0:000:00

0:00

Prawa autorskie: archiwum: Marius Münstermannarchiwum: Marius Mün...
  • W wielu przypadkach eksportem odpadów zajmowały się firmy niemieckie, często brokerskie – one tak naprawdę nie wytwarzają odpadów, tylko działają w imieniu wytwórców. W takich sytuacjach producentom łatwo jest obwiniać eksporterów lub ich podwykonawców.
  • W przeszłości mieliśmy przypadki masowego nielegalnego wyrzucania śmieci w naszym kraju, a po upadku żelaznej kurtyny ten problem przesunął się do Europy Wschodniej.
  • Odpady to legalny produkt: można nim dość łatwo handlować. A do tego to lukratywny biznes. Problem polega na tym, że dotyczy nielegalnego eksportu, który dość łatwo skierować w ciemne i nielegalne kanały.

– dziennikarz śledczy Marius Münstermann opowiada Szymonowi Opryszkowi o tym, dlaczego niemieckie śmieci lądują w Polsce, kto za to odpowiada i kto na tym zarabia.

Na zdjęciu w białym kombinezonie Marius Münstermann na nielegalnym wysypisku w polskiej Sarbii. Fot. arch. prywatne M. Münstermanna

Przeczytaj także:

Pięciocyfrowe numery na etykietach

Szymon Opryszek, OKO.press: Przyjechałeś do Sarbii i…

Marius Münstermann*: Zobaczyłem gigantyczną górę zbelowanych śmieci: sto pięćdziesiąt metrów długości, dwadzieścia metrów szerokości, wysoka na pięć, sześć metrów. Robi wrażenie.

Dlaczego w ogóle zająłeś się polskimi śmieciami?

Zanim przyjechałem do Sarbii, widziałem nielegalne wysypiska, zwłaszcza we wschodnich Niemczech. Były naprawdę dzikie, ludzie wyrzucali śmieci i nie dbali, jak to wszystko wygląda. Zostawały po nich góry odpadów.

Po raz pierwszy zetknąłem się z tematem nielegalnego składowania odpadów w latach 90., kiedy pojechałem na wakacje do letniego domu pod Berlinem. W tej małej wiosce było jedno z największych nielegalnych wysypisk śmieci w Brandenburgii. To jeden z takich „gorących” punktów w Niemczech, gdzie odpady były nielegalnie wyrzucane od upadku Muru Berlińskiego.

Sarbię różni jedno: tam bele plastiku są upakowane, jakby miały tworzyć wrażenie, że to oficjalne składowisko śmieci. I rzeczywiście, prywatna firma, która dostała pozwolenie na tymczasowe składowanie odpadów, miała rok, by poddać je recyklingowi. Ale wygląda na to, że nigdy tego nie planowała.

Dziś w Sarbii zalega 7 tys. ton odpadów. Dzięki pięciocyfrowym numerom na etykietach odpadów wiemy, że pochodziły z Niemiec.

W Niemczech mamy system kodowania dla obiektów, w których sortowane są odpady z gospodarstw domowych. W całym kraju jest około pięćdziesięciu takich placówek. W dokumentach, które udało nam się uzyskać od polskich władz, wymieniono dwie takie firmy: Lobbe z główną siedzibą w Nadrenii Północnej-Westfalii i Böhme w Bawarii. Dostaliśmy też zdjęcia bel. Mamy więc dowody z pierwszej ręki w postaci kodów, które jasno wskazują na związek odpadów z konkretnymi firmami. Ale był jeszcze trzeci kod. I wydawało się, że Główny Inspektorat Ochrony Środowiska w Polsce nie znał nazwy tej trzeciej niemieckiej firmy.

Podobno GIOŚ zwrócił się w tej sprawie do niemieckiego odpowiednika, ale nigdy nie otrzymali odpowiedzi.

Sonderabfallagentur Baden-Württemberg GmbH (SAA), niemiecki urząd odpowiedzialny za sprawy odpadów na południu Niemiec potwierdził, że polskie władze poprosiły ich kiedyś o zidentyfikowanie tego trzeciego numeru. Ale z jakiegoś powodu odpowiedź nigdy nie dotarła do polskich władz. Więc w ramach naszego śledztwa zidentyfikowaliśmy tę trzecią firmę. To Alba z Dolnej Saksonii, jedna z największych niemieckich firm zajmujących się utylizacją odpadów. Śmieci, które wciąż zalegają w Sarbii pochodzą z ich zakładu w Brunszwiku w Dolnej Saksonii.

Rozmawia trzech mężczyzn
Marius Münstermann (w środku) podczas pracy nad dokumentem o niemieckich odpadach w Polsce i Czechach. Fot. Chris Werner.

Na tropie odpadów z EBS

W Sarbii znalazłeś odpady z frakcji EBS.

EBS to niemiecki akronim Ersatzbrennstoff. To paliwo alternatywne, dość powszechne, jest wytwarzane np. ze stałych odpadów komunalnych i przemysłowych. W UE panuje mit, że większość odpadów jest poddawana recyklingowi, w rzeczywistości trafiają do obiektów, w których są spalane w celach energetycznych. Wiele z nich trafia na przykład do cementowni, ale także do fabryk, w których wytwarzana jest energia i ciepło na potrzeby gospodarstw domowych. Sęk w tym, że muszą zostać odpowiednio spalone, aby mogły być oznaczone jako EBS. A to, co widzieliśmy w Sarbii, oczywiście nigdy nie zostało spalone, tylko wyeksportowane. Potencjalnie w celu spalenia.

To stała praktyka firm odpadowych: twierdzą, że dane odpady nadają się do recyklingu, a następnie eksportują pod tym pozorem. W Sarbii, jak mówiłem, można zobaczyć, że nikt nie zamierzał tych odpadów poddawać recyklingowi, ani palić w celu uzyskania energii. Używali tych etykiet jako formalnej sztuczki do eksportu odpadów.

Jak to się ma do standardów panujących w Unii Europejskiej?

Np. Czechy są bardzo surowe w kwestii importu EBS, a także recyklingu tego typu odpadów. Jeśli chcesz je eksportować z Niemiec do Czech, musisz upewnić się, że masz pozwolenie od władz obu krajów. Wyobrażam sobie, że w Polsce jest podobnie.

Brytyjczycy, których odpady też znaleziono w Sarbii, przyjechali skontrolować wysypisko. Ale instytucje niemieckie wciąż nie przeprowadziły tzw. przeglądu składowanych odpadów. A do tego wskazane firmy nie poczuwają się do winy lub domagają się kolejnych dokumentów od strony polskiej.

A cierpią mieszkańcy Sarbii, którzy korzystają z ujęcia wody pitnej znajdującego się sto metrów do składowiska! W 2021 roku pobraliśmy próbki wody w Sarbii i wszędzie było pełno zanieczyszczeń. To tylko kwestia czasu, zanim dotrą one do wód gruntowych, a potem pojawią się również w wodzie pitnej.

Sarbia to tylko jeden z przystanków w twojej drodze za nielegalnymi odpadami z Niemiec.

Odwiedziliśmy różne nielegalne i legalne składowiska w Polsce, byliśmy Zgierzu czy w Kłopotowie koło Lubina. W każdym miejscu, do którego się udaliśmy, były odpady z Niemiec, ale także z Włoch, Holandii, Wielkiej Brytanii czy Szwecji – w Zgierzu wiadomo o tym od pięciu lat. Wydaje się, że to dość powszechne zjawisko, nie ogranicza się to tylko do miejsc takich, jak Zgierz. Wydawało się, że słynny pożar składowiska w Zgierzu z 2018 roku, to będzie punkt zwrotny, jeśli chodzi o odpady w Polsce. Ale problem istnieje nadal. Byłem w Zgierzu dwa lata temu i nic się nie zmieniło.

A przecież w ubiegłym roku lubuska policja odkryła miejsce na terenie Przemęckiego Parku Krajobrazowego, w którym przestępcy zakopali pół miliona metrów sześciennych odpadów na obszarze 11 chronionych hektarów.

Brudne śmieci, dokumenty czyste

I tu dochodzimy do polityki. Polskie ministerstwo środowiska uważa, że w Polsce jest 35 tysięcy ton odpadów z Niemiec. I domaga się od Niemiec ich odebrania.

W 2018 roku po pożarze w Zgierzu w niemieckich mediach pojawiły się doniesienia na ten temat, ale nie zwróciły uwagi szerszej publiczności. I tak jest do dziś. Wiem, że rząd PiS próbuje zmusić stronę niemiecką do odbioru odpadów, ale powiedziałbym, że ten problem nie jest szeroko komentowany.

Trzymajmy się przykładu Zgierza. Zdaniem GIOŚ udało się zabezpieczyć kontrakty i dokumenty przewozowe z nazwami 28 niemieckich firm – w tym dwóch spółek zależnych Alba: Alba Nord GmbH w Schwerinie i Alba Stuttgart GmbH w Waiblingen. Z kolei w Starym Jaworze na Dolnym Śląsku nielegalnie zakopano ponad tysiąc ton odpadów zawierających gips z Niemiec – także z firmy Alba.

Oczywiście, skontaktowaliśmy się ze wszystkimi firmami, o których wiedzieliśmy, że ich odpady zalegają nielegalnie w krajach Europy Wschodniej. Reakcje były różne. W Alba, parafrazując, powiedzieli: „Och, tak, to nasze odpady, zgodnie z kodem, który nam pokazałeś. Ale nie możemy ci powiedzieć, jak się tam znalazły. Wiemy tylko, że jako Alba nie eksportujemy do Polski. Oczywiście współpracujemy z podwykonawcami, którzy zabierają odpady z naszych obiektów. Ale nie mamy informacji, co z nimi robią”.

Oczywiście kluczowe pytanie brzmi: kto odpowiada za eksport? W Alba nigdy nie podali nam żadnych szczegółów o tym, kim są ich partnerzy i jak ich odpady trafiły na przykład do polskiej Sarbii. Podobnie jak w firmie Lobbe, której odpady też znajdują się w polskiej wiosce lub na podobnym składowisku w Turcji. To pokazuje, że tego typu rzeczy „zdarzają” im się regularnie. W Lobbe akurat nigdy nie odpowiedzieli na żadne z naszych pytań. Ich polityka polega na tym, by nie rozmawiać z mediami. Zwłaszcza że kluczowy problem, czyli odpady wciąż zalegają na nielegalnych składowiskach.

Jeden z członków mafii śmieciowej z Polski powiedział mi ostatnio: „Niemcy nie są głupi. Wiedzieli, że oszczędzą sporo pieniędzy, ale zadbali o dokumenty i dziś są czyści".

To dla mnie kluczowe pytanie: „Niemieckie firmy wiedziały czy nie?”. Sądzę, że trudno na nie odpowiedzieć – różnie bywa, zależy od konkretnej sytuacji. Wiemy, że w wielu przypadkach eksportem odpadów zajmowały się firmy niemieckie, często brokerskie – one tak naprawdę nie wytwarzają odpadów, tylko działają w imieniu wytwórców. W takich sytuacjach producentom łatwo jest obwiniać eksporterów lub ich podwykonawców. Mogą tłumaczyć się jak Alba, czyli zbieramy śmieci, ale nie eksportujemy ich np. do Polski.

Wydaje mi się, że we wspomnianej spółce tak naprawdę nie przejmują się tym, gdzie ostatecznie trafią odpady. Oczywiście zapewniają: „Dbamy, aby nasi partnerzy działali zgodnie z prawem”. Ale nie przeprowadzają kontroli tak dokładnie, jak by mogli. I tak samo jest z innymi firmami. Tłumaczą się: „Zaufana firma partnerska z Polski zajmuje się recyklingiem naszych odpadów”. I to tyle, jeśli chodzi o stronę niemiecką.

Ale rzeczywistość jest inna, prawda?

Oczywiście, to sztuczka, by papiery wyglądały na czyste, a potem możesz winić stronę polską i powiedzieć, wiesz, po prostu dostarczyliśmy im odpady, nie wiemy, co z nimi zrobili. Tak jak w przypadku Sarbii. Jedna firma miała problem z miejscem na odpady, zleciła to innej, podwykonawca miał swoje składowisko, wysłali je ciężarówkami do tymczasowego składowania. Podążyliśmy tym tropem: magazyn tego pośrednika znajduje się 120 km od wsi, w środku lasu niedaleko Dąbrówki Wielkopolskiej. Władze twierdziły, że zezwoliły na tymczasowe składowanie odpadów, ale także, że nie było tam żadnych odpadów z Niemiec. Bo na papierze nie ma tam niemieckich odpadów.

Ale jak się udać do tych miejsc, sztuczki eksporterów wychodzą na jaw. Kiedy tam pojechaliśmy, oczywiście znaleźliśmy niemieckie odpady, nie takie sterty jak w Sarbii czy w Zgierzu, ale były. To pokazuje, jak proces odpowiedzialności za utylizację odpadów się rozmywa. Przypadek Sarbii to tylko jeden z elementów większej układanki.

Grzywna 200 euro

Zgodnie z prawem europejskim i niemieckim, wytwórcy odpadów ponoszą odpowiedzialność za swoje odpady, dopóki nie zostaną one odpowiednio usunięte. To też argument polskiego ministerstwa środowiska.

Tego rodzaju prośby ze strony polskich władz do strony niemieckiej pojawiały się od lat także w sprawie Sarbii i innych miejsc. Jak już mówiliśmy, np. w Sarbii pojawili się inspektorzy z Wielkiej Brytanii, bo ich odpady też można znaleźć na składowisku. Przynajmniej pojechali zobaczyć problem na własne oczy. Ale Niemcy wydają się dość niechętni temu pomysłowi: były jakieś listy i dokumenty wysyłane między władzami niemieckimi i polskimi, niemieckie ministerstwo kierowało wnioski do władz lokalnych i regionalnych, te przekazywały je sobie tam i z powrotem, ale nic się nie wydarzyło. Bo z perspektywy niemieckiej te odpady są czyste: wyjechały z kraju legalnie.

Stały się nielegalne za sprawą polskich mafii śmieciowych. Czyli winni są przestępcy czy może niemieckie firmy? Te drugie przecież korzystały z usług podejrzanych podwykonawców z Polski, którzy brali 75 euro za tonę zamiast rynkowych 120 euro?

Pytanie o winę i odpowiedzialność za proceder zawsze pada. I to z obu stron. Mój najważniejszy wniosek jest taki, że gospodarka śmieciami to biznes, w którym wszyscy wygrywają. A więc zaczynając od firm, które wytwarzają odpady, a skończywszy na tych, którzy ostatecznie zajmują się ich składowaniem. I oczywiście każdy zarabia inaczej, a proporcje zysku są różne.

Nie chcę powiedzieć, że wszyscy od początku do końca, nazwijmy to, łańcucha dostaw, wiedzą, o co chodzi. Nawet jeśli firma w Niemczech, która wytwarza lub zbiera odpady, nie wie, że ich śmieci ostatecznie trafią na nielegalne składowisko w Polsce, to nadal czerpie korzyści z faktu, że ich śmieci ostatecznie „znikają”. Wszystko, na czym im zależy to pozbycie się odpadów. I wtedy wszyscy są szczęśliwi. A przecież problem nie znika, tylko trafia gdzie indziej.

Może problem tkwi w niemieckich przepisach? Kary za nielegalny wywóz odpadów są niskie, poniżej 200 euro.

Jeśli na przykład twoja ciężarówka zostanie zatrzymana na granicy i okaże się, że masz źle oznaczone odpady, to po prostu skończysz z grzywną w wysokości 200 euro. W zasadzie nie jest to przestępstwo, to raczej naruszenie przepisów.

A tymczasem sam ładunek ciężarówki jest niekiedy wart tysiące euro.

Ta pewnego rodzaju zachęta do angażowania się w nielegalne działania jest dość duża, bo biznes jest lukratywny, a kontroli mało. A jeśli nawet zostaniesz skontrolowany i ukarany grzywną, to przestępcy mogą ją wliczyć w koszt biznesu, dla nich to żaden problem.

Wróćmy do polityki, bo niemieckie śmieci PiS będzie wykorzystywał w kampanii wyborczej, będzie atakował za to Niemcy i domagał się zabrania śmieci. To realne?

Od zeszłego roku mamy nowy rząd z Partią Zielonych na czele ministerstwa środowiska. Ale nadal niewiele się dzieje w temacie śmieci. Zresztą, katastrofa na Odrze pokazuje, że oficjalne narracje i rzeczywistość to dwie różne rzeczy.

Nasz pracownik się pomylił

Według jednego z badań w ciągu ostatnich sześciu lat Niemcy otrzymały około 580 wniosków o zwrot śmieci. Ponad połowa pochodziła z Polski. Ale prawie 90 procent wszystkich wniosków o zwrot dotyczy ilości mniejszych niż 30 ton, czyli ładunku jednej ciężarówki.

Większość tych wniosków dotyczy przypadków, w których zatrzymywano jedną, dwie ciężarówki na granicy lub tuż za granicą. Zwykle można to szybko rozwiązać. Firmy śmieciowe w takich przypadkach twierdzą, że zaszła pomyłka, bo jakiś nowy pracownik w zakładzie oznaczył odpady w niewłaściwy sposób, dał złą etykietę, oznaczył odpady jako tworzywa sztuczne nadające się do recyklingu, chociaż nie można go poddać recyklingowi i tak dalej.

To jeden ze sposobów. Problemem jest np. brak regularnych kontroli granicznych – takie były w Czechach w trakcie pandemii koronawirusa. Czesi obawiali się, że na ich składowiska trafią np. zagraniczne odpady medyczne. Takie kontrole sprawiały, że gdy zatrzymano ciężarówkę z nielegalnymi śmieciami, była ona natychmiast zawracana. Wiem, że Polska wprowadziła teleinformatyczny system monitorowania przewozu towarów wrażliwych, więc jestem ciekaw, czy wraz z nim nastąpią zmiany w eksporcie niemieckich odpadów.

Jestem pewien, że nie da się wyśledzić wszystkich tirów z nielegalnymi odpadami, które kursują po Europie.

To jest ogólny problem: każdego dnia wytwarzamy miliony odpadów, ale nikt nie zadaje sobie pytania, gdzie trafiają nasze śmieci. I podobnie strona niemiecka. Oczywiście władze są przeciwne nielegalnym składowiskom, ale trudno im coś zmienić – bo przecież zazwyczaj w dokumentach wszystko się zgadza i nasze odpady legalnie wyjeżdżają z kraju. Wszyscy na tym zyskują i dlatego nikt tak naprawdę nie chce mówić głośno o wielkim problemie, jaki mamy z nielegalnymi odpadami w Unii Europejskiej.

To jest super dochodowy biznes. Ale nawet jeśli nie jesteś zaangażowany w jego nielegalną część, powinieneś, na przykład, jako niemiecka firma, zawsze zadać sobie pytanie, dlaczego eksport np. do Polski jest taki tani? Czy to nie jest podejrzane? O to właśnie można obwiniać stronę niemiecką. Nawet jeśli nie wiedzą, że ich odpady zostaną ostatecznie wyrzucone nielegalnie, to mają świadomość, że utylizacja byłaby znacznie droższa w Niemczech, gdzie byłoby to zrobione właściwie.

Czyli przymykają oko na odpady, które legalnie jadą do Polski albo do Czech, by tam skończyć na nielegalnych składowiskach.

Rozmawiałem z czeską prokuratorką, która specjalizuje się w przestępstwach przeciwko środowisku, zresztą to jedna jednostka w całym kraju. Czechy są jednym z największych odbiorców niemieckich odpadów. I potwierdziła, że firmy przewozowe podobnie jak w Polsce fałszują dokumenty: to, co przyjeżdża, jest legalne, a potem zostaje np. nielegalnie spalone lub wyrzucone do lasu. Albo wysyłają śmieci jako odpady niemieckie, a następnie zmieniają dokumenty i na papierze odpad staje się czeski. A trzeba by otworzyć ciężarówkę, zajrzeć do niej i zobaczyć: „Okej, to nie są czeskie odpady, bo mają niemieckie nalepki typowe dla odpadów z gospodarstw domowych czy dla odpadów przemysłowych. Zawracamy!”.

Znaleźliśmy takie przypadki na legalnych składowiskach w Czechach. Jestem pewien, że takie rzeczy dzieją się też w Polsce. Władzom trudno to powstrzymać.

Człowiek w białym kombinezonie i masce na twarzy, bada składowisko odpadów przemysłowych
Jedno ze składowisk odpadów przemysłowych badane przez dziennikarzy śledczych. Fot. Jonas Wresch.

Lepiej do Polski niż do Malezji

Kiedy to się zaczęło?

W przeszłości mieliśmy przypadki masowego nielegalnego wyrzucania śmieci w naszym kraju, a po upadku żelaznej kurtyny ten problem przesunął się do Europy Wschodniej. Wraz z rozszerzeniem Unii Europejskiej o Polskę, Czechy i inne kraje cały handel przesunął się na wschód.

W 2005 roku zmieniliśmy prawo w Niemczech i odpady z gospodarstw domowych nie mogły już być wyrzucane na oficjalne wysypiska w Niemczech. Niemieckie odpady z gospodarstw domowych i odpady przemysłowe (z wyjątkiem np. betonu) muszą zostać poddane recyklingowi lub spalone. Większość jest utylizowana w Niemczech, inne trafiają na eksport, formalnie także do utylizacji, bo za granicą też nie mogą trafiać na składowiska.

Ale to stworzyło ogromną potrzebę znalezienia, powiedzmy, nowych kanałów, by pozbyć się odpadów. I stworzyło nielegalne kanały przerzutu śmieci. W naszych mediach odbyła się dyskusja na temat nielegalnych niemieckich śmieci wysyłanych do Azji Wschodniej, na przykład Malezji. Jeśli jednak spojrzeć na liczby, to znacznie większy problem jest w Polsce i Czechach. Po co wysyłać odpady statkiem towarowym na drugi koniec świata, skoro można go po prostu wysłać bez żadnych kontroli w ramach Unii Europejskiej do sąsiedniego kraju? Z biznesowego punktu widzenia ma to po prostu większy sens.

Od lat Niemcy eksportują więcej odpadów, niż przyjeżdża do Niemiec z zagranicy.

Oficjalne statystyki wskazują, że większość odpadów z Niemiec trafia do Holandii. To może oznaczać, że wiele z nich przechodzi na przykład przez port w Rotterdamie do innych miejsc. Ale z pewnością istnieje również duży legalny handel między Niemcami a sąsiednimi krajami, takimi jak Holandia. Tak więc wiele odpadów z Niemiec trafia do Holandii w celu recyklingu, podobnie jak odpady z Holandii trafiają do Niemiec w tym samym celu. Normalny handel.

Do czołówki należy też Turcja, w której nawet oficjalny recykling jest dość podejrzany i wątpliwy.

Jest wiele doniesień o pracy dzieci, zwłaszcza syryjskich uchodźców pracujących przy recyklingu tworzyw sztucznych w Turcji.

Istnieje tam duża tzw. szara strefa. I to skłania mnie do pytania, czy można wierzyć oficjalnym statystykom?

Ja nie wierzę.

Nie ma statystyk nielegalnych odpadów, które wyjeżdżają z Niemiec. Trzeba byłoby jechać do konkretnych krajów, zidentyfikować miejsca nielegalnych wysypisk śmieci, a następnie, dokonać własnych obliczeń. Pokażę to na przykładzie miejsc w Polsce, które odwiedziłem: w Zgierzu jest 50-60 tys. ton, w Sarbii 7-8 tys. ton, w Kłopotowie z 30-50 tys. ton. Trudno to obliczyć, ale dochodzimy do setek tysięcy ton, które zostały nielegalnie wyrzucone w Polsce w ostatnich latach.

Wspomniałem wcześniej o przypadku z Przemęckiego Parku Krajobrazowego, gdzie służby odkryły 500 tys. metrów sześciennych zakopanych odpadów. Nie znam dokładnej statystyki legalnego eksportu w skali roku, ale przecież to mogła być nawet połowa. I to w zaledwie jednym miejscu. Zapewne z perspektywy niemieckiej zostały legalnie wyeksportowane, ale przecież w Polsce są już nielegalne.

Inny aspekt tego problemu. W Europie Wschodniej, ale nie tylko, bo także we Francji i Hiszpanii, nadal istnieje możliwość legalnego wyrzucania na wysypiska odpadów z gospodarstw domowych. Jak powiedziałem, nie jest to już możliwe w Niemczech od 2005 roku. Formalnie odpady też nie mogą trafiać na składowiska zagraniczne, bo mają zostać zutylizowane lub spalone. Więc nawet jeśli trafią one na legalne składowisko w Czechach lub w Polsce, to i tak mamy do czynienia z nielegalnym eksportem z perspektywy Niemiec.

Mężczyzna stoi w środku wysypiska śmieci
Marius Münstermann na jednym z nielegalnych składowisk śmieci. Fot. Chris Werner.

Mafia ma nowe sposoby

Komisja Europejska szacuje, że zyski z nielegalnego usuwania odpadów w całej UE sięgają nawet 15,3 mld euro rocznie.

To nie jest handel narkotykami, gdzie wszystko jest nielegalne. Po pierwsze, odpady to legalny produkt: można nim dość łatwo handlować. A do tego to lukratywny biznes. Problem polega na tym, że dotyczy nielegalnego eksportu, który dość łatwo skierować w ciemne i nielegalne kanały. Mimo że mamy wspólne prawodawstwo w UE, to w krajach członkowskich obowiązują różne przepisy. Legalny dumping jest nadal dozwolony w wielu krajach poza Niemcami. Tak długo, jak istnieje ta nierównowaga, zawsze będą ludzie, którzy będą czerpać z niej zyski.

W branżowym magazynie Euwid czytamy: „Gdyby mafia śmieciowa była legalnie działającą firmą, byłaby jedną z największych firm zajmujących się wywozem odpadów w Europie”.

Nie sądzę, żeby miało się to zmienić w najbliższym czasie, dopóki mamy te nierównowagi nawet w UE. I tak jeśli nie jest to Unia Europejska, to nadal masz ogromną nierównowagę gdzie indziej, jak w Turcji czy w Azji. Myślę, że główne problemy to ilość odpadów, które produkujemy i brak wiedzy, co z nimi zrobić oraz brak równowagi w przepisach i kontrolach, które mogłyby zatrzymać ten proceder.

Czy coś się zmienia?

Pewnie zmieniają się metody działania mafii: znaleźli nowe luki w przepisach, prawne sztuczki i miejsca do wyrzucania odpadów.

Najlepszy będzie przykład ze sprawy czeskiej, którą badaliśmy. Okazało się, że częstą sztuczką jest etykietowanie niemieckich odpadów jako czeskich odpadów. Są oficjalnie wywożone, na przykład w celu recyklingu lub spalenia, a gdy trafiają do czeskiej firmy importującej, zmieniają etykiety i tzw. odpady niemieckie są przekształcane w odpady czeskie, które można następnie np. spalić bez powiadomienia odpowiednich organów (gdyby były wciąż niemieckie, trzeba byłoby o tym powiadomić nasze instytucje) albo wyrzucić na czeskie wysypisko.

Tak więc mamy coraz więcej uwagi mediów, kontroli organów, ale przecież np. w Polsce ciągle pojawiają się nowe nielegalne składowiska z niemieckimi odpadami, podobnie jak w Czechach, Rumunii czy Bułgarii. Nie wygląda na to, by ten proces został zatrzymany. To jest naprawdę trudne, zwłaszcza w UE, gdzie obowiązuje wolny handel na rynku odpadów. Każdego dnia handluje się tak wieloma odpadami, tysiące ciężarówek przejeżdża tam i z powrotem przez granicę. Bardzo trudno to kontrolować.

*Marius Münstermanndziennikarz śledczy, pracuje dla niemieckich mediów drukowanych i telewizji. Bada m.in. nielegalny handel odpadami, pisze o inwestycjach rolnych na dużą skalę, górnictwie, nielegalnego pozyskiwanie drewna i o innych formach wydobycia zasobów naturalnych, którym towarzyszy niszczeniu środowiska. Jego pracę można śledzić na www.marius-muenstermann.de.

Wywiad powstał dzięki wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

;

Udostępnij:

Szymon Opryszek

Szymon Opryszek - niezależny reporter, wspólnie z Marią Hawranek wydał książki "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (2016) oraz "Wyhoduj sobie wolność" (2018). Specjalizuje się w Ameryce Łacińskiej. Obecnie pracuje nad książką na temat kryzysu wodnego. Autor reporterskiego cyklu "Moja zbrodnia to mój paszport" nominowanego do nagrody Grand Press i nagrodzonego Piórem Nadziei Amnesty International.

Komentarze