został przedłużony przez ETPCz 27 września.

Od 19 września w strefie przygranicznej zmarło przynajmniej pięć osób, m.in. w wyniku hipotermii. Nasi pogranicznicy wyrzucali za granicę nie tylko całe rodziny z małymi dziećmi, ale także osoby ciężko chore. 16-letni Irakijczyk w piątek 24 września późnym wieczorem wraz ze swoją rodziną zdołał przedostać się na polską stronę "Nim zdążyliśmy dojechać na miejsce, cała rodzina została z powrotem wypchnięta na Białoruś przez Straż Graniczną" - relacjonowała cytowana przez Onet Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie. Chłopak zmarł następnego dnia po stronie białoruskiej.

Białorusini pokazali także film z martwą imigrantką, tuż przy granicy z Polską. Jej mąż tłumaczył i pokazywał, jak nasi pogranicznicy przeciągnęli jej martwe ciało przez granicę i porzucili je na Białorusi. Wszystko oglądała trójka jej osieroconych dzieci.

;
Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze