Od soboty 20 czerwca media donosiły, że premier Keir Starmer ogłosi w poniedziałek harmonogram rezygnacji ze stanowiska. Jednym z głównych pretendentów do zastąpienia go w tej roli jest były burmistrz hrabstwa metropolitalnego Greater Manchester, Andy Burnham
Starmer stanowisko premiera Wielkiej Brytanii sprawował od 5 lipca 2024 roku.
Jego zła passa trwała od ponad roku: wzrastające koszty życia, niedomagające mieszkalnictwo, nielegalna imigracja, nietrafione nominacje współpracowników, spory wokół tożsamości i sporów kulturowych. Lista problemów jest długa. W ostatnim czasie zarzucano mu również – co zaskakujące w kontekście polityka z tak dużym i imponującym doświadczeniem – brak politycznej charyzmy.
Sondaże od miesięcy pokazywały, że Starmer jest jednym z najmniej popularnych premierów w historii brytyjskich badań nastrojów politycznych.
W kwestii potencjalnego następcy Starmera uwaga analityków i mediów kieruje się obecnie w stronę Andy’ego Burnhama, którego pozycja w Partii Pracy się umacnia.
18 czerwca Burnham wygrał wybory uzupełniające do parlamentu w okręgu Makerfield w Greater Manchester, wracając do Izby Gmin (niższa izba parlamentu, odpowiednik polskiego Sejmu). To właśnie mandat poselski był brakującym elementem tej politycznej układanki: zgodnie z regułami Partii Pracy o przywództwo w niej może ubiegać się wyłącznie poseł, członek klubu parlamentarnego.
Nazwisko Andy’ego Burnhama w kontekście „premierowskim” wybrzmiało na dobre po klęsce laburzystów w majowych wyborach samorządowych. 7 maja 2026 roku Partia Pracy odniosła spektakularną porażkę, tracąc 1,5 tysiąca radnych (czyli około 60% bronionych mandatów) i kontrolę nad 38 radami, w największym stopniu na korzyść agresywnie antyimigranckiego ugrupowania Reform UK.
To właśnie ta porażka rozpoczęła otwarty kryzys przywódczy w Partii Pracy.
Jako potencjalnych następców Keira Starmera wskazywano przede wszystkim trzy osoby: Angelę Rayner (byłą wicepremier, z ciekawą kartą osoby rzeczywiście pochodzącej z klasy pracującej, która ustąpiła we wrześniu 2025 roku z powodu niedopłaty podatku przy zakupie mieszkania, choć w maju 2026 roku brytyjski urząd skarbowy oczyścił ją z zarzutu nieprawidłowości), Wesa Streetinga (młodego polityka z prawego skrzydła partii, wcześniej ministra zdrowia, który w połowie maja podał się do dymisji) oraz właśnie Burnhama.
Polityczną „wadą” Burnhama było to, że od 2017 roku nie zasiadał w ławach parlamentu – można więc było zarzucić mu oderwanie od londyńskich kuluarów oraz oficjalnie wykluczało go to z wyścigu o przywództwo Partii Pracy.
Od maja 2017 roku Burnham był nieprzerwanie burmistrzem (mayorem) Greater Manchester, czyli wybieranym w wyborach bezpośrednich burmistrzem całego hrabstwa metropolitalnego, liczącego prawie 3 miliony mieszkańców.
Z pomocą przyszedł Josh Simons, poseł z Makerfield, który w maju ogłosił rezygnację z mandatu, by „zrobić miejsce” Burnhamowi. To dosyć niespotykany manewr polityczny. Ostatnia tego typu dobrowolna rezygnacja z mandatu, by wprowadzić do parlamentu kogoś spoza jego składu, miała miejsce w 1965 roku.
Wybory w Makerfield uznano za papierek lakmusowy nastrojów politycznych. Nowy kandydat zmierzył się z Reform UK, która w majowych wyborach samorządowych zdominowała ten teren. Zwycięstwo miało otworzyć przed Burnhamem drogę do przywództwa w Partii Pracy, porażka wykluczyłaby go z walki o widoczność na szerszej scenie politycznej.
Burnham wygrał jednak zdecydowanie, zdobywając 54,8% głosów z przewagą około 20 punktów procentowych nad Robem Kenyonem z Reform UK.
W mediach od tego momentu pojawiały się informacje, że czas Starmera jest policzony, a odejście sugerowali mu nawet jego stronnicy w Partii Pracy. Swój „plan wyjścia” Starmer może zacząć wdrażać już w tym tygodniu.
Zdaniem profesora Tima Bale’a z Queen Mary University of London, Andy Burnham jest jednym z najpopularniejszych polityków w historii Wielkiej Brytanii. Podkreśla się, że ma wizerunek „everymana” i wytworzył autentyczną więź ze „zwykłymi ludźmi”.
Burnham urodził się 7 stycznia 1970 roku w Aintree pod Liverpoolem, w katolickiej rodzinie wywodzącej się z klasy pracującej. Studiował anglistykę na Uniwersytecie Cambridge. Wyjazd z północno-zachodniej Anglii na studia na tak prestiżowej uczelni wspomina jako moment, który go „zradykalizował” – uświadomił sobie wówczas, jak głębokie są podziały klasowe w brytyjskim społeczeństwie.
Przyznawał, że koledzy i koleżanki z ław uniwersyteckich spoglądali na północ Anglii w sposób protekcjonalny i pełen stereotypów. Z powodu pochodzenia (nie stricte robotniczego, ale skromnego) Brungham zmagał się tam przez jakiś czas z „syndromem oszusta” (uporczywym poczuciem, że nie zasługuje na własne miejsce, pozycję, rolę itp.), przyznając równocześnie, że Cambridge ukształtowało go do dalszej kariery politycznej.
W latach 2001–2017 był posłem z sąsiedniego okręgu, dzierżył kilka stanowisk w rządach Tony’ego Blaira i Gordona Browna. O przywództwo w Partii Pracy ubiegał się dwukrotnie: w 2010 roku oraz w 2015 roku – oba te starcia przegrał. Z parlamentu odszedł w 2017 roku, by zostać burmistrzem Greater Manchester.
Burnham nosi przydomek „King of the North” (Król północy). Jest to nawiązanie do „Gry o tron”, oddające zarówno jego rolę obrońcy regionu, jak i niemałe polityczne ambicje.
Sopularyzował ideę “manchesteryzmu”, polityki, która – jak sam lubi mówić – stawia ludzi i ich miejsce życia ponad podziały partyjne i skupia się na regionach ignorowanych przez rządy w Londynie.
Greater Manchester od dekad mierzy się z bolączkami postindustrialnej Północy: niedoinwestowaniem względem Londynu i południa Anglii, utrzymującą się biedą i bezdomnością oraz nierównościami wewnątrz samej metropolii.
Swój przydomek Burnham zyskał jesienią 2020 roku w trakcie pandemii COVID-19, podczas głośnego sporu z rządem Borisa Johnsona o zasady lockdownu. Burnham oskarżał Johnsona właśnie o faworyzowanie Londynu i domagał się solidnego pakietu wsparcia dla pracowników i przedsiębiorców zmuszanych do zawieszenia działalności.
Politolodzy i analityczki stawiają jednak pytanie, czy „król Północy” może stać się też „królem Południa”, czyli czy regionalna popularność przełoży się na sukces ogólnokrajowy i czy będzie w stanie zarządzać całym państwem.
Lista „zarzutów” wobec przywództwa politycznego Keira Starmera wydłużała się z miesiąca na miesiąc. Po pierwsze, imigracja. Mimo głośnych zapowiedzi walki z gangami przemytników ludzi („smash the gangs”– rozbić gangi), przeprawy małymi łodziami przez kanał La Manche osiągały w ubiegłym roku rekordowe liczby. Starmer zmagał się też z problemami na rynku pracy, związanymi z mieszkalnictwem, bezdomnością czy systemem ochrony zdrowia.
Swoistym gwoździem do politycznej trumny stało się mianowanie Petera Mandelsona ambasadorem w USA w grudniu 2024. Już wtedy służby ostrzegały premiera przed „ryzykiem reputacyjnym” wynikającym z jego znajomości z Jeffreyem Epsteinem. Starmer o tych powiązaniach wiedział, choć – jak przyznał – nie miał pojęcia o tym, jak głęboka i mroczna była ta relacja, i został w tej kwestii wprowadzony w błąd.
Co więcej, w śledztwie dziennikarskim wykazano, że w styczniu 2025 Mandelson nie przeszedł pogłębionej weryfikacji bezpieczeństwa (sprawdzenia przeszłości przeprowadzanego przez służby bezpieczeństwa). Urzędnicy Foreign Office (brytyjski odpowiednik MSZ), korzystając z rzadko stosowanego uprawnienia, uchylili tę negatywną rekomendację, gdyż Starmer zdążył już publicznie ogłosić nominację. Ani Starmer, ani jego ministrowie mieli o tym nie wiedzieć, jednak sprawa ta odbiła się szerokim echem.
W kontekście między innymi tych zdarzeń i wyzwań lojalni wobec premiera ministrowie mieli postawić mu ultimatum, nalegając, by po weekendzie przedstawił harmonogram odejścia.
Jeszcze w zeszłym tygodniu Starmer się bronił: zapowiedział, że jeśli dojdzie do wyścigu o przywództwo, to w nim wystartuje i ostrzegł przed „pogrążeniem partii w chaosie”.
Wskazywano na dwa główne scenariusze.
Pierwszym jest formalny wyścig o przywództwo w partii, prawdopodobny, gdyby Starmer bronił się przez dłuższy czas lub gdyby zgłosił się kolejny kontrkandydat. To droga dłuższa i bardziej wyniszczająca. Aby rzucić wyzwanie urzędującemu liderowi, pretendent, który musi być zasiadającym posłem, potrzebuje nominacji co najmniej 20% klubu parlamentarnego (stan na dziś to 81 z 403 posłów), a także poparcia 5% lokalnych oddziałów partii oraz co najmniej trzech grup afiliowanych, z których przynajmniej dwie muszą być związkami zawodowymi.
Drugim scenariuszem jest „koronacja” i to właśnie on się materializuje.
W tym wariancie Starmer sam ustępuje, a jeśli nie zgłosi się żaden inny chętny, Burnham może przejąć stery bez głosowania szeregowych członków. Tego właśnie chce jego obóz.
Po zwycięstwie w Makerfield liczba posłów popierających Burnhama gwałtownie wzrosła, a jego ludzie liczą już nie na 200, lecz nawet około 300 nominacji, co osłabia pozycję rywala, byłego ministra zdrowia Wesa Streetinga. Rezygnując, Starmer otworzył Burnhamowi drogę do przejęcia przywództwa.
Sprawa może więc rozstrzygnąć się stosunkowo szybko.
Politolożka badająca procesy prekaryzacji pracy, pracę kobiet oraz dyskursywne wykluczenie grup mniejszościowych. Współpracuje badawczo z Centrum Badań nad Partycypacją Kobiet w Przestrzeni Publicznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 2019 roku mieszka i pracuje w Londynie, obecnie jako Communications and Marketing Manager na Imperial College London. Specjalizuje się w upowszechnianiu wyników badań naukowych i transferze wiedzy do praktyki społecznej.
Politolożka badająca procesy prekaryzacji pracy, pracę kobiet oraz dyskursywne wykluczenie grup mniejszościowych. Współpracuje badawczo z Centrum Badań nad Partycypacją Kobiet w Przestrzeni Publicznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 2019 roku mieszka i pracuje w Londynie, obecnie jako Communications and Marketing Manager na Imperial College London. Specjalizuje się w upowszechnianiu wyników badań naukowych i transferze wiedzy do praktyki społecznej.
Komentarze